niedziela, 7 stycznia 2018

PINK FLOYD – Wish You Were Here (Harvest 1975)




Pisać coś nowego, a zarazem mądrego i jednocześnie niebanalnego o czymś tak oczywistym jest, jak nie trudno się domyśleć, zadaniem wybitnie niełatwym. Być może popadnę w schemat wielu poprzedników, ale tym tekstem „żadnej ameryki” nie odkryję. Tak właściwe nie mam absolutnie chęci tak postąpić. No i jak tu podejść do tematu, który wydaje się całkowicie wyczerpany na wszystkie sposoby? Na pewno nie zamierzam poddać go dogłębnej analizie, czy tym bardziej wartościować, czy kategorycznie polecać komukolwiek. Bardziej chodzi mi o osobiste nastawienie do tego dzieła. Bo tak po prawdzie, inaczej nie sposób napocząć tej bez mała wielkiej muzy, nierozerwalnie istniejącej w symbiozie z warstwą tekstową, wyrażającą bardzo intymny aspekt ludzkiego życia jakim jest uczucie osamotnienia. Dokładnie - alienacji w kontekście ludzkiej egzystencji.

Wish you were here - chciałbym, żebyś tu był. Cały album Pink Floyd jest o utracie (w każdym znaczeniu tego słowa). Lodowatym dotyku uczucia izolacji. Ale też intencji niewyrażonej tęsknoty, niejako skierowanej do byłego muzyka formacji Syda Barretta.

"Barrett był symbolem wszystkich skrajności nieobecności, z którymi niektórzy muszą stoczyć walkę, ponieważ jest to jedyny sposób, w jaki mogą poradzić sobie z tym pieprzonym, smutnym współczesnym życiem."
Roger Waters

Podobnie jak zespół zmierzył się u zarania powstania tej płyty z niebotycznym poziomem, który zdefiniowała Ciemna Strona Księżyca, tak też zdecydowanie sporym, osobistym wyzwaniem jest próba wiwisekcji tego dzieła. Sam zespół próbując zmierzyć się ze swoim sukcesem zarówno artystycznym jak i komercyjnym poprzedniego krążka, obrał kierunek pierwotny swojego artystycznego poszukiwania, eksperymentalnego podejścia do dźwiękowej materii.
 
Jak pomyśleli tak postąpili, w prymarnym okresie tworzenia zrębów albumu, zaprzęgając do realizacji projektu w dosłownym znaczeniu tego terminu – przedmioty gospodarstwa domowego (household object). Co w rezultacie przeistoczyło się w bardzo twórczy, acz trudny i burzliwy czas spędzony w studiu od samego początku 1975 roku. W rezultacie pełnych ekstrawaganckich doświadczeń i ciężkich chwil związanych z coraz to gorszymi relacjami wewnątrz grupy (wyraźne tarcia na linii Waters-Gilmour) dostaliśmy, o dziwo, całkiem przystępny kawał zacnej muzyki. Wyraźnie jednorodnej, dojrzałej rockowej muzyki. Jedyną pamiątką ostałą z eksperymentalnego Household Object okazał się dźwięk wytworzony przez mokry palec ocierający się o brzeg kieliszka do wina.


W chwili ukazania się, jak i obecnie, płyta poprzez brzmienie, atmosferę i przekaz stanowi rzecz niezrównaną. Równocześnie trzeba wskazać, że album posiada drugie dno – wszystkie kompozycje zaopatrzone w tekst niekoniecznie należy rozpatrywać dosłownie. Trzeba zwrócić uwagę na ładunek emocjonalny autorów zawarty w przekazie literackim poszczególnych kompozycji, który zdaje się najmniej pretensjonalny spośród całego dorobku zespołu.



W myśl zasady, czas przejść od ogółu do szczegółu.

Klamrą spajającą całość podzieloną na dwie części jest suita Shine On You Crazy Diamond. Już na wstępie pierwszej części wspomnianej kompozycji otwierającej album, dochodzą nas narastające dźwięki subtelnej klawiszowej introdukcji.

Do tego w dalszej kolejności dochodzi niezapomniana gitara, stanowiąca fundament utworu. Aby po jakimś czasie ruszył bas wraz z perkusją. Doskonałość w najczystszej postaci przejawiająca się w odpowiednim kreowaniu nastrojów zaakcentowanych zwłaszcza przez klawisze Ricka Wrighta i tak samo cudowne gitarowe zagrywki Davida Gilmoura. I w końcu Waters poprzez śpiew Gilmoura, wzywający nieobecnego, starego kompana Syda Barretta znamiennymi słowami: Pamiętasz gdy byłeś młody, lśniłeś jak słońce...

Również podobne reminiscencje skierowane do byłego muzyka Floydów kontynuuje w tytułowej ponadczasowej balladzie. Przepełnionej przygnębieniem po bezpowrotnej stracie byłego kompana z zespołu, gdzie w ambiwalentnym epilogu symboliczna granica odczuwania pomiędzy tym, co sprawia radość i smutek, uległa w powolnemu zatarciu.

Więc myślisz, że potrafisz odróżnić niebo od piekła?
Przyjemność od bólu? Zielone pola od zimnych stalowych szyn?
Uśmiech od zasłony? Czy naprawdę myślisz, że potrafisz?
Czy zmusili cię , byś zmienił swych bohaterów na duchy?
Gorący popiół na drzewa? Gorące powietrze na chłodna bryzę?
Czy zamieniłeś marginalny udział w wojnie na główna role w zamkniętej klatce?
Tak bardzo bym chciałbym, abyś tu był
Jesteśmy niczym dwie zagubione dusze pływające w akwarium, rok po roku
Ganiając po tyje samej starej ziemi
I cóż tu znaleźliśmy? Te same stare lęki
Szkoda, ze cię tu nie ma



Dalej mamy niesamowicie lodowaty i odhumanizowany, zaopatrzony w stare analogowe syntezatory, otoczone akordowym dźwiękiem gitary akustycznej, Welcome To The Machine ze złowieszczymi słowami Watersa: Witaj synu, witaj w maszynie... . Mamy też Have a Cigar, z konkretnym gitarowym riffem i osobliwą słowną dygresją (wypowiedzianą kiedyś przez kogoś z otoczenia zespołu): A tak przy okazji, który z was to Pink? :-)

 
Okładka zaprojektowana przez słynną Hypgnosos Storma Thorgersona, również poniekąd zrównoważyła treść z formą, podkreślając swoją szatą graficzną, uczucie cytowanej izolacji i samotności. Pierwotnie anonimowa czarna folia maskująca zawartość i tylko niewielka nalepka z grafiką Georga Hardie’go. Używana od czasu wydania płyty jako logotyp zespołu, a przedstawiająca mechaniczne dłonie robotów, wymieniające uścisk otoczone przez cztery żywioły. W środku znany motyw dwóch mężczyzn podających sobie rękę, z których jeden płonie. Warto wspomnieć koncepcję powstania tego motywu. W jej tworzeniu wzięło udział dwóch kaskaderów, jeden ubrany był w ogniotrwałe ubrania imitujące garnitur. Niestety dalsze wydarzenia niepostrzeżenie wyszły błyskawicznie spod kontroli. Przyroda spłatała figla i nastąpiła zmiana kierunku wiatru, co w konsekwencji spowodowało rozprzestrzenienie płomieni bardziej niż planowano. Co więcej, „płonącemu” kaskaderowi przypaliły się… wąsy! Na szczęście cała historia zakończyła się pomyślnie i większych strat nie zanotowano.

ps. Bilety zakupione i już czekają od października 2017 r. ... a koncert w Krakowie dopiero w sierpniu 2018 r. Pozostało tyle czasu... ale myślę, że warto czekać, żeby zobaczyć, może nie Floydów, gdyż to z przyczyn całkowicie obiektywnych jest zupełnie niemożliwe, ale jednego z ojców tej muzyki - wielkiego Rogera Watersa i usłyszeć wyżej wymienione, jak sądzę na zawsze, niezapomniane kompozycje :)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz