Pokazywanie postów oznaczonych etykietą latino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą latino. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 stycznia 2021

BEMIBEM – Bemowe Frazy (Polskie Nagrania Muza 1974)

Idą deszczowe dni, idzie mokry czas
A Ty tyle słońca masz! 
Tyle go masz w Twoim głosie 
Myślach Twych i w uśmiechu 
Tyle go masz, 
Że otworzyć mogłabyś sklep 
Podaruj mi trochę słońca 
Na te deszczowe dni 
Na ten mokry czas 
Zachowajmy słońca garść 
Nie przynoś mi 
Swoich smutków 
W tak zabłoconych butach 
Nie przynoś mi 
Poniedziałków mokrych od łez 
Podaruj mi trochę słońca…


Kto z nas nie bawił się na imprezie przy dźwiękach latynoamerykańskiej muzyki? Patrz – Carlos Santana. Kipiący dobrą energią gatunek idealny do tanecznych pląsów, a ten wykonawca-gitarzysta jest jednym z najważniejszych ambasadorów tego gatunku. Nie jest przecież tajemnicą, że tego typu melodie kręcą wielu słuchaczy i porywają do tańca na prawie każdej imprezie. Muzyka latino jest wyjątkowa i fascynująca, a do tego wydaje się być nieprzemijająca, co potwierdza fakt, że wielu z nas nuciło fragmenty przebojów Carlosa, takie jak Oye Como Va, czy innego klasyka w rodzaju La Bamba, spopularyzowanego przez słynnych Los Lobos. 

Właśnie z tymi melodiami i rytmem kojarzy mi się twórczość rodziny Bemów. Dokładnie za sprawą piosenki, która niepodważalnie wzbudza we mnie nader pozytywne emocje, kojarzące się nieprzypadkowo z wakacyjną, ciepłą aurą. Fajnie to brzmi w kontekście aktualnych, styczniowych mroźnych i krótkich dni. Właśnie takie utwory jak przywołany „hicior” zespołu Ewy Bem sprawiają, że na chwilę możemy się oderwać od otaczającej nas rzeczywistości. Jeden utwór, a właściwie cała prezentowana płyta, stanowi remedium na ten obecnie panujący, dość nieprzychylny czas. Ale o sytuacji z covidem celowo nie będę wspominał tym razem. Choć trudno jest zupełnie bagatelizować problem. Zajmę się z niekłamaną przyjemnością dorobkiem Bemibek i kontynuacją wymienionej formacji, zespołem Bemibem. 


Ten pierwszy szczególnie zapamiętano jako grupę wykonującą muzykę z pogranicza jazzu, soulu, latino (w tym bossa nova) z domieszką brzmień rockowych i bluesowych. Był jednym z pionierów, dźwiękonaśladowczego sposobu śpiewania, charakteryzującego wokalistykę jazzową, a polegał na naśladowaniu odgłosów instrumentów i zastępowaniu tekstu onomatopejami zwanymi skat. Informacyjnie dodam, że mistrzynią tego typu śpiewania, i to na całym świecie, stała się Urszula Dudziak. 

Liderem obu zespołów był, niestety już nieżyjący, Aleksander Bem, zaś za teksty odpowiadali popularni na początku lat 70-tych m.in. Wojciech Młynarski, Marek Skolarski, Marek Dutkiewicz. Obok własnych utworów Bemibek chętnie w trakcie swoich występów sięgał po repertuar klasyków polskiej sceny muzycznej jak: Krzysztof Komeda (Matnia), Zbigniew Namysłowski (Sprzedaj mnie wiatrowi), Tomasz Stańko. Warto wspomnieć, że Bemibek towarzyszył zespołowi Klan podczas realizacji płyty Mrowisko oraz wspomagał wokalnie Anawę Marka Grechuty, a nawet zapuszczał się w świat muzyki filmowej. 

Wśród najbardziej popularnych utworów w dorobku grupy okazały się takie kompozycje jak: Sprzedaj mnie wiatrowi, Narwańce polne, Kolorowe lato, Nie bójmy się wiosny, Podaruj mi trochę słońca, Zawsze mamy siebie, With A Little Help From My Friends, Let It Be - The Beatles, Light my Fire The Doors, Oye como va C. Santany. 


Wraz z upływem czasu i odejściem z zespołu Andrzeja Ibeka, formacja przekształciła się w marcu 1973r. w Bemibem. Dla formalności wspomnę, że zarówno stara, jak i nowa nazwa oczywiście nawiązywała do nazwisk liderów tych grup muzycznych. Stylistycznie w dalszym ciągu kontynuowali styl i brzmienie Bemibek z akcentem na brzmienia jazzowo soulowe (Suita miejska). Naturalnie korzystali z repertuaru poprzedniczki nie zapominając o wzbogacenie swojej setlisty o utwory Proud Mary Creedence Clearwater Revival, czy You’ve Got a Friend Jamesa Taylora. 

W skład zespołu wchodzili:
Ewa Bem – śpiew, instrumenty perkusyjne
Aleksander Bem – śpiew, perkusja, lider zespołu
Tomasz Jaśkiewicz – gitara (w 1975 r. zastąpiony przez znakomitego muzyka, lidera późniejszego VooVoo Wojciecha Waglewskiego.)
Paweł Dąbrowski – gitara basowa
Mariusz Mroczkowski – pianino, śpiew.
Jarosław Bem – instrumenty perkusyjne, śpiew

Rok później zespół nagrał album zatytułowany „Bemowe frazy”, gdzie obok premierowych utworów, przeważnie skomponowanych przez Aleksandra, starszego brata pani Ewy, pojawiły się już dobrze ograne, sprawdzone piosenki Bemibek, ale w nieco innych aranżacjach. Podczas sesji zespół Bemibem zasilili sprawdzeni sidemani w osobach gitarzysty Marka Blizińskiego, Jana Jarczyka grającego na pianinie elektrycznym Rhodes Fender, Wojciecha Kowalewskiego obsługującego konga i inne membranofony oraz zespół instrumentalny pod batutą Tomasza Ochalskiego. Oprócz nich z zespołem współpracowała cała śmietanka polskiej sceny jazzowej w osobach Włodzimierza Nahornego, Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego, Tomasza Stańki, Tomasza Szukalskiego, Janusza Muniaka, Waldemara Kurpińskiego. Finisz istnienia Bemibem w 1976 r. zbiegł się z początkiem solowej kariery Ewy Bem w 1976 roku, choć formacja na krótko została reaktywowana w 1991 roku. 


Muzyka z tego krążka to mieszanka popu (Bemowe frazy) – ale oczywiście tego pożądanego, gdzie prawdziwi muzycy grali na prawdziwych instrumentach – rocka i jazzu, z doskonałymi harmoniami wokalnymi w szczególności Ewy i Aleksandra Bemów przy akompaniamencie znakomitych instrumentalistów. Z perspektywy czasu ten album to nieco zapomniany diament, ale po prawie pół wieku wciąż cieszy moje ucho. Pomimo w miarę prostych aranżacji może ujmować swoim ciepłem i miłym brzmieniem, gdzie co rusz napotykamy nienachalne elementy jazzowe, które są wyraźnie widoczne w strukturze kompozycji, doborze instrumentów, i wreszcie wyraźnym źródle inspiracji wszystkich uczestników sesji. 

„Bemowe frazy” odzwierciedlają szeroki zakres oddziaływań, począwszy od muzyki brazylijskiej w tym bossanovy, samby (Nie bójmy się wiosny, Kolorowe lato) poprzez soul (Podróż bez dziewczyny), funky (Nigdy w życiu nie jest tak), latino jazzu, a skończywszy na big bandowym rozmachu z wyrafinowanymi harmoniami wokalistów (Dlaczego nas tam nie ma, Zawsze mamy siebie). Do tego muzyka popowa z lat 70-tych… i nie krzywcie się na to, bo konia z rzędem temu, kto tak zmyślnie i fajnie przedłożył ten niby kiczowaty gatunek szerokiej publiczności. A zresztą, co tu dużo gadać. Bez wdawania się w szczegóły jest to muzyka pełna naturalnego wdzięku i uroku. Ujmuje swoją bezpretensjonalnością, ale też brakiem muzycznej konfekcji i artystycznego kiczu, preferowanego przez muzyków estradowych tamtych lat. Muzyka na „Bemowych frazach” nawet dzisiaj brzmi miło i sama w sobie jest lekkostrawna w odbiorze. Sądzę, że z takim brzmieniowym ładunkiem emocji, jej pozytywny przekaz będzie trwał jeszcze długo. 


Na zakończenie taka oto kwestia:

A co może mieć wspólnego z albumem Bemowe Frazy znakomity gitarzysta i popularyzator muzyki Jimiego Hendrixa – Leszek Cichoński?

Już wyjaśniam.

W ramach obchodów 70. urodzin Carlosa Santany wrocławski gitarzysta wraz ze swoim zespołem Cichonski – Torres Band podjął się projektu Viva Santana. Co zakończyło się nagraniem własnej wersji przeboju „Bemów” – Podaruj mi trochę słońca. Chyba nie trzeba wyjaśniać dlaczego?! 😊 Leszek Cichoński, główny animator i współwykonawca Gitarowego Rekordu Guinnessa z utworem Hey Joe, aby oddać klimat latino w kompozycji rodzeństwa Bemów, do projektu zaprosił nieprzypadkowych gości, którzy w podobnym repertuarze czują się jak przysłowiowa ryba w wodzie. 

Jeden z liderów projektu, grający na instrumentach perkusyjnych Jose Torres, znakomicie wzbogacił brzmienie nadając całości klimat południowoamerykański. Tak oto zespół, obok kilku sztandarowych kompozycji Santany (Samba Pa Ti, Europa, Oye Como Va, Black Magic Woman, Moon Flower, Smooth), do swojego repertuaru włączył niezmiernie korespondujący z klimatem muzyki, rzeczony utwór z omawianej płyty. Muzykom towarzyszył basista Tomasz Grabowy w duecie z perkusistą Łukaszem Sobolakiem, wokalista Damian Szewczyk oraz grający na kongach Osmar Pegudo. 

Skład uzupełniał, i tu zaakcentuję, grający na instrumentach klawiszowych, pochodzący z mojego rodzinnego miasta, a nawet osiedla, rozpoczynający swoją muzyczną przygodę przeszło ćwierć wieku temu w amatorskim blues bandzie 5 Rano, znakomity muzyk Robert Jarmużek. Zbieżność nazwy (5 rano) z zespołem „Łukasz Łyczkowski & 5 Rano” jest całkowicie przypadkowa, oczywiście zgodnie z moim stanem wiedzy na ten temat(?) Choć Ł. Łyczkowski współpracuje z panem Leszkiem C. !!!





czwartek, 31 października 2019

CAL TJADER – Agua Dulce (Fantasy 1971)


Jazz jest niby ptakiem , który odlatuje i powraca, przylatuje i przyfruwa, przeskakując bariery… 
                                        Julio Cortázar 

Na dobre zaczęła się jesień i to wcale nie ta piękna, mieniąca się kolorami, czy spowita babim latem, ale słotna, chłodna i ponura. No ale od czego jest muzyka szczególnie ta diametralnie różna od tej smutnej aury. Przywołująca wspomnienia minionego lata. Tak przecież udanego pod względem pogody. Świetnym uzupełnieniem byłyby wspomnienia, czy wizualizacja, echa tamtych dni w postaci dźwięku, który te wakacyjne, magiczne i leniwe chwile odświeżyły. Muzyka, która teleportuje człowieka w hedonistyczny klimat lata, by te dźwięki i ten czas pozostały z nim na dłużej za sprawą błogich brzmień i magicznych, żarliwych rytmów.

Rozkołysany latino jazz pozytywnie nastraja, przydaje też pozytywnej energii, działając lepiej niż niejeden antydepresant. Te „pyszne” dźwięki mógł stworzyć jedynie muzyk nieprzeciętny. Takim był niewątpliwie urodzony w St. Louis, w stanie Missouri, Amerykanin szwedzkiego pochodzenia Callen Radcliffe „Cal” Tjader, Jr. Jeden z najlepszych, nieco niedocenionych i zapomnianych, ale z drugiej strony wielce wpływowych muzyków jazzowych (w swoim czasie bliski współpracownik bardziej znanego Dave Brubbecka). Cal Tjader nie zrobił wielkich przełomów w jazzie (harmonicznych ani rytmicznych), ale przyczynił się do fuzji krainy latynoskiej bossa novy, afro-kubańskich brzmień i legendarnego jazzowego nurtu bop. Dodatkowo jest zwykle kojarzony z rozwojem latynoskiego rocka (np.C. Santana) i acid jazzu, dając temu upust w lekkiej, rytmicznej a nader radosnej grze na swoim podstawowym instrumencie – wibrafonie. Grywał również z powodzeniem na fortepianie i różnych instrumentach perkusyjnych takich jak: kongach, bongosach timbalesach itp.

Płyta Agua Dulce zawiera różnorodne style i to wcale nie stricte jazzowe. Już na samym wstępie w kompozycji Johnny'ego Otisa Agua Dulce (Cool-Ade) nurkujemy w tropikalnej bryzie południowo - amerykańskiej rafy. Te figlarne bulgotania wspaniale dopełniają latynoskim pląsom! Zresztą Tjader serwuje prawie na całym albumie pełny zestaw podobnych klimatów, szczególnie eksponowanych w utworach Ran Kan Kan, Descarga. Świetnie prezentują się w tym zestawie kawałki Curacao i Now ze świetnymi solówkami trębacza Luisa Gasca i saksofonisty Billa Perkinsa. Co ciekawe, mamy tu rockowe pierwiastki z wyraźnie łacińskim charakterem w stylu Gimme Shelter Rolling Stonesów, gdzie brylują klawisze Mooga Rity Dowling i harmonijne wibrafonowe solówki lidera Cala Tjadera.



Natomiast w Invitation oraz szczególnie w Somewhere In The Night pokazuje autora w wersji bardziej lirycznej, a nawet zmysłowej, która dobitnie pokazuje z jakiego kalibru muzykiem mamy do czynienia.

Na koniec dodam, że jeśli ktoś lubi muzykę Carlosa Santany, leniwe, relaksacyjne i cieplutkie plumkanie bossa novy, subtelną energię salsy, a nie jest przekonany do typowo jazzowych klimatów, to ta płyta jest idealnie adresowana do takich melomanów.

Bueno escuchando mi amigo !

Jazz to nie muzyka o miłości. Jazz to miłość do muzyki.





Ps. Wibrafon – perkusyjny instrument muzycznym podobny do dzwonków, ksylofonu czy marimby. Zbudowany jest z metalowych płytek (czym odróżnia się od ksylofonu, w którym płytki są drewniane) połączonych z zestawem rur pełniących rolę rezonatorów i tworzących wibrujące dźwięki przy uderzaniu płytek pałeczkami. Pałeczki mają drewniane lub ratanowe trzonki, a główki owinięte są zwykle włóczką, czasem filcem lub gumą.





wtorek, 5 kwietnia 2016

SANTANA – Abraxas (Columbia 1970)

Cztery żywioły – wiatr, ziemia, woda, ogień i ten piąty, określający światło stworzenia z filmu Luca Bessona - The Fifth Element.

Pięć elementów nierozerwalnie związanych z tym dziełem. Pięć składników, które w doskonały sposób wpływają na efekt finalny. Pięć ogniw, które w sposób niezwykle trafny definiują tę muzyczną misterną podróż, do której zaprasza nas Ten, który zrobił dla muzyki latynoskiej tyle, co Chuck Berry razem z Muddym Watersem dla bluesa. Pięć składników symbiotycznej artystycznej układanki.

I. (pierwszy element) Tytuł - ulotny jak wiatr

„Ptak wykluwa się z jajka. Jajkiem jest świat.
Kto chce się urodzić, musi świat zniszczyć.
Ptak leci do Boga. A imię Boga Abraxas.”


(Hermann Hesse - Demian: Dzieje młodości Emila Sinclaira)

Istniej wiele określeń słowa Abraxas. To w mitologii perskiej i gnostyckiej oznaczenie najwyższego w panteonie bóstwa. W hellenistycznych transkryptach poświęconych magii pojęcie Abraxas pojawia się jako przykład magicznej logiki i synonim pełni. Egipski gnostyk Bazylides wskazał tym mianem najwyższą istotę, która poczęła pięć przedwiecznych sił: ducha (nous), słowo (logos), opatrzność (phronesis), mądrość (sophia) i potęgę (dynamis). Abraxas to również oznaka siedmiu (znanych w Starożytności) planet oraz siedmiu stopni oświecenie człowieka. W okresie wczesnego chrześcijaństwa słowo to było jednoznaczne z „nasz Ojciec”, „Pan zastępów”, a zatem utożsamiane było z imionami Mitra i Jahwe. Abraxas, podobnie jak perski Mitra, oznacza skończony, okrężnie zamknięty obieg czasu, koło, po którym przemieszcza się Słońce, przechodząc szlakiem znaków zodiaku.

II. (drugi element) Okładka jak ziemia – widoczna i namacalna

Mati Klarwein namalował ten motyw w 1961 roku pod tytułem Zwiastowanie. Gdzie wykorzystał wątki pochodzące z różnych kultur i religii (poza czarną Marią na obrazie umieszczony jest Budda pod postacią słonia). Nawiązał do symboliki biblijnej historii, w którym Archanioł Gabriel zwiastuje Maryi, że narodzi syna - Mesjasza. Naga, czarna Dziewica Maryja (może z meksykańskiej Guadalupe?) była odwzorowaniem partnerki malarza. Zaś sam twórca obrazu nie omieszkał zaakcentować swojej obecności na swym dziele. Namalował siebie jako Józefa, w słomkowym kapeluszu i wakacyjnych okularach przeciwsłonecznych. Otoczony przez trójkę szamanów z Czarnego Lądu. A na koniec, skrzydlaty, purpurowy archanioł Gabriel uwięziony w ciele kobiety dosiadający nieodzowny element muzyki afro i latino czyli bęben kongi.



Intencją malarza było symboliczne, sugestywne i bardzo odważne przedstawienie obwieszczenia radosnej nowiny przez dźwięk bębnów tak powszechnych w komunikacji ludów czarnego lądu i ameryki łacińskiej.

Tytuł, w połączeniu z przedstawieniem Matki Boskiej jako zmysłowej czarnej kobiety, jest wyrazistym wyzwaniem dla naszych stereotypów. Ten obraz może być także postrzegany jako wizualna celebracja doczesności w całym jego obfitości i różnorodności. Muzyka, zapach, cielesność i zmysłowość ( jak fama niesie, niejednokrotnie w czasie letnich wieczorów wraz z Abraxas ludzie odkrywali żar fizycznej miłość), barwa, smak, tekstura, woń pokarmów, naturalne piękno krajobrazu i wszystkich darów natury są tu reprezentowane. Uzupełniając warto zaznaczyć, że ostatecznego opracowania graficznego okładki płyty podjął się Robert Venosa.



III. (trzeci element) Muzyka jak woda przelewająca się przez naszą percepcję

„Nie myśl za dużo, zanim zagrasz. Pozwól temu płynąć… Najlepsza muzyka powstaje wtedy, kiedy wychodzisz poza grawitację, czas i myślenie. Niewielu śmiertelników to robi. Ja staram się tam dotrzeć”
(Carlos Santana, Tylko Rock 6/2000)

Według pochodzącego z Meksyku Santany, muzyka jest połączeniem dwójki kochanków: melodii - kobiety i rytmu - mężczyzny. W ciągu odsłuchiwania tej płyty, przynajmniej raz można stracić kontakt z rzeczywistością, jakby dotknąć jednocześnie wszystkich punktów w czasie i przestrzeni. Abraxas zabiera słuchacza w najbardziej intensywną, mistyczną podróż, podobne wrażenia są odczuwalne za każdym ponownym odsłuchaniem.

Owacyjnie przyjęty dźwiękowy owoc sesji z przełomu kwietnia i maja 1970 roku, trafił na rynek jesienią tegoż roku i okazał się krokiem naprzód w stosunku do intrygującego pod względem kompozytorskim debiutu. To nie jest już wyłącznie granie bliskie tradycji latino, ale jazzowy psychodeliczny fluid, który konsekwentnie będzie rozwijany w przyszłości na kolejnych płytach. Nad tym konceptem pieczę sprawuje wszechobecna duchowość. Bo jak twierdzi sam winny tych dźwięków, podobno stale obcujący z aniołami. Duchowość w życiu jest nierozerwalnie powiązana z muzyką, a muzyka z duchowością.

Abraxas przyniosła totalny kalejdoskop brzmień i rytmów. Utwory zgromadzone na tym krążku często stoją na pograniczu wielu gatunków. Można powiedzieć, że Santana u zarania działalności swojego jam-bandu, grający kombinację psychodelii, muzyki latynoamerykańskiej z jazzową domieszką, błyskawicznie rozwinął skrzydła własnej inwencji. Drugi album okazał się efektownym sukcesem , dobijając do pierwszych pozycji wielu muzycznych rankingów po obu stronach Atlantyku. Ciężko jest nie ulec urokowi, jaki emanuje z treści tej muzycznej baśni. Otwierający Singing Winds, Crying Beasts, od razu uwodzi. To Carlos Santana i jego kompani odkrywają wszystkie możliwości energii muzycznej hipnozy. Następny utwór Black Magic Woman / Gypsy Queen rozkwita zmysłowością, bezpretensjonalną delikatnością, wywołując przy tym nieodparty magnetyzm. A połączenie pozornie odrębnych tematów (autorstwa Petera Greena i Gabora Szabo), składających się na tę kompozycję, niezwykle trafnie określona sam autor: „Ustawiasz igłę na płycie i jest to po prosu jeden oddech”.



Jak przejść dalej, okazuje się, że jest to bardzo w swoim nastroju wszechstronny i różnorodny produkt. Zawiera chwile zarówno delikatności jak i kipiącej, czystej energii. Muzyka ma bardzo żywą fakturę, mieszającą ze sobą rytmiczne brzmienia tradycyjnej muzyki latynoskiej z entuzjazmem do improwizacji instrumentalnych, które zanurzają się w progresywnym jazzie. Oye Como Va oznacza początek bardziej przebojowej strony albumu. Posiada rytm rozpalonej salsy, który daje poczucie rozluźnienia. Swobodny stukot bębnów i perkusji tworzy dynamiczny, dobrze przyswajalny rytm, dopełniony delikatnym swingiem melodii bezzwłocznie pobudza do tanecznych pląsów.

Oye como va mi ritmo
Bueno pa gozar mulata
Oye como va mi ritmo
Bueno pa gozar mulata


Incident At Neshabur i Hope You’re Feeling Better reprezentują bardziej agresywną stronę Abraxas, eksponując zręczne instrumentalne popisy muzyków. Incident At Neshabur jest o wiele bardziej skomplikowany niż większość tu zamieszczonych kawałków, ponieważ składa się z dwóch kontrastujących składników. Piosenka od razu zabiera nas do krainy odjechanej formy z jazzowym wstępem fortepianu, wartko wprowadzając nas do środowiska Jazz Fusion. Pozornie prezentuje się jako dzika i ekscentryczna, ale w dalszym ciągu opiera się na mocy instrumentu lidera. A potem, nagle, zrzeka się wszystkich awangardowych ambicji i przeobraża się w formę łagodnej, łatwo przyswajalnej bossanovy. To wspaniałe, jak bezbłędnie potrafi sterować emocjami dzięki ciągłym zawirowaniom tempa i nastroju. Z jakże efektownie zaplatającymi się popisami gitar, organów czy smaczkami fortepianu i nieodzownymi perkusyjnymi szaleństwami trzech bębniarzy. Otwarta, zaimprowizowana forma, w której każdy z muzyków ma pole do własnych popisów. Podobny klimat panuje w pozostałych, kunsztownych muzycznych kolażach Carlosa i spółki skumulowanych na owym albumie.

IV. (czwarty element) Gitara jak ogień rozpalona płomieniem duszy

Zabójcza gitara napędza melodie pełne wigoru niczym Luxtorpeda z 1936 roku na trasie Kraków –Zakopane! ;-)
Dla Carlosa Santany priorytetem w zagadnieniu gitar od samego początku były dwie nadrzędne sprawy: właściwy ton oraz słuszne wybrzmiewanie, tzw. sustain, trwający możliwie jak najdłużej, a zachwycający niemal każdego miłośnika blues rocka. Carlos w 1970 r. wciąż gra jeszcze na wiśniowym Gibsonie SG Special P-90. Chociaż w późniejszym okresie swojej twórczości przesiada się na równie dobre „wiosełka”, takie jak: Gibson Les Paul Standard, Gibson L6- S, Yamaha SG2000, PRS SANTANA, by wymienić tylko te najbardziej charakterystyczne dla gitarzysty. Domeną Carlosa okazała się eksploracja dźwiękowych zasobów, które byłyby bardziej subtelne, a jednocześnie wydatniej przeszywające niż w przeszłości. 

Ten kapitalny styl gry na gitarze i niepowtarzalny dźwięk wydobywający się, z dziś już kultowych, lampowych wzmacniaczy Mesa Boogie King Snake, zdefiniował na wieczność unikatowe oblicze santanowskich artystycznych możliwości. Efekt finalny pokazuje niesamowitą zdolność Carlosa Santana do produkcji szeregu wyjątkowych gitarowych dźwięków, jednocześnie utrzymujących się w reżimie bogatej melodyjności. To wszystko łączyły z taką ufnością i precyzją, że doprawdy obezwładnia. Czapki z głów! Chociaż filarem dźwięków Santany na Abraxas jest jego Gibson SG, nie bez znaczenia są niuanse związane z techniką gry, poprzez kontrolę dotyku strun, a także wykorzystywanie technicznych dobrodziejstw w postaci pedału wah-wah. Dostrzegamy dźwiękowy konglomerat spreparowany dzięki stosowaniu „kaczki” w zamiarze złagodzenia kreowanych drapieżnych dźwięków. To właśnie w słynnej Samba Pa Ti osiągnął słodkie, ciepłe rozbrajające brzmienie, poprzez śmiałe wykorzystanie wyżej wymienionego efektu.

V. (piaty element) Muzycy jak światło stworzenia, spajające i jednocześnie siła sprawcza

Carlos Santana – gitara, wokal,
Michael Shrieve – perkusja
José Chepitó Areas – instrumenty perkusyjne, conga
Gregg Rolie – instrumenty klawiszowe, wokal
David Brown – gitara basowa
Mike Carabello – instrumenty perkusyjne, conga

Gościnnie:
Alberto Gianquinto – pianino
Rico Reyes – instrumenty perkusyjne


Obecność każdego z nich jest wyraźnie wyczuwalna i trudna do przecenienia. Wpływa na każdy brzmieniowy detal z siłą prawie nieporównywalną do całych zbiorów zbliżonych stylistycznie artystów.
Piękna płyta. Istny majstersztyk. Nic się nie starzeje. Bo arcydzieła się nie starzeją.



czwartek, 16 lipca 2015

ERIC BURDON and WAR – The Black’s – Man Burdon (MGM 1970)

Opowiem wam pewną historię. Historię jak poznałem tę muzykę.

Miało to miejsce w  zamierzchłych czasach na początku lat 90-tych. Wakacje. Czas studenckiego lenistwa. Beztroskiego „nic nie robienia”. Mówiąc krótko - totalny luzik. Razem z dawnymi kompanami zanurzałem się w klimatycznej muzyce. Spośród  wielu wykonawców znanych nam  mniej lub więcej, natknęliśmy się na intrygującą kompozycję, którą nazwaliśmy umownie „moon” ze względu na powtarzające się wyżej wymienione słowo wyśpiewywane przez wokalistę. Nieziemski, odlotowy „klimacior”. Niebywale zaintrygowany, z dużym zapałem rozpocząłem poszukiwania w celu identyfikacji. Trzeba pamiętać, że prawie 25 lat temu szeroki i łatwy dostęp do każdej muzyki był znacznie utrudniony. Nie było chociażby Internetu, gdzie wszystko możemy znaleźć. Ale coś mnie tknęło. Zaraz, zaraz. Przecież na ulicy Lipowej w Lublinie był wówczas sklep z płytami. Prowadził go znawca tematu Jerzy Janiszewski, miłośnik i koneser muzyki. Dziennikarz Radia Lublin. Miał tam takiego wesolutkiego sprzedawcę. Takiego świra „przy kości”, wielbiciela muzyki, trochę ściemniacza, „śmiesznego”, gadatliwego. Co by każdemu nawet gniota sprzedał. Ale wróćmy do sedna sprawy. Któregoś razu zaszedłem tam w celu wiadomym. Zaciągnąć języka na temat tego tajemniczego „moona”. Typek nie jarzył muzy. Ale miałem to szczęście, że akurat na miejscu był pan Jerzy. Wysłuchał w skupieniu tego kawałka z mojego „kaseciaka” walkmana. Pokiwał głową, zastygł aby wystrzelić: „Nie wiem?!” A to zonk!!! Klina niezłego zadałem fachowcowi. Nawet byłem troszkę dumny, że sprawiłem kłopot takiemu ekspertowi. A to ci heca! Pomyślałem. 

Po chwili jak gdyby nigdy nic mój rozmówca wyciągnął z półki sklepowej płytę. Na jej okładce widniał ciemny mężczyzna oświetlony z tyłu przez zachodzące słońce i ten napis w luźnym tłumaczeniu „Czarny facet- Bardon”. „Ta muzyka brzmi podobnie” - odparł. Następnie załadował CD do odtwarzacza. To co usłyszałem było nieco zbliżone do poszukiwanego nagrania zagadkowego wykonawcy, ale jednak inne. Z minuty na minutę rozwijało się i powoli, ale zdecydowanie pochłonęło mnie bez reszty. To było jak czarodziejskie dotkniecie. I co? Zdawał się pytać pan J.J., uśmiechając się przy tym lekko. Odjęło mi mowę. Przecież to doskonałe – przemknęło mi przez głowę. Takiego klimatu poszukiwałem wówczas w muzyce. Nie czekając i nie zastanawiając się pospiesznie wyciągnąłem jakieś zaskórniaki. Pewnie pieniądze przeznaczone na zupełnie inny cel. Odparłem: „Kupuję!” Pomimo tego, że owa płyta wcale nie była tania, jak na studencką kieszeń. Rozemocjonowany, z wypiekami na twarzy, jak w amoku wyleciałem ze sklepu, aby czym prędzej w domowym zaciszu rozkoszować się tą muzyczną ucztą. A było czym!!!

Pozornie recepta na taką dźwiękową miksturę jest banalna. Wziąć obce, dobre kompozycje (np. utwory The Rolling Stones i The Moody Blues). Zmienić aranżacje. Dodać coś od siebie. Uzupełnić swoimi równie wyśmienitymi utworami. Ale to coś w tym wypadku po prostu zwala z nóg! Mieszanina bluesa, jazzu, funky, soulu, latino najwyższej próby! Jednak muzycy nie ograniczają się tylko do tego. Można powiedzieć, że każdy wszelki zakamarek tego muzycznego produktu nasycony jest selektywnym i hipnotycznym brzmieniem zaaplikowanym przez genialnie zgrany zespół. Poszczególni muzycy grają z wyjątkowym smakiem. Będącym domeną tylko ponadprzeciętnych muzycznych architektów. Tworzą swego rodzaju misterium.
Niczym z  tajemniczych, pradawnych obrzędów voodoo.
Im więcej i częściej słucham tej płyty, tym bardziej produkt finalny przemawia do mnie. Ta materia dźwiękowa jest jak choroba zakaźna. Infekuje bez reszty. Bez antidotum. I nikt, i nic nie jest w stanie tego zmienić. Ani odebrać, jak wyśpiewuje w finale Burdon wraz z akompaniującym zespołem WAR:


Później, wśród moich kumpli krążyła anegdota (podobno wymyślona przez wspomnianego sprzedawcę ze sklepu Janiszewskiego) na temat zakupu przeze mnie tej kultowej płyty. Chodziło o to, że podobno będąc w euforii po „upolowaniu” tego krążka, usiłowałem  opuścić sklep „bez otwierania drzwi wejściowych”. Ale jaja, jest co wspominać!
Od tamtej pory zgromadziłem prawie całą dyskografię WAR na oryginalnych płytach CD - pierwszych wydaniach kompaktowych ściąganych specjalnie ze Stanów.  Pięknie wydanych, w ozdobnym  tekturowym etui.

A „moona” i tak do dzisiaj nie poznałem. Pozostaje to wciąż nierozwiązaną tajemnicą. Może kiedyś…