Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 stycznia 2023

ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY - Oddział Zamknięty (Polskie Nagrania 1983)

„Nasza muzyka stanowi skojarzenie „nowej fali” z rockiem, zaś teksty są efektem przemyśleń nad życiem i problemami, z którymi boryka się pokolenie młodych ludzi”

Oddział Zamknięty. Debiut. Zaznaczam że w tym przypadku kieruję się przede wszystkim… intencją wspomnień. A może nawet sentymentem, próbując przywołać pamięć o tej płycie. Czas płynie szybko. To już prawie 40 lat kiedy album OZ ujrzał światło dzienne. Prosta, biała okładka z charakterystycznym logo i poniżej nazwa zespołu wymyślonym przez Jaryczewskiego i Szlagowskiego. Nie chodzi o ascetyczną stronę grafik, ale generalnie o zawartość, która kryła się pod obwolutą tej produkcji. Zresztą pamiętna okładka trafnie oddaje znaczenie nazwy zespołu. Jest związana z frontmanem grupy, który w na początku lat osiemdziesiątych upozorował próbę samobójczą, chcą uniknąć poboru do wojskowej służby zasadniczej i w następstwie trafił do… szpitala psychiatrycznego. 


Ale nie będę tu rozwijać medycznych tematów. W szerszym, nieco metaforycznym, temacie to idealne określenie na Polskę w dobie po wprowadzeniu stanu wojennego. Kraju po części izolowanego, ale też smutnego, w którym wszystko postawiono na głowie dzięki naszym ówczesnym przywódcom, którzy ufundowali dość absurdalną rzeczywistość rodakom. Sama treść muzyczna przekonuje. Trzeba pamiętać, że w dobie stanu wojennego i zaraz po nim, wyraz jakiegokolwiek buntu zawarty w muzyce rockowej był bardzo pożądany przez młodszą rzeszę słuchaczy. O ironio, rządzącym decydentom było na rękę odwrócenie uwagi sfrustrowanej młodzieży od sytuacji socjalistycznej Ojczyzny, dlatego niespecjalnie przeszkadzali w rozpowszechnianiu muzyki preferowanej przez zespół.


Oddział Zamknięty na swojej pierwszej płycie, jak na nasze rodzime warunki, przedstawił świeże spojrzenie, przy równoczesnym spójnym stylistycznie brzmieniu rockowym. Od początku „jedynka” Oddziału stała się kopalnią hitów, które przeszły do kanonu polskiej muzyki. Zadziorne gitary, fajne i trafne tematy wyśpiewane przez charakterystyczny głos wokalisty, zdecydowały o błyskawicznym sukcesie albumu.


Warto wspomnieć, że 29 lutego 1984 roku w trakcie podpisywania przez muzyków płyt w warszawskim salonie „Polskich Nagrań", a dzisiejszym „Empiku”, na rogu ul. Świętokrzyskiej i ul. Nowy Świat – rozentuzjazmowany tłum fanów wszczął awanturę, w wyniku czego interweniowali funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej!!!


W opinii większości muzyków zespołu, debiut fonograficzny stanowi ich fundamentalne, jak nie najważniejsze dzieło. Bo kto nie zna takich przebojów Andzia i ja, Obudź się, Party (popularna „Prywatka” zainspirowana przebojem Rolling Stonsów Beast of Burden), czy Ten wasz świat. Bardzo dobrze wpisujące się w obraz codzienności widzianej oczami dorastających Polaków. Ich stosunku do siermiężnych, nienapawających optymizmem czasów, a także buntu i ucieczkom w hedonistyczną krainę domowych balang, napędzanych rozmaitymi stymulatorami.

Materiał na płytę powstał na przestrzeni wielu miesięcy 82-83 r. podczas zaledwie trzech sesji nagraniowych. Udział w nich brało, w różnych konstelacjach, 7 muzyków: wokalista Krzysztof Jaryczewski, Wojciech Łuczaj-Pogorzelski grający na gitarze drugi wokalista, basista Paweł Mścisławski, udzielający się wokalnie Włodzimierz Kania, Jarosław Szlagowski na perkusji oraz sekcja rytmiczna w osobach Marcina Ciempiela – gitara basowa, Michała Coganianu – perkusista udzielający się w dwóch kawałkach: Jestem zły, a także hitowym Andzia i ja

Warto zaznaczyć, że jak przystało na modelową kapelę rockową, sami muzycy nie jawili się tak niewinnie, jak przysłowiowe aniołki. Nie unikali hotelowych zadym, balang „jakich nie przeżył nikt”. Ale przede wszystkim kreowali niezapomnianą muzykę, surową i bezkompromisową jak oni sami. W tamtym czasie prawie żadna kapela nie przemawiała do młodzieży tak bezpośrednio, prowokując do myślenia i zachęcając do spontanicznej hulanki bez zwracania uwagi na toporną rzeczywistość schyłkowego PRL-u.


Ps. I tylko szkoda, że zwaśnieni liderzy z pierwotnego składu (Krzysztof Jaryczewski, Wojciech Łuczaj-Pogorzelski) jakoś nie mogą zgodnie tworzyć wspólnie kolejnych płyt. A prowadzą aktualnie dwa osobne projekty: Jary Oddział Zamknięty i… Oddział Zamknięty.



wtorek, 14 grudnia 2021

STANISŁAW SOJKA – „Matko, która nas znasz…” ( Helicon 1982)

„To album z pieśniami ruchu żywego Kościoła – jedna z nich jest protestancka. Wiążąc się z Oazą, zostałem animatorem muzycznym: byłem kantorem! Jako czternastolatek degustowałem się tradycyjną religijnością, bywa, że nietolerancyjną. Oaza uratowała mnie dla Kościoła. To była ważna sprawa dla całego mojego pokolenia, wymyślona przez Karola Wojtyłę i księdza profesora Franciszka Blachnickiego, by wprowadzić młodzież w ducha Soboru Watykańskiego II. Dzięki niej nauczyłem się, co to znaczy być chrześcijaninem.”
S. Sojka

Ktoś powie, że tak nie wypada, że to forma dewocji (a nawet obciach). Ale ja się po prostu tego nie wstydzę. Może częściowo odsłaniam swoje przekonania, lecz do ostentacyjnych deklaracji wiary jest mi daleko. Kto, w co wierzy, to jego prywatna sprawa. Nie zamierzam epatować sprawami religijnymi i łączyć ich ze sprawami światopoglądu. Bo wiara to wolność, a nie presja. Nikomu nie zamierzam narzucać postaw i ani oceniać przez pryzmat religijności. Praktykowanie religii to przecież wolna wola, a nie sprawa, która może Nas dzielić. I nie można jej narzucić żadnym dekretem, albo jakimś aktem prawem. Nie będę dalej rozwijać tematu, ale tradycji nie zamierzam się wypierać. Pisząc to, nie stoję kategorycznie po konkretnej stronie. Raczej w naturalny sposób podchodzę do naszej rodzimej kultury, czy ojczystych reguł, obrzędów związanych z religią i kościołem. A takim na pewno jest „kult maryjny”, tak nierozerwalnie zespolony z polską tradycją. Bo jak powiadają, kto wielbi Boga śpiewem, to modli się wielokrotnie mocniej. A forma modlitwy, którą prezentuje na tym albumie Stanisław Sojka autentycznie do mnie przemawia! Szczególnie w czasie przedświątecznego, bożonarodzeniowego oczekiwania.

Stanisław Joachim Sojka, znany również jako Soyka oraz Stanisław Soyka. Wokalista, pianista, gitarzysta, skrzypek, kompozytor, aranżer. Swoją muzyczną „drogę” zapoczątkował występami już w wieku 7 lat, kiedy to śpiewał w sopranach w chórze kościelnym, a następnie mając 14 lat został kościelnym organistą, idąc tym samym w ślady swojego dziadka Józefa. Młody Staś był wówczas uczniem Podstawowej Szkoły Muzycznej I stopnia w Gliwicach, gdzie pobierał nauki gry na skrzypcach. Tak więc nieprzypadkowo pan Stanisław pochylił się nad zagadnieniami pieśni korespondującymi z elementami religijnymi. 

Ktoś kiedyś niezwykle trafnie określił tę płytę: „Ładnie pokłonił się piosenkarz Naszej Pani”. Idealne wskazanie konceptu twórcy muzyki, który wraz ze słowami zawartymi na krążku, popełnił mistrzostwo w tego typu konwencji. Rytmika, puls, to kołysanie soulowo – bluesowym czuciem, niczym gospel w wersji naszej ojczystej tradycji. Tak, to mieszanina gospel, soulu, a nawet polski àla oazowy spirituals, bowiem niejednokrotnie do intonowanej przez lidera frazy, chór dośpiewuje dalszy ciąg kompozycji. Niemal każda zwrotka wyśpiewana przez wokalistów posiada głębię znamionującą tego rodzaju muzyczną sztukę. Kawał wybornej, muzycznej interpretacji. Energia i autentyczność emanująca z nagrań jest wyraźnie magnetyzująca. Można rzec, że w istocie pozbawia słuchacza dybów posępności i jednocześnie pozwala wyzwolić każdego z pręgierza grzeszności. Wyśmienite aranżacje, pełen zapału wokal Sojki, odkrywający sakralność w formie wyżej wspomnianych gatunków muzycznych. W następstwie ukazuje, niekiedy odświeża w naszych zmysłach znane pieśni, a przy tym pielęgnuje ich religijny temat.


Na płycie wszystkie kompozycje odsłaniają subtelne i uduchowione oblicze autora. Dzięki temu utwory w jego wykonaniu poruszają nieznane struny wrażliwości słuchaczy. Bezspornie korespondują między profanum, a sacrum. Czyli to co ludzkie i boskie. Sojce z wielkim powodzeniem udało się zachować ich swoisty charakter i równocześnie opatrzyć je swoim niepowtarzalnym stylem. Źródłem inspiracji były: całokształt przesłania wczesnego pontyfikatu papieża – Polaka Jana Pawła II, nie mniej ważne idee Prymasa Tysiąclecia Stefana Wyszyńskiego, a także świadectwa Ruchu Światło-Życie ks. Franciszka Blachnickiego.


W tym dziele pomogli Sojce nieprzeciętni muzycy. Obowiązkowo trzeba wymienić tych tuzów polskiego jazzu i muzyki popularnej. Obok samego Sojki grali i śpiewali tam ze znakomitym skutkiem: główny aranżer większości utworów Wojciech Karolak (instrumenty klawiszowe), a także nietuzinkowi instrumentaliści i wokaliści jak: Winicjusz Chróst (gitara), Zbigniew Wegehaupt (g.basowa), Czesław Bartkowski (perkusja), Tomasz Szukalski (saksofon), Janusz Kwiecień (saksofon), Janusz Zabiegliński (saksofon), Zbigniew Jaremko (saksofon, klarnet), Henryk Majewski (trąbka), Stanisław Mizeracki (trąbka), Andrzej Piela (puzon), Jerzy Wysocki (puzon), Maria Jeżowska (wokal), Daria Pakosz (wokal), Jerzy Sojka (wokal).

Kto nie zna tej płyty niech obowiązkowo nadrobi zaległości. Kto słyszał, niech czym prędzej odświeży sobie pamięć, bo autentycznie warto!

Matko, która nas znasz,
z dziećmi Twymi bądź,
Na drogach nam nadzieją świeć,
z Synem Twym z nami idź…

PS. Stanisławowi Sojce tematyka religijna jest wyraźnie bliska. Przez lata towarzyszyła jego muzycznej drodze. Obok cytowanego albumu w swoim dorobku ma również pokrewne wydawnictwo jak Kolędy Polskie (1994 r.), a także Polskie Pieśni Wielkopostne z 2001 roku. Co ciekawe, omawiana płyta została dotychczas wydana tylko i wyłącznie na winylu oraz na kasecie magnetofonowej (!?).
ps. Małe sprostowanie, płyta jednak doczekała się reedycji CD w 1994 roku. Dziękuję za czujność czytelnikowi bloga.  




Prawdopodobnie to ostatni przedświąteczny wpis na blogu
– życzę więc Wszystkim moim Czytelnikom pięknych świąt,
przepełnionych oczywiście dobrą muzyką :)


środa, 2 czerwca 2021

CZESŁAW NIEMEN – Enigmatic ( Polskie Nagrania Muza 1970)

"Śpiewanie poezji jest dla mnie uzasadnione, kiedy z połączenia muzyki i tekstu powstaje nowa wartość."
Czesław Niemen

Połowa lat 80-tych ubiegłego wieku. Lekcja języka polskiego. Tematyka: polski romantyzm. Na tapecie twórczość naszych wieszczów narodowych: Mickiewicz, Słowacki i Norwid. No i ten, jakby nie patrzeć, oryginalny sposób prezentacji twórczości tego ostatniego w interpretacji słowno-muzycznej Czesława Niemena z analogowej płyty odtwarzanej na starym adapterze, bodajże marki Bambino. O dziwo formalnie zalecany przez władze oświatowe PRL-u, i to mimo początkowego oburzenia niektórych osób kultury wobec zuchwałości Niemena, który to niby szarga świętości rodzimej literatury. Abstrahując od jakości dźwięku generowanej z ww. „ustrojstwa”, powiem szczerze, że mi osobiście taki rodzaj przedstawienia poezji Norwida bardzo przypadł do gustu, chociaż większość kolegów z klasy ta sytuacja bawiła i powodowała niekontrolowane reakcje (ironiczny uśmiech). No wiecie jak to jest w okresie dorastania i bycie w tzw. „cielęcy wieku”. Wspomniane zajęcia lekcyjne to takie dwa w jednym. Norwid i Niemen zamknięci w jednej formule. To było, jest i będzie fascynujące. Muzyka budująca podniosły nastrój poezji Norwida nieziemsko potęgowała emocje i ekspresję płynącą z dźwięków winylowej płyty.

No cóż, ponownie zanurzamy się w historię polskiej muzyki. Czesław Niemen to absolutne klasyka! Jego twórczość to temat przeorany w szerz i wzdłuż, zaś album Enigmatic jest uznawany przez prawie wszystkich za jego opus magnum. Nie będę odosobniony w tych opiniach. Płyta symbol, jednakowo pionierska, awangardowa, jak i zwyczajnie kompozytorsko rewelacyjna. Koncepcja tego albumu to rzeczywiście mistrzostwo. Tylko taka osobowość jak Niemen, mogła wpaść na pomysł połączenia rodzimej poezji z niezwykle ekspresyjnymi dźwiękami, często pozornie całkiem odległych stylistycznie, zaaranżowanych kompozycji. Na albumie zgromadzono zaledwie 4 kompozycje. Ale tu nie chodzi o ilość, ale przede wszystkim jakość!


Pierwszy z nich to zajmujący całą pierwszą stronę płyty analogowej, epicki utwór do poezji Kamila Cyprian Norwida Bema pamięć i żałobny rapsod. Natomiast strona B zajmuje kolejne 3 kompozycje. Nostalgiczna Jednego serca z tekstem poety Adama Asnyka. Kolejny utwór Kwiaty ojczyste, niezwykle obrazowo oddający walory atrybutów „kraju nad Wisłą” autorstwa Tadeusza Kubiaka i na koniec kojący Mów do mnie jeszcze z lirycznym akcentem Kazimierza Przerwy-Tetmajera.


Był to czas, kiedy muzycy, szczególnie ci z zachodu, będąc u szczytu popularności, znużeni dotychczasową formułą, decydowali się na transformacje i nierzadko błahą muzyczną formę zamienili na ambitniejszą stylistykę. Tak i Niemen poddał się takim tendencjom i przeszedł pozytywną metamorfozę i to bez specjalnego zabiegania o względy publiczności, a tym bardziej muzycznych krytyków. Na taki kształt albumu mógł wpaść artysta wyłącznie nietuzinkowy. Obdarzony nieskrepowaną wyobraźnią doboru treści i formy stworzonych muzycznych kompozycji. Treści w znaczeniu doboru oprawy słownej.


Notabene, Niemena zainspirowali mocno Ewa Demarczyk i podobno też Wojciech Młynarski do oparcia się w warstwie tekstowej o poezję naszego wieszcza narodowego C.K. Norwida. A było to w 1968 roku. W tym samym roku odbyła się prapremiera utworu w warszawskiej Sali Kongresowej w wersji krótszej, bo 8 minutowej, przy akompaniamencie grupy Akwarele. Słowa wykorzystane na potrzeby tego albumu idealnie uzupełniają energię i ducha zawartego w zaaranżowanych utworach. A przy tym definiują muzyczną spuściznę naszego polskiego znakomitego artysty. I zaryzykuję stwierdzeniem: gdyby płyta ukazała się wówczas na zachodzie, a nie w socjalistycznym PRL-u, stałaby się klasykiem rockowych wydawnictw na całym… świecie!!! Tak sądzę i nie ma w tym żadnej przesady, bo przecież muzyka Niemena przełamywała wszystkie granice, także te artystyczne. Warto wspomnieć, że Niemen dostał propozycję dołączenia do znanego amerykańskiego zespołu Blood, Sweat and Tears, z której zresztą nie skorzystał z wielu przyczyn.

...Iusiurandum patri datum
usque ad hanc diem ita servavi...
Czemu, Cieniu, odjeżdżasz, ręce złamawszy na pancerz,
Przy pochodniach, co skrami grają około twych kolan?
Miecz wawrzynem zielony i gromnic płakaniem dziś polan;
Rwie się sokół i koń twój podrywa stopę jak tancerz.
Wieją, wieją proporce i zawiewają na siebie,
Jak namioty ruchome wojsk koczujących po niebie.
Trąby długie we łkaniu aż się zanoszą i znaki
Pokłaniają się z góry opuszczonymi skrzydłami
Jak włóczniami przebite smoki, jaszczury i ptaki...
Jako wiele pomysłów, któreś dościgał włóczniami...
Idą panny żałobne: jedne, podnosząc ramiona
Ze snopami wonnymi, które wiatr w górze rozrywa,
Drugie, w konchy zbierając łzę, co się z twarzy odrywa,
Inne, drogi szukając, choć przed wiekami zrobiona...
Inne, tłukąc o ziemię wielkie gliniane naczynia,
Czego klekot w pękaniu jeszcze smętności przyczynia.
Chłopcy biją w topory pobłękitniałe od nieba,
W tarcze rude od świateł biją pachołki służebne;
Przeogromna chorągiew, co się wśród dymów koleba,
Włóczni ostrzem o łuki, rzekłbyś, oparta podniebne...
Wchodzą w wąwóz i toną... wychodzą w światło księżyca
I czernieją na niebie, a blask ich zimny omusnął,
I po ostrzach, jak gwiazda spaść nie mogąca, prześwieca,
Chorał ucichł był nagle i znów jak fala wyplusnął...
Dalej - dalej - aż kiedyś stoczyć się przyjdzie do grobu
I czeluście zobaczym czarne, co czyha za drogą,
Które aby przesadzić, Ludzkość nie znajdzie sposobu,
Włócznią twego rumaka zeprzem jak starą ostrogą...
I powleczem korowód, smęcąc ujęte snem grody,
W bramy bijąc urnami, gwizdając w szczerby toporów,
Aż się mury Jerycha porozwalają jak kłody,
Serca zmdlałe ocucą - pleśń z oczu zgarną narody...
Dalej, dalej

Album w całości urzeka, w każdym aspekcie. Mamy tu fragmenty chorału gregoriańskiego we wstępie „Bema”, gdzie chór powtarza słowa „Iusiurandum patri datum usque ad hanc diem ita servavi” (przysięgę ojcu złożoną po dziś dzień tak zachowałem). Zwiastujące kościelne dzwony, dominujące organy Hammonda, no i ten podniosły towarzyszący całości, ale niepretensjonalny nastrój, budują podniosłą atmosferę, której apogeum nastąpi w drugiej części suity. Obok tego świetnie zaaranżowane progresywne wstawki, dosłownie we wszystkich utworach, gdzie odważnie, ze swadą muzyka flirtuje z jazz rockiem, a nawet soulem. To wszystko jeszcze podlane emocjonalnym folkowym słowiańskim sosem rodem jakby z kresów wschodnich.
Niemen jako lider przedsięwzięcia zaangażował do nagrań rewelacyjną ekipę muzyków dostępnych w 1969 roku w Polsce: Czesław Bartkowski (perkusja), Zbigniew Sztyc (saksofon tenorowy), Zbigniew Namysłowski (saksofon altowy), Michał Urbaniak (saksofon tenorowy, flet), Tomasz Jaśkiewicz (gitara), Janusz Zieliński (gitara basowa) i Alibabki (chór).


Płyta została zarejestrowana w październiku 1969 r., a wydana w ekspresowym tempie, bo już 19 stycznia kolejnego roku. Powstała też anglojęzyczna wersja Rapsodu na płycie Mourner’s Rhapsody, wydanej w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, i wiele lat później w Polsce. Jeśli można użyć terminu promocja, to trzeba obowiązkowo przywołać informacje, że wydaniu płyty towarzyszyły dwa filmy autorstwa Janusza Rzeszewskiego, w których Niemen prezentował utwory z całej płyty. Zresztą kadry fotograficzne z tej sesji trafiły na okładkę tegoż albumu. Ten film wraz z muzyką do dzisiaj wzbudza niegasnące miłe emocje!


To co pozostawił nam Niemen to znaczące dzieło, dzięki któremu polska poezja zyskała zupełnie świeży, ponadczasowy charakter. Dzieło dopracowane artystycznie i niepopadające w typowo rozrywkowe i piosenkarskie schematy. Zresztą nie ma się co dziwić, bowiem w swoich czasach mogło spokojnie konkurować z zachodnią muzyką rockową. Niemen zupełnie zatarł granicę między muzyką a literaturą, co ponad 50 lat temu było czymś zupełnie nowym na naszym polskim muzycznym firmamencie. Pół wieku od wydania, album brzmi niezwykle dojrzale pod każdym względem i z powodzeniem opiera się nieubłaganemu upływowi czasu.



piątek, 5 czerwca 2020

Dwa Plus Jeden – Nowy wspaniały świat (Polskie Nagrania Muza 1972)


Jest taka przypadłość, która jest namolna i nieustannie towarzyszy niektórym ludziom. Niezwykle ciężko jest się z niej otrząsnąć i podnieść z tak przewlekle dręczącego problemu. Z nim to właśnie boryka się od wielu lat osoba, która jest na stale kojarzona z tą grupą. Dwa Plus Jeden, bo o nich będzie mowa, jak sama nazwa wskazuje to dwóch muzyków, w tym przypadku mężczyzn i jedna kobieta, która na trwale wpisała się w pamięć wielu słuchaczy. Elżbieta Dmoch od przeszło ćwierć wieku zmaga się z tym tzw. „czarnym psem”, jak niektórzy zwą tę przypadłość (depresję). W przypadku tej wokalistki spowodowaną rozstaniem, a następnie niespodziewaną śmiercią najbliższej jej osoby, jakim był jeden z muzyków przywołanej formacji - Janusz Kruk. Z tego powodu artystyczna absencja pani Eli trwa już ponad dwie dekady. 

Ale dość tych ponurych dygresji, czas zająć się sednem tematu, czyli pierwszym albumem zespołu. Może kogoś co najmniej zdziwi, albo zniesmaczy mój dobór wykonawcy do tego odcinka blogowych treści. Bo niby pop, jarmarczność i zero rockowo-podobnej zadziorności. Może i tak jest po trosze, ale konia z rzędem temu, kto wskaże tak wartościową polską muzykę popularną w zalewie obecnej szmiry discopolowej i tym podobnych produktów. Brrrr…! 

Co mnie urzekło w tych piosenkach? Najzwyczajniej ich niepowtarzalny klimat lat 70-tych, tak bardzo udanych pod względem stworzonej wówczas muzyki. Nie do podrobienia styl i urok ówczesnych melodii, brzmień i aranżacji. Nawet powszechnie używanych w muzyce zgoła odmiennej niż mocniejszy rock sprzed prawie 50 lat. 

Debiut zespołu 2 plus 1, mającego pierwotnie nazwę Smak Miodu, pełny jest utworów osadzonych w popowo-folkowym stylu. Przeważają kompozycje w konwencji balladowej. Za stronę tekstową odpowiedzialny był duet twórców Ernest Bryll i Marek Dutkiewicz. Natomiast za opracowanie muzyki odpowiadała głównie naczelna postać 2+1, wspomniany partner Pani Elżbiety, wszechstronny Janusz Kruk oraz zapamiętała popularyzatorka ludowych wpływów, grająca zresztą tutaj gościnie na fortepianie Katarzyna Gärtner. 

Warto zatrzymać się przy osobie twórcy zespołu Janusza Kruka, który nadał całości szlachetny szlif przejawiający się w doskonałym wyczuciu konwencji, przy równoczesnym kunszcie kompozytorskim i idealnym wykorzystaniu nietuzinkowych zdolności wykonawczych opisywanych muzyków. Kruk z polotem tworzył zgrabne melodie, które słuchacze z miejsca z dużym powodzeniem chłonęli. Tym samym utrwalając ponadczasowe kompozycje w świadomości pokoleń słuchaczy szukających skutecznej odskoczni od szarugi PRL-owskiej rzeczywistości. 



Co znajdziemy na tej płycie zarejestrowanej w mroźne grudniowe dni 1971 roku? Prawie same „gorące” przeboje grupy, począwszy od hitu Chodź, pomaluj mój świat, poprzez Czerwone słoneczko, Wstawaj, szkoda dnia, a skończywszy na Hej, dogonię lato. Warto podkreślić, że pojawienie się albumu przyniosło formacji nagły, lawinowy wzrost autentycznej popularności, co przełożyło się z kolei na wyjątkową sprzedaż i w następstwie status pierwszej z trzech złotych płyt w historii zespołu. 

Trzeba zdawać sobie sprawę, że muzycy obok inspiracji, skądinąd bardzo wartościową rodzimą muzyką ludową, z dużym wyczuciem zapożyczali dźwięki rodem z hipisowskiego rocka. Elżbieta Dmoch (wokal, flet, piszczałka 😊), niezwykle urodziwa, żywiołowa i muzycznie uzdolniona kobieta. Przyciągająca uwagę, odziana na scenie w efektowne i modne ciuchy, projektowane przez ówczesną guru polskiej mody Grażynę Hase. Niekwestionowany lider formacji Janusz Kruk (wokal, gitara, fortepian) oraz dopełniający całości Andrzej Krzysztofik (gitara basowa, gitara, harmonijka ustna, wokal). Należy też wymienić pozostałych, obecnych na tej sesji nagraniowej muzyków: perkusista Michał Nowak, klarnecista Cezary Szlązak, skrzypek Tomasz Rostkowski. 

Piszesz mi w liście, że kiedy pada,
Kiedy nasturcje na deszczu mokną,
Siadasz przy stole, wyjmujesz farby
I kolorowe otwierasz okno.

Trawy i drzewa są takie szare,
Barwę popiołu przybrały nieba.
W ciszy tak smutno, szepce zegarek
O czasie, co mi go nie potrzeba. 

Więc chodź, pomaluj mój świat
Na żółto i na niebiesko,
Niech na niebie stanie tęcza
Malowana twoją kredką.
Więc chodź, pomaluj mi życie,
Niech świat mój się zarumieni,
Niech mi zalśni w pełnym słońcu,
Kolorami całej ziemi.

Za siódmą górą, za siódmą rzeką,
Twoje sny zamieniasz na pejzaże.
Niebem się wlecze wyblakłe słońce,
Oświetla ludzkie wyblakłe twarze. 

Więc chodź…


ps. Zespół reaktywowany w 1998 roku, aktualnie działa pomimo kilku przerw. Wciąż także prezentuje dawne przeboje nie pozwalając o nich zapomnieć. Nawet był planowany koncert 29 maja bieżącego roku w mojej rodzinnej miejscowości, ale… obecny skład jest całkowicie odmienny od tego pierwotnego. Niestety w ubiegłym roku 2 sierpnia odszedł na zawsze Cezary Szlązak. Z całym szacunkiem, ale czy to już nie budzi skojarzeń z cover bandem? 




piątek, 20 marca 2020

TADEUSZ WOŹNIAK – Tadeusz Woźniak (Polskie Nagrania 1972)

Taki mamy dziwny czas jakby żywcem wyjęty z tematyki science fiction. Nie będę polemizował czy eskalowany przez niektóre dostępne media. Niepewności, lęku przed czymś czego nie widzimy. Jakiś paskudny tajemniczy wirus! Co gorsza, na razie nie mamy w 100% skutecznego antidotum. Jak tu walczyć z nieznanym wrogiem? Nie piszę tego, żeby potęgować niepokój, czy głosić kasandryczne wizje. Co to, to nie! Jestem zdecydowanie przeciw takiemu stanu rzeczy. Sądzę, że trzeba to wszystko mądrze przeczekać. Może kilka tygodni, a może parę miesięcy. Bez wątpienia to minie.

Z przedstawieniem tej płyty nosiłem się już od jakiegoś czasu, zbieg okoliczności jest absolutnie przypadkowy. Zegarmistrz Światła utwór apologizujący finalny cel naszej życiowej wędrówki. Daleki jestem od siania apokaliptycznych wizji, ale jakoś podczas tych napięć, naturalnie odzywają się w nas lęki przed czymś ostatecznym. Tak samo jak tej pierwszoplanowej kompozycji, tak i moją intencją jest oswojenie z tym czymś nieuniknionym (rodzaj ujarzmienia), bo przecież bunt jest daremny. Warto ująć te zagadnienie w sposób pozbawiony nadmiernej trwogi, a spojrzeć na nie, jako coś naturalnego, a zarazem potężnego. Jeśli w ogóle można użyć takiego określenia wobec kresu życia. Boimy się praktycznie całe życie tej chwili i to jest jak najbardziej naturalne, ale z drugiej strony wypieramy tę świadomość na bliżej nieokreślony termin.



Staram się zrozumieć, dlaczego tak nieprzychylnie został przyjęty ten utwór przez prawie wszystkich w czasie jego powstania? No bo jak można w ogóle podejmować ten temat?! Nie wypada, nie przystoi. Temat tabu. Związany z neurotycznością ludzkiej egzystencji. Tadeusz Woźniak inaczej ujął ten problem, a właściwie zmierzył się z nim. W czytelnych słowach wyraził zgodę i ufność w przekroczenie bram żywota. Nie było zamiarem autora nikogo obrażać, ranić, czy wprowadzać w zakłopotanie. Wręcz przeciwnie. Raczej oswoić słuchaczy z wyobrażeniem końca życia. Pragnął w sposób podniosły i artystyczny przedstawić ludzką gotowość na przejście na drugi brzeg życia. Bez straszenia i pobudzania złych skojarzeń. To emocjonalna wizja, daleka od ckliwości i egzaltacji. Swoiście metaforyczny opis zgody na odejście do wieczności. Ale ówcześni krytycy nie przyjęli tej nowej kreacji wizji śmierci, dając wyłączność tej problematyce tylko literaturze klasycznej, poważnej.


Nasz bohater mimo łagodnej powierzchowności był w tamtych latach jak najbardziej typem niepokornego hipisa, bez szczególnie zewnętrznych atrybutów konstatacji w postaci długi włosów do pasa, czy kilograma koralików na szyi. Bardziej współczesnego minstrela, obdarzonego dobrym głosem i wyposażonego w jeden z elementów buntu, jakim była w czasie epoki „dzieci kwiatów” akustyczna gitara. Otwarty umysł i przenikliwe artystyczne spojrzenie na świat musiało przynieść owoc w postaci tak udanych utworów, na czele z tą najsłynniejszą  kompozycją. Budzącą u zarania kontrowersje wśród zastępów literackich krytyków i dziennikarzy. 










Zarzucano twórcy egzaltację, grafomaństwo i infantylizm. Kompozycja jakoby bełkotliwa. Ówczesnym krytykom, wychowanym na socrealizmie, słowo „zabełtać” użyte w utworze, kojarzyło się jednoznacznie z bełtem, czyli tzw. tanim winem. Natomiast kolor „purpurowy” z czerwonym nosem konsumenta wymienionego trunku?! ;-) A nie, jak było intencją autora, barwą symbolizującą atrybuty dostojeństwa i insygnia władzy. Tak w ogóle to cała ballada jest wyznaniem niezrównoważonego samobójcy – tak głosiła narracja nadętych recenzentów! Mówiąc krótko, artystyczni arbitrzy tamtej epoki chyba nie za bardzo chcieli zrozumieć przesłanie młodych twórców. Nieoczekiwanie z powodu tego zamieszania wokół tej kompozycji Zegarmistrz zyskał darmową reklamę i na stałe zaistniał w świadomości melomanów.

A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy
Spłyną przeze mnie dni na przestrzał
Zgasną podłogi i powietrza
Na wszystko jeszcze raz popatrzę
I pójdę nie wiem gdzie - na zawsze.


Mnie osobiście, jak i zapewne wielu innym odbiorcom, cała kompozycja rysuje się jako majstersztyk wypełniony wspaniałą, czytelną metaforą autorstwa bliskiego znajomego Pana Tadeusza Woźniaka, filozofa, malarza i poety Bogdana Chorążuka. Zegarmistrz to oczywiście wszechwładny Stwórca, który przenosi w inny, nieznany wymiar. Co ciekawe, przypadkowym zbiegiem okoliczności, nasz pieśniarz jest koneserem wszelkiej maści zegarów. Ponoć zgłębianie mechanizmów tych urządzeń daje Mu niezaprzeczalną przyjemność.


Wróćmy do muzyki przebijającej się przez natłok dźwiękowej tandety dominującej w eterze komercyjnych stacji radiowym i telewizyjnych zarówno w przeszłości jak i teraz… Do Tadeusza Woźniaka, dla którego osobiste obcowanie z muzyczną krainą staje się niekłamaną przyjemnością dopiero wtedy, gdy jest świętem skupienia nad każdym odcieniem dźwięków i głębią literackiego słowa. Autora muzyki do kilkuset piosenek, inscenizacji teatralnych oraz do kilkudziesięciu przedstawień telewizyjnych, programów poetyckich i filmów. Twórcy stojącego nieprzerwanie na straży utrzymania wysokiej rangi polskiej ballady. Gdzie swoje miejsce znalazły elementy liryczne, pierwiastki dramatyczne, a jednocześnie podniosłe, przyprawione nutą muzyki, korespondującej z ekspresją rocka i folku. 

Wyrazem tego są inne ujmujące kompozycje tego debiutanckiego albumu. A bodaj to..., Zatrzymała się godzina, Na brzegu olśnienia bardzo charakterystyczne dla wczesnego stylu Tadeusza Woźniaka, a wyposażone w poezję zaprzyjaźnionego z wymienionym B. Chorążuka. Jedna kompozycja, Ballada dla potęgowej, powstała do słów Edwarda Stachury. Warto wspomnieć, że w realizacji płyty wzięli udział znakomici instrumentaliści, by wymienić najbardziej znanych muzyków jazzowych: pianistę, saksofonistę, flecistę, kompozytora i aranżera Włodzimierza Nahornego i perkusistę Kazimierza Jonkisza. Ponadto T. W. wspierał zespół Henryka Wojciechowskiego przy znacznym udziale najbardziej słynnego polskiego, żeńskiego wokalnego ansamblu Alibabki.



Żeby nie było tak poważnie i minorowo na owym krążku trzeba wskazać całkiem optymistyczne piosenki. Jedną z nich jest skomponowany w Bułgarii Smak i zapach pomarańczy, idealnie oddający nastrój letniej, beztroskiej kanikuły. Jak wspomina autor utworu, lato 1971 roku spędził razem ze swoim zespołem na wybrzeżu Morza Czarnego, gdzie co wieczór grywał w portowym barze jednego z hoteli w Złotych Piaskach. Pięknie skąpane w słońcu morze, w nabrzeżnych kawiarenkach pyszne czerwone wino, świeże granaty, dla Polaka wtedy mało znane egzotyczne owoce, no i plaże napełnione opalonymi przedstawicielkami płci pięknej.

Kto to pędzi tak przez miasto,
Komu w tych ulicach ciasno?
Biegnę gryząc pomarańczę,
Ziemia pod nogami tańczy… .




Ps. Trzymajcie się zdrowo i słuchajcie dobrej muzyki ;)



sobota, 31 sierpnia 2019

ELŻBIETA MIELCZAREK - Blues koncert (Pronit 1983)

„…podróż się zaczyna,
a kto wie, gdzie skończy się”.

                               Poczekalnia PKP 

Pisano o niej jako o polskiej Billie Holliday, czy Bessie Smith z powodu podobnej barwy głosu. Mówiono o niej pierwsza dama bluesa. Może trochę na wyrost? Chyba że określenie „pierwsza” oznacza czynnik upływającego czasu (choć wielu zakwestionuje to z powodu Miry Kubasińskiej), a nie miejsce w hierarchii wokalistek. Mamy jeszcze Marynę Jakubowicz udzielającą się w mniej więcej tym samym czasie. Ale jednak najbardziej korzennego bluesiora wykonywała ta niepozorna wokalistka z miasta Łodzi. 

Ten niepisany prymat może stanowić swoistą premię za zaśpiewanie kilku oryginalnych bluesów w burzliwym początku lat osiemdziesiątych, a nawet w momencie scenicznego debiutu 1979 roku na poznańskim Blues Meetingu. Czasach buntu wobec otaczającej polskiej rzeczywistości, a ucieleśnionego również w autentycznym ludowym klimacie folkloru południa Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. W wypadku pani Eli archetypowy, szlachetnie archaiczny, niezwykle ujmujący, tradycyjny czarny blues. 

Osadzony na swym podstawowym schemacie muzyczny gatunek, który absolutnie nie jest tak łatwy do grania. Tym bardziej należy pokłonić się tej artystce (i jej akompaniatorom), której wielka fascynacja amerykańskimi standardami bluesowymi, objawiła się w całej okazałości na legendarnej i ważnej w dziejach rodzimego bluesa płycie. Będącej zapisem dwóch koncertów 15 i 16 października 1983 r. w legendarnym, położonym nieopodal Pałacu Kultury i Nauki, już dziś nie istniejącym, warszawskim klubie jazzowym „Akwarium”. Gdzie panował niebywały tłok, a gorące reakcje publiczności, wtórowanie wokalistce. Spontaniczne okrzyki, zapamiętałe pląsy oraz kwiaty. Doprawdy niepowtarzalna i elektryzująca atmosfera. 



Płyta „Blues koncert” ukazała artystkę w kulminacyjnym momencie kariery, a także niekłamanej popularności, która jak później się okazało szybko przygasła, czym jeszcze wspomnę w epilogu tego odcinka mojego muzycznego bloga.

Ten zbiór znakomitych bluesów, surowych, opartych na prostym schemacie, a zarazem niezwykle finezyjnych i opatrzonych intrygującym głosem artystki, daje autentyczne świadectwo temu, że i w kraju nad Wisłą pobrzmiewały nieśmiertelne nutki dziedzictwa muzycznej spuścizny czarnoskórych artystów rodem z odległej Delty Missisipi. 

Na albumie mamy bardzo osobiste, grane prosto z serca, równocześnie świeże interpretacje nieśmiertelnych bluesowych evergreenów w rodzaju See See Rider, God Bless The Child, Muddy Water, Nobody Knows You When You’re Down And Out, You Better Mind, John Henry oraz dwa kultowe kawałki autorstwa omawianej bluesmenki Hotel Grand i Wielkie Koło

W wersji reedycji kompaktowej dołożono dwa utwory z singla tj. Poczekalnia PKP oraz standard Trouble In Mind. Dodatkowo sześć niepublikowanych wcześniej wykonań utworów (trzy tytuły się powtarzają) zarejestrowanych trzy lata wcześniej niż koncert w Akwarium, bo latem 1980 r., archiwalne nagrania ze studia na „Okólniku”. 

Obowiązkowo trzeba przypomnieć muzyków, bez których ta płyta nie otrzymałaby tak znakomitego brzmienia i wykonawczego rozmachu. Gitarzystów akustycznych Piotra Rucińskiego i Piotra Majewskiego oraz towarzyszącego im, a grającego na harmonijce, nieodżałowanego Jana „Kyksa” Skrzeka. 


Po swoim wymarzonym debiucie fonograficznym… nagle i niespodziewanie popadła w artystyczny niebyt?! 

„Przestałam śpiewać, ponieważ bardzo chciałam rozwijać się dalej, ale nie miałam pojęcia, jak to zrobić. Wtedy lepiej się zatrzymać i zrobić sobie przerwę, niż iść dalej po omacku i bez przekonania”. 

Te dosłownie zacytowane słowa pani Elżbiety (bluesonline.pl) idealnie tłumaczy powód długiego rozbratu z muzyką. Warto wspomnieć, że ówcześnie Ela Mielczarek przez kilka lat wykonywała na okrągło około 4 koncertów tygodniowo! To przecież musiało doprowadzić do wypalenia i utraty radości grania. 


W roku 1987 poznała nauczyciela buddyjskiego Lamę Olego Nydahla i została buddystką. W następnym roku podjęła decyzję o wyjeździe na stałe za granicę (RFN), przekonana o tym, że tam będzie mogła lepiej się rozwijać i… chyba godniej żyć. Ta trudna decyzja przyczyniła się wkrótce do obrania nowej, satysfakcjonującej drogi życia. Zafascynowana akupunkturą, zaliczyła kolejne egzaminy i w efekcie otrzymałam prawo do rozpoczęcia praktykowania Medycyny Chińskiej. Również uległa fascynacji malarstwem artystycznym. 

Ps. W połowie pierwszego dziesięciolecia lat dwutysięcznych powróciła do koncertowania ze Śląską Grupą Bluesową Leszka Windera. Ponadto wydała płytę „ElaeLa” w 2012 roku i następnie z nowym wydawnictwem płytowym nieco bardziej luźno związanym ze stylistyką bluesową, zapoczątkowała serię koncertów promujących wymienione wydawnictwo. 

Kiedy masz już poza sobą
pierwszy krzyk i pierwsze słowo, pierwsze łzy
Kiedy pierwsza miłość przeszła ci 

Kiedy z forsą cienko i nadzieja ledwo co się tli
wierzysz, że zamknięte wszystkie drzwi
Nigdy nie wiesz co się święci
zawsze może się przekręcić
wielkie koło
Kiedy masz już poza sobą deszcze, burze
a przed tobą świt i następna miłość Ci się śni
Kiedy puchnie portfel i monety jak kartofle sypią się
wierzysz, że otwarte wszystkie drzwi
Nigdy nie wiesz co się święci
zawsze może się przekręcić
wielkie koło
Kiedy idziesz prostą drogą, jasną jak słoneczny promień idź
jeszcze wszystko może zdarzyć się
Idziesz prosto i nie zbaczasz
a tymczasem wciąż zataczasz
wielkie koło






niedziela, 2 grudnia 2018

PERFECT – Perfect (1981 Polskie Nagrania Muza)


„Ze sta­nu dos­ko­nałości nie wie­dzie żad­na dro­ga w przyszłość. Osiągnąwszy dos­ko­nałość można się tyl­ko cofnąć.”
Carl Gustav Jung

Cytat ten pasuje jak ulał do historii grupy Perfect ze Zbigniewem Hołdysem.

Jest rok 1983. Olbrzymia popularność Perfectu i nagle lider formacji w osobie Hołdysa decyduje się na drastyczny krok o zawieszeniu działalności na prawie pięć długich lat. Analogie do myśli klasycznego szwajcarskiego psychologa cisną się same!

Od niebytu w byt i powrót w pierwotny stan. W międzyczasie „co nieco zdziałali” ;-) I to nie byle jak. Po prostu perfekcyjnie! Ale żeby dojść do doskonałości (lub zbliżyć się do niej) niestety trzeba się natrudzić. Podobnie rzecz się miała z procesem powstawania zarówno zespołu, jak i kultowej debiutanckiej płyty. Jak wspominają muzycy praca nad debiutem była też uciążliwa organizacyjnie.

Tworząca się konstelacja muzyków co rusz napotykała niedogodności. Sprzęt do studia Polskich Nagrań Muza mieszczącego się przy ulicy Okaryny 1 (inne źródła podają ul. Myśliwiecką i Program 3 ) w Warszawie tachała sama. O technicznych mogła wtedy tylko pomarzyć. Ustawianie wzmacniaczy, strojenie instrumentów, czy sterowanie mikserem należało w całości do poszczególnych muzyków Perfectu. Nie rzadko sesja rozpoczynała się o 10 wieczorem… Właściwie 3 sesje: w lutym, maju i czerwcu 1981 roku. Sami muzycy wspominają, że wszystko rodziło się w bólach i może dlatego przyniosło tak wiele satysfakcji i niekłamanej radości.

Ale wcześniej cały materiał był przećwiczony do… perfekcji. Tak mozolnie, dzień w dzień, przez prawie 6 godzin. Najzwyczajniej ogrywali, w jesienne dni 1980 r., do bólu nowy materiał przygotowywany z myślą o pierwszej płycie i czekali rozemocjonowani i nieco niepewni na swoje pierwsze wejście do warszawskiego studia nagraniowego. Wszystkiemu towarzyszyła wszechobecna konstruktywna motywacja i pełna mobilizacja.



Te i wszystkie przeszłe dni poprzedziło powstanie grupy w czerwcu tego samego roku zaraz po powrocie Zbigniewa Hołdysa ze Stanów Zjednoczonych. Jak wieść niesie od razu na gorąco po przyjeździe zza oceanu postanawia założyć rockowy zespół. Taki co da „takiego czadu, że powali wszystkich na kolana”.

Ten doskonały artystycznie zespół wyłonił się na gruzach poprzedniej formacji o podobnej, dłuższej nazwie. Nie wgłębiając się w szczegóły powiem tylko, że u zarania działalności, na przełomie 1977 i 78 r., zespół zajmował się wykonywaniem ówczesnych coverów muzyki popularnej towarzysząc piosenkarkom w rodzaju Ireny Santor, czy Haliny Frąckowiak. Nie śmiem oceniać i nawet nie próbuję jak to wszystko brzmiało, czy informować, gdzie było wykonywane, ale warto wspomnieć, że pierwszy skład tworzyli bardzo wartościowi instrumentaliści pochodzący z grupy Breakout: perkusista Wojciech Morawski i basista Zdzisław Zawadzki. Wokalistek z formacji Alibabki: Ewy Konarzewskiej i słynnej na całym świecie w późniejszym czasie Barbary „Basi” Trzetrzelewskiej. Ważną rolę wówczas pełnił Paweł Tabaka. Twórca pierwszej nazwy Perfect Super Show and Disco Band. Podobno taka nazwa pochodziła od części nazwiska obsługującej instrumenty klawiszowe wokalistki Fleetwood Mac: Christine Perfect-McVie.

Pierwszy słynny skład tej grupy to oczywiście Zbigniew Hołdys (gitara), Piotr Szkudelski (perkusja), Zdzisław Zawadzki (bas) i Ryszard Sygitowicz (gitara). Grzegorz Markowski dołączył później – on z kolei rozpoczynał już kilkanaście miesięcy wcześniej w zespole Victoria Singers, przeistoczonego wkrótce w formację VOX ( …tej od Ryszarda Rynkowskiego). Pierwszym otarciem się o wielką scenę frontmana Perfectu był epizod związany z użyczeniem wokalu do pierwszoplanowego utworu ścieżki dźwiękowej niezapomnianego serialu „07 złoś się”.


Pierwszy koncert składzie Hołdys / Markowski / Sygitowicz / Zawadzki / Szkudelski, zespół zagrał 1980 roku, w klubie akademickim w Poznaniu. W tym miejscu trzeba oddać głos wokaliście Grzegorzowi Markowskiemu:
„Pojechaliśmy do Poznania. Tam w domu studenckim, w takim bardzo małym klubie przyjechał Perfect oraz dwóch technicznych: kierowca i akustyk. Było nas dziewięciu, a publiczności całe siedem osób – czyli siedmiu studentów. Za zdobyte honorarium siedmiu biletów, zakupiliśmy dziesięć win po 3, 50 i upiliśmy się wraz z widownią. Wykonaliśmy pierwszy koncert na lekkim „rauszu”.

Wkrótce wszystko nabrało niebywałego rozpędu. W ciągu pół roku nastąpiła eskalacja popularności wymieszana z iście totalnym uwielbieniem. Parę miesięcy potem, tłumy fanów wybiły wszystkie szyby, aby dostać się do środka kilkutysięcznej poznańskiej hali Areny. Kolejnym świadectwem miłości słuchaczy był incydent w Toruniu, gdzie ciężaru oddanych fanów nie wytrzymały gałęzie drzew okalających amfiteatr. Na ucieczkach muzyków do kieleckich piwnic przed fanami kończąc.



Tymczasem zapotrzebowanie na koncerty wzrastało proporcjonalnie do gigantycznego wzrostu popularności. Ale niestety nie przekładało się to na sukces finansowy grupy. Zespół w tamtym czasie otrzymywał głodowe tantiemy za swoje występy. Bez względu na frekwencję na koncertach stawki oscylowały między 400 a 700 zł, więc muzycy niejednokrotnie grali dwa i więcej razy w ciągu jednego dnia!



Tę fenomenalną pod względem popularności, ale też niezwykle forsowną koncertową przygodę, przerwał brutalnie 13 grudnia i grupa zmuszona została do zawieszenia działalności do końca 1981 roku. Jednak generał Jaruzelski nie obrzydził im muzycznego życia, bo grupa funkcjonowała i tak jeszcze dwa lata. W tym czasie zespół znalazł się na cenzurowanym przez aparat bezpieczeństwa ludowej władzy. To wpłynęło negatywnie na relacje wewnątrz grupy i spowodowało powolny rozpad integracji zespołu w latach 1982- 83 .

Pierwsza płyta zespołu Perfect ukazała się na rynku w pamiętnym roku stanu wojennego – miesięcy niepokojów społecznych i rosnącej świadomości społecznych zmian. Generalnie płyta „Perfect” była protestem przeciwko ówczesnej rzeczywistości i stanowiła głos pokolenia. Była też niejako odbiciem obserwacji ówczesnej Polski. Również tej materialnej, związanej z radzeniem sobie z otaczającym ubóstwem, jak chociażby w tekście Lokomotywy z ogłoszenia. Słowa zawarte w utworach niejednokrotnie obnażały absurdy ówczesnego, sztucznie podtrzymywanego systemu społeczno-politycznego. A utwór Chcemy być sobą, śpiewany (a właściwie skandowany) był przez publiczność na koncertach słowami „Chcemy bić ZOMO” stając się tym samym formą manifestacji przeciwko ówczesnej sytuacji w Polsce. Autorem tak inteligentnych i ciętych tekstów był Bogdan Olewicz, który z roli tekściarza wywiązał się doskonale.

Słuchając wciąż na nowo tej muzyki, nie trudno o opinię, że ówczesny skład Perfektu pod wodzą Hołdysa, stworzył balans między swobodnymi popisami wokalnymi, a selektywną i dominującą od pierwszych do ostatnich chwil słuchania, dynamiczną warstwą dźwiękową.

Wśród moich faworytów trzeba wymienić otwierającą zawadiacką Lokomotywę z ogłoszenia, dynamiczne Ale w koło jest wesoło, czy liryczne Niewiele ci mogę dać i Nie płacz Ewka. Niemniej jednak, wszystkie pozostałe utwory wryły się naturalnie w pamięć za sprawą niepowtarzalnego stylu zespołu, który mógł, a raczej powinien konkurować z ówczesnymi zachodnimi kapelami.

Album ten zaopatrzony został w skromną pod względem graficznym okładkę, autorstwa znanego grafika-karykaturzysty Edwarda Lutczyna, który w centralnym punkcie białej obwoluty umieścił napis - logo grupy. Stąd umowna nazwa płyty „biały album”. Perfekt w składzie znanym z debiutu nagrał jeszcze dwie, całkiem udane płyty, i zawiesił działalność. Po kilku latach dokonał reaktywacji, ale już bez swojego pierwszego lidera w osobie Zbigniewa Hołdysa.




czwartek, 31 maja 2018

MAREK GRECHUTA & ANAWA - Marek Grechuta & Anawa (Polskie Nagrania Muza 1970)


„Postanowiliśmy nie tworzyć byle czego, bo na to szkoda czasu. Chcieliśmy pisać piosenki niebanalne, piękne i wzniosłe”. 
Marek Grechuta 

Tak jak dla człowieka smakiem bliżej nieokreślonym jest umami, tak podobnie dla muzyki, a właściwie jej zaszufladkowania, jest dźwiękowa kraina Grechuty. Nie jest to przecież stricte muzyka teatralna, czy też ewidentnie czysta poezja śpiewana, choć bezpośrednio z nią koresponduje. Nie jest to typowy jazz, tradycyjny rock&roll, ani tym bardziej klasyczna muzyka poważna. Smak umami uważamy za coś niezwykłego w pozytywnym znaczeniu. Pozostawia długotrwałe wrażenie sytości. W efekcie owocuje wyważonym smakiem wraz z dopełnieniem woni jadła. Umami polepsza jakość szerokiej gamy potraw. Podobnie rzecz się ma z twórczą niszą Grechuty, która tylko nielicznych nie zdoła poruszyć i zniewolić. Ujmuje tajemniczym i ulotnym liryzmem powodując wyraźny dreszcz emocji. Efektywnie wywierając piętno na wyobraźni i inspiracji kolejnych pokoleń. To wszystko z powodu swoistego, oryginalnego stylu, tak przecież odległego od koniunkturalnych trendów kolejnych dekad. Kompozytor, nietuzinkowy muzyk zaopatrzony w charakterystyczny głos. Do tego, co najważniejsze nie do podrobienia wysokich lotów artystyczny manifest, którego nie sposób wypracować, z tym trzeba się zwyczajnie urodzić! Połączenie wykwintnej liryki i łatwo przyswajalnych dźwięków, wykształciła w nim kunszt wykonywania wielce wartościowej muzyki z niebywałą eteryczną płynnością. 


Czym był debiut artysty? Jako żywo bezpośrednią i świeżą artystyczną wizytówką autora. Pierwszy album okazał się zbiorem utworów przepełnionych poetycką aurą. Przy tym całkiem jednorodny, gdzie trzon stanowiły błyskotliwie zaaranżowane ballady, piosenki poetyckie i coś dla kontrastu: frywolne i satyryczne kantyleny stworzone przez spółkę autorską Pawluśkiewicz - Grechuta (np. W dzikie wino zaplątani, Będziesz moją Panią, Nie dokazuj). Inspiracją dla Grechuty były wiersze rodzimych polskich poetów (m.in. Wesele S. Wyspiańskiego, Twoja postać T. Micińskiego, J. Czechowicza) urokliwie wkomponowane w intrygujący zestaw klasycznych instrumentów smyczkowych, które bez wątpienia musiały oczarowywać. Na plan pierwszy wychodziła wiolonczela i wtórujące jej skrzypce z altówką. Do tego kontrabas, fortepian i akompaniująca gitara. Takie zestawienie instrumentów dopełnione specyficzną aranżacją intrygowało, a co ważniejsze - chwytało za serce. Celowo nie wyróżnię żadnej kompozycji, bo w istocie całość wymyka się spod oceny. Osobiście uważam, że wszystkie utwory są bez mała wyborne i jedyne w swoim rodzaju.









A sam śpiew lidera to „jak gdyby nigdy nic”. Opanowany i stoicki, niezwykle naturalny. Nie słychać w jego głosie zadyszki, zmęczenia tekstem nasyconym liryzmem. Utrwalanym na zawsze w słowie, które są odbiciem uczuć, marzeń, spostrzeżeń, wyobrażeń oraz metafor. Ten zamiar jest odbiciem czegoś nieuchwytnego, a zarazem delikatnego i pięknego. Najczęściej są to interpretacje o głębokiej treści, często delikatnej melodii oraz skromnej aranżacji.



Sensualistyczne doświadczenia związane z przenikaniem się poezji i muzyki są nierozerwalnie związane z artyzmem tak wysoce wrażliwego artysty jakim był Grechuta. W tym przypadku poezja wraz z muzyką kształtuje nierozerwalną całość. Muzyka, poezja, formowały integralną całość przy nieodzownym wsparciu rytmu i melodii, co z kolei w ostatecznym efekcie daje nowy i świeży sens twórczej, jakże oryginalnej materii.
Z każdym przesłuchaniem, coraz dobitniej upewniam się, że mam do czynienia z nieprzeciętnie ujmującą muzyką, która powstała za sprawą spotkania studenta Politechniki Krakowskiej Marka Grechuty ze starszym kolegą z tego samego wydziału, instrumentalistą i nietuzinkowym kompozytorem zamiłowanym w jazzie - Janem Kantym Pawluśkiewiczem. Jak legenda niesie doskonale do siebie pasujący muzycy (przeznaczenie!?) zaraz po pierwszej styczności stworzyli kompozycję do wiersza J. Tuwima „Pomarańcze i Mandarynki. Wyszło świetnie, wiec oczywistością było powołanie do życia kabaretowej formacji o nazwie Anawa od francuskiego wyrażenia „en avant” oznaczającego naprzód.
Tak oto ujrzała światło dzienne całkiem nowa, trudna do zaszeregowania wartość, tak bardzo wyeksponowana na debiutanckiej płycie i rozwijana na kolejnych albumach.

„Niepewność”
Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę,
Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę;
Jednakże gdy cię długo nie oglądam,
Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam;
I tęskniąc sobie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?
Adam Mickiewicz



Debiut debiutem, a po nim równie fantastyczna płyta, ale już bardziej różnorodna Korowód, ale to już temat na inne spotkanie…