czwartek, 15 września 2016

LED ZEPPELIN - The soundtrack from the film The Song Remains The Same (Swan Song 1976)

Miasto Brodnica. Rok 1988. Koniec lipca. Camping muzyczny. Brodnicki Dom Kultury, a w nim prezentacje koncertów, klipów i innych produkcji muzycznych ze starej poczciwej taśmy VHS. Całkiem spora frekwencja w przyciemnionej sali BDK, twarde, drewniane, nie pierwszej nowości krzesła. Z niecierpliwością czekamy na coś magicznego. Krótkie, ale fachowe wprowadzenie, bodaj (o ile dobrze pamiętam) Sławka Wierzcholskiego z Nocnej Zmiany Bluesa, na temat nadchodzącej projekcji filmowej. Wśród kilkudziesięciu osób narasta napięcie oczekiwania. Audytorium w skupieniu wysłuchuje słów wstępu. Zaraz zgromadzeni przeniosą się w coś magicznego. Misterium Led Zeppelin. Każdy kadr i dźwięk chłoniemy jak wygłodniały rekin. Pożeramy to wszystko, bez reszty, jak mały Reksio świeżą szynkę! Zachwyt, to mało powiedziane! Z Plantem ktoś z widzów nawet śpiewa. Zawodzi. Kompletny odlot. Czysta magia. Pomyślicie, że przesadzam. Nic podobnego. Sądzicie, że to groteskowe? Może macie rację. Ale takie były realia. Kontakt z tak wartościową muzyką istniał prawie od święta, także ze względu na horrendalne ceny oryginalnych nośników. Światowa premiera filmu na taśmie video odbyła się w 1984 roku. Trzeba pamiętać, że w tamtym okresie magnetowid był niezwykłym rarytasem, a o jakichkolwiek rzutnikach multimedialnych nie było mowy. Nie mówiąc o pokazach kinowych w naszym (ówczesnym) kraju. To było raczej w sferze fantazji. Taśmy video przywożone były z „plugawego zachodu” albo  znacznie częściej kopiowane. Dźwięk… jak to z telewizora. Kineskopowego koromysła. Pewnie monofoniczny, a obraz ledwie widoczny i niewyraźny na zaledwie 20 calach ekranu wyłącznie dwóch monitorów. I to wystarczyło żeby osiągnąć niesłychaną satysfakcję obcując ze swoimi wyśnionymi idolami. W trakcie takiej projekcji panował istny trans wśród widzów, a po obejrzeniu nieustający zachwyt. Te zakodowane obrazy z przeszłości towarzyszą mi do dzisiaj. Jak efekt pierwszego wrażenia. Trudny do zatarcia. Zapada głęboko w pamięci.






Po  latach mam  ten materiał na dvd zremasteryzowany, a jakże! Wzbogacony o dodatkowe i atrakcyjne fragmenty pominięte w pierwotnym wydaniu. I ten powszedni  komfort sięgnięcia do tego materiału kiedy mi się żywnie podoba! Ale to tylko marny substytut niepowtarzalnych doznań z tamtego magicznego czasu młodzieńczych uniesień dotykania czegoś wielkiego. Gigantycznego jak Led Zeppelin. Powiecie, że mega egzaltacja? Może i tak, ale jest niezwykle trudno, na chłodno, przejść obojętnie wobec zjawiska wykreowanego przez tych 4 dżentelmenów, tworzących kultowy zespół.


The Song Remains the Same. Zapis na żywo jest przede wszystkim kolejnym świadectwem niebywałego potencjału muzyków. Właściwie kluczowego momentu w karierze zespołu. Wprost można rzec o apogeum działalności, ich naturalnego talentu,  a zarazem wszechstronności, choć wielu krytyków podważa walory tej produkcji. Podobno w tamtym czasie Zeppelini miewali o wiele lepsze koncerty?! Jakby na poparcie tej tezy, sam Page powątpiewał w przeszłości w wartość albumu przyznając, że efekt finalny był jednym z nielicznych artystycznych kompromisów Ołowianego Sterowca.

Nagranie materiału do filmu miało miejsce w ciągu trzech lipcowych wieczorów (27-29.07.) w nowojorskiej sali Madison Square Garden, podczas trasy koncertowej w 1973 roku. Film miał premierę kinową dopiero ponad 3 lata później,  20 października 1976 w Cinema One w Nowym Jorku, a dwa tygodnie później w kinach w Londynie. Równocześnie wydany został album z muzyką z filmu, ale z nieco inną setlistą. Black Dog, Since I’ve Been Loving You, Heartbreaker ukazały się na filmie, zabrakło ich na płycie, gdzie w przeciwieństwie do filmu pojawił się Celebration Day. Wydawać się może, że jest tu prawie wszystko, czego można oczekiwać po wybornej płycie koncertowej. Jednak osobiście wolę oglądać ten frapujący film będący fascynującym uzupełnieniem muzyki. Znakomicie oddający klimat i aurę otaczającą fenomen grupy i ich twórczość. Muzyki rodem i klimatem z siódmej dekady ubiegłego wieku, w pełnej okazałości i znakomitym wydaniu.
Transowo porywające wykonania świetnych kompozycji. Zróżnicowany repertuar od drapieżnych i brawurowych hardrockowych klasyków w rodzaju Dazed And Confused, poprzez mega hymn rocka Stairway To Heaven, aż po ognisty rock&rollowy psychodelic w rodzaju Whole Lotta Love, by wymienić zaledwie kilka. Na dokładkę może trochę pretensjonalne, pełne fabuły ujęcia. Czasem trywialne sekwencje zza kulis. Wplecione odrealnione wstawki obrazujące poszczególnych członków kapeli. Oczarowana, wręcz zahipnotyzowana i żywiołowo reagująca publika.


Poszczególne sekwencje koncertowe  obrazują wspaniałą komunikację pomiędzy wszystkimi częściami składowymi zespołu. Jak wcześniej wspomniałem, mamy tu uwiecznioną zarówno na filmie, jak i na płycie, legendę w kulminacyjnym okresie działalności, muzyków w wysokiej dyspozycji artystycznej. John Bonham harcuje na perkusji, John Paul Jones niczym serce organizmu nadaje rytm na gitarze basowej lub spaja muzykę brzmieniem instrumentami klawiszowymi. Do tego bardzo charyzmatyczne wokale Roberta Planta, no i oczywiście wieńczący wszystko riffami i solami gitary (1959 Gibson Les Paul Standard „Number One”) jednocześnie łagodny i dziki Jimmy Page. W pewnym momencie przesiada się na inny model Gibsona, dwugryfowego EDS-1275, bo jak wyjaśnił: „Potrzebowałem instrumentu, który byłby w stanie oddać  zmianę tempa w „Schodach do nieba” i umożliwił  granie na sześciu i dwunastu strunach bez konieczności zmienia gitar”. Z tym okazałym „wiosłem” Page prezentuje się również w tytułowej kompozycji.


W materiałach promocyjnych zespół rekomendował, że film stanowi „szczególny sposób zaserwowania milionom przyjaciół zespołu tego, czego już od dawna się domagali – osobistej i prywatnej podróży z Led Zeppelin. Po raz pierwszy świat może zająć miejsce w pierwszym rzędzie na Ołowianym Sterowcu.” Po latach Zeppelin nieustannie potrafi wzbić się niebotycznie wysoko i dosłownie zaprzeczyć prawu grawitacji! Po wielokroć sięgam po ten film, znam go na pamięć, ale i tak za każdym razem ogarnia mnie pozytywna energia i fajowy nastrój.



W wywiadzie dla rozgłośni radiowej The Pulse, J. Page odnosząc się do obecności  ich dziedzictwa na muzyczny firmamencie, powiedział: „Najbardziej satysfakcjonującym w tym wszystkim jest fakt, że jest się częścią muzyki, która wytrzymała próbę czasu. Każdy muzyk marzy, by jego twórczość to wytrwała. Naprawdę cudowna sprawa”. Podzielam ten pogląd w całej rozciągłości! I w tym stwierdzeniu na pewno nie jestem osamotniony!
Zeppy forever!



czwartek, 1 września 2016

SBB – Memento z Banalnym Tryptykiem (Muza 1981)


Właściwie nie ma nic nadzwyczajnego
W spożywaniu owocu
Ani w nim samym
Jabłko mała planeta wszechsadu
Unosisz ją w górę i strząsasz
Wodę i ogień
Może tylko otwieranie granicy między zielenią i bielą
Zagajnik smaku wśród wyrudziałych pól
Córko mała damo z jabłkiem w dłoni
Chytrym zwierzątkiem
Przewrotną łasicą nadziei
Właściwie nie ma nic nadzwyczajnego
W spożywaniu owocu
Ani w nim samym
Najłatwiej tu o ocalenie jarmarcznych obrazków
Ojca wypuszczającego strzałę w stronę syna
Kuszonej i kuszącej
Nobliwego wyspiarza
Który na długo odebrał
Ludziom nadzieję oderwania się od ziemi
Właściwie nie ma nic nadzwyczajnego
W spożywaniu owocu
Ani w nim samym
Córko
Zabici leżą pośród jabłek w sadzie


Kompozycja centralna na tym wydawnictwie to świadectwo wyjątkowych zdolności autorskiej spółki Józefa Skrzeka-Juliana Matei. Muzyka wspomagana dawką liryzmu wywołuje z pewnością prawdziwe emocje.
Apogeum wspólnych działań artystów w najbardziej interesującym, pierwszym okresie działalności. To nie tylko efekt zawiłej drogi twórczych poszukiwań. Collage’u tygli stylów. 
To zaprawdę jedno z najbardziej imponujących osiągnięć Skrzeka i spółki. Wspaniały dźwiękowy fresk, który ani na jotę nie stracił swojego blasku wbrew mijającym latom. Jednakowoż, kiedyś jak i teraz, porażający siłą wyrazu, czystym brzmieniem instrumentów oraz inwencją melodyczną.

Na albumie mamy genialnie dojrzałe dynamicznie aranżacje. Treść dźwiękowa zdaje się bardziej mięsista w warstwie gitarowej przez to wyraźniej rockowa. Niezapomniane są solówki „Lakisa”, a każde zagranie Sławka Piwowara jest precyzyjnym, a także świeżym uzupełnieniem struktury kompozycji. Frontman, bo tak chyba należy określić Józefa Skrzeka, wywiązał się w swoim debiucie producenta w sposób doskonały. Naładowany twórczą wyobraźnią sprostał wyśmienicie temu wyzwaniu. Dzieło, które może być efektem pracy wyłącznie wielkich artystów, znakomicie dysponujące tempem i dozujące niepowtarzalny nastrój. Muzycy niczym wytrawni malarze nadają barwę, dawkują fakturę oraz światłocień wszystkim stworzonym kompozycjom. O poziomie jaki trzymają poszczególne utwory świadczą wybitne momenty, przywołujące skojarzenia z King Crimson, Pink Floyd, Mahavishnu Orchestra etc. Z całą odpowiedzialnością można postawić nasze polskie SBB w jednym szeregu z tymi gigantami światowego rocka.



Sam album zespolony jest charakterystyczną klamrą dodającą nieco dostojności. Jest to fragment kompozycji muzyki poważnej Johanna Straussa Pochwała kobiet (Lob der Frauen). Po nim naszym uszom objawia się autorski utwór Skrzeka, otwierający ten kalejdoskop muzycznych barw - Moja Ziemio Wyśniona, stanowiący kompendium stylu tria. Od początku potężna dawka totalnej energii. 

Superzasta mieszanka perkusji, klawiszy i gitar. W miarę upływu czasu zmienia się w fragment subtelny, by po raz kolejny przeistoczyć się w iście drapieżny kawałek. Do tego gitarowe, nieziemsko zgrane glissanda, czy solówki Anthimosa i Piwowara. Ich wzajemnie uzupełniające się gitary rozpływają się we wszystkich obszarach dźwiękowej przestrzeni. Łamiąc schematy utartych muzycznych szlaków. Za następny utwór Trójkąt Radości odpowiada dokooptowany do oryginalnego pierwszego składu SBB gitarzysta Sławomir Piwowar. Wirtuozeria czwartego muzyka ukazana w całej krasie! To instrumentalny wolniak. We wstępnej partii akustyczny, w drugiej przeobrażający się z całą mocą w elektrycznie masywniejsze granie. Numer trzeci to pozbawiona partii wokalnej kompozycja nawiązująca do nurtu jazz fusion - Strategia Pulsu, wykreowana przez autorską spółkę perkusisty Jerzego Piotrowskiego i gitarzysty Anthimosa „Lakisa” Apostolisa. Tu również w kulminacyjnej części utwór przeobraża się w bardziej tradycyjne bluesujące granie, za sprawą  sola na harmonijce  Józefa Skrzeka. Na „główne danie” mamy wielowątkową tytułową suitę.


Zwieńczenie wysiłku kreowania wspaniałych dźwięków przez cały kwartet. Fenomenalny przykład stylowego i wyzwolonego grania SBB. Przenikliwemu wokalowi Skrzeka towarzyszą na przemian fragmenty progresywne. Przyprawione ścianą dźwięków instrumentów klawiszowych, ale też ponownie bluesrockowe nuty, obecne za sprawą  gościnnego występu brata lidera, nieodżałowanego Jana „Kyksa” Skrzeka. Całość dopełnia zniewalająca solówka gitarowa Atimosa. Wykorzystana epizodycznie jako tło dźwiękowe w polskim serialu lat 80-tych Jan Serce. Jako suplement na kompaktowej reedycji z 2005 roku, znalazła się jeszcze jedna kompozycja Z których krwi krew moja, w bardziej subtelnej wersji niż pierwowzór pochodzący z płyty Pamięć

Obok wyżej wymienionych muzyków mających decydujący wpływ na kształt muzyki na albumie, pojawili się również gościnnie Alicja Piwowar i Renata Szybka, serwujące oklaski wplecione w jedną z kompozycji. Cały materiał zarejestrowano w Studiu Polskiego Radia w Opolu. Warto zaznaczyć, że autorem bardzo dobrych tekstów był poeta Julian Matej. Właściwie Romuald Skopowski i, co niestety jest mu pamiętane, współpracownik Służb Bezpieczeństwa epoki PRL. Taka oto przewrotna historia związana nie tylko z biografią zespołu, ale i z zawiłymi losami Polaków.


Na przekór upływającego czasu wydaje się, że nic nie jest w stanie zmienić fascynacji „Szukaj, Burz, Buduj” (SBB) swoimi instrumentami. Niegasnącej pasji grania, co najlepiej odzwierciedlił niedawny występ grupy w puławskim Domu Chemika, na którym z nieodpartym zachwytem miałem sposobność być i obcować z brzmieniem wciąż nieskończonych kreatorów mistrzowskiej nuty.

Don’t Stop Silesian Blues Band!


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

THE BLUES BROTHERS: Music from the Soundtrack - (Atlantic 1980)

BLUES BROTHERS - reż. John Landis (USA 1980)

„Mamy 106 mil do Chicago, pełen bak benzyny, pół paczki papierosów, jest noc, …a my nosimy ciemne okulary”.
Elwood Blues

Jaki jest przepis, żeby stworzyć takie dzieło? Niby recepta wydaje się prosta. Naturalnie błyskotliwe dialogi, pierwszoplanowi bohaterowie obdarzeni nieprzeciętnym poczuciem humoru oraz luzackim stosunkiem do życia, a przy tym „tak dla zmyłki” marsowe oblicze głównych postaci.

Para kolesi odzianych w ciemne gajerki i gangsterskie kapelutki. No i te kultowe przeciwsłoneczne ray-bany na ich nosach. Dan Aykroyd (Elwood Blues) i John Belushi (Jake Blues) w całej okazałości. Te dwa typki o charakterystycznej prezencji to już symbol gatunku. Po pierwsze blues, czasem soul, z rzadka country, tworzą tak stylowe tło dla fabuły. W niej pojawiają się J. L. Hooker, Ray Charles, Cab Calloway, Aretha Franklin, czy James Brown, by wymienić bardziej znamienitych.

Blues Brothers to pierwszorzędny i nieśmiertelny filmowy obraz z niesamowicie wciągającą muzyczną komedią, zrealizowaną przez specjalistę tego gatunku Johna Landisa. Skupia uwagę, a niekiedy wprowadza w osłupienie. Dalibóg „woła, śmieszy, tumani, przestrasza” cytując naszego wieszcza Adama Mickiewicza.


„Mamy misję od Boga”
Elwood Blues

I nie jest to fałsz. Iluminacja podczas mszy afroamerykańskich baptystów. Absolutnie szczere intencje, wyższa potrzeba, boskie posłannictwo - zbożny cel. Ekstremalny deficyt czasu (11 dni), aby ocalić sierociniec przed zagładą... I raptem pojawia się szalony koncept powołania „z popiołów” bluesowej kapeli, która swoją zacną muzyką przyniesie profity w wysokości upragnionych 5 tysięcy dolarów na opłacenie finansowych zaległości ośrodka opiekuńczego dla małoletnich. Poprzedza to wszystko opuszczenie zakładu penitencjarnego przez Jake’a Bluesa, który wraz z bratem Elwoodem odwiedza swój rodzinny, wspomniany przytułek. Tam zostają uświadomieni, że są skazani na misję uratowania tego przybytku. Stają tym samym wobec karkołomnego wyzwania. Aby reaktywować zespół zmuszeni są odszukać członków kapeli, z którą niegdyś występowali. Zadanie wydaje się niewykonalne! Ale nie dla Nich!

Przecież posiadają misję od Stwórcy. Roztaczają oczami swojej wyobraźni wspaniałe wizje, jest tylko jeden malutki problem. Nie przypuszczają nawet, że w tracie realizacji swojego pomysłu narobią sobie wrogów różnej maści… (faszyści, formacja country & western, policja stanowa itd.)

Złapałem gumę. Nie mam wystarczająco dużo pieniędzy na taksówkę. Moja koszula nie wróciła z pralni. Stary przyjaciel wyjechał z miasta. Ktoś ukradł mi samochód. Było trzęsienie ziemi. Straszna powódź. Atak szarańczy! To nie była moja wina. Przysięgam na Boooga!
Jake Blues


Urzeka niezachwiana beztroska tytułowych braci. Zwłaszcza we fragmentach, w których prześladująca ich zagadkowa kobieta (była partnerka życiowa Jake’a, niejaka Camille) uporczywie pragnie zemsty. Wciąż próbująca wysłać obu „dżentelmenów” do św. Piotra za pośrednictwem całego wachlarza „rozrywkowych metod” (np. broni przeciwpancernej). Najbardziej zabawne jest to, że „bracia” totalnie to ignorują i brną bez mrugnięcia powieką do obranego celu. Nie są nawet poruszeni, gdy zostają zasypani gruzami rozpadającego się budynku.

W Blues Brothers, jak przystało na rasową komedię, rubaszna farsa pojawia się w przeważającej części filmu, a towarzyszy temu niemal na każdym kroku mroczna krotochwila. Na oddzielną uwagę zasługuje barwne otoczenie. Pamiętny i nie do zdarcia Bluesmobile (faktycznie lekko stuningowany policyjny Dodge Monaco), szemrane knajpy, nader spontanicznie reagująca publiczność, eleganckie lokale, formacja country – Dobre Swojskie Chłopaki, groteskowi naziści z Illinois, to wszystko w scenografii chicagowskiej aglomeracji.

Elwood: shit!
Jake: what?
Elwood: cops!
Jake: no?!
Elwood: yeah!
Jake: shit

Dialogi tego filmu przeszły już do legendy, podobnie jak niektóre sceny wskazujące na swoisty hołd złożony czarnej amerykańskiej muzyce. Poprzez swoje muzyczne popisy, mimochodem i jakby niepostrzeżenie, przy wydatnym wsparciu gwiazd pokroju Charlesa, Franklin, Browna itd., pierwszoplanowi bohaterowie filmu przywrócili ponownie światu pyszny smak bluesowych brzmień.

Jake: Jak często pociąg tu przejeżdża?
Elwood: Tak często, że nie zauważysz.


The Blues Brothers rozpoczął działalność 39 lat temu. Grupę założyło dwóch znajomych aktorów John Belushi i Dan Aykroyd. Zanim świat usłyszał o Blues Brothers, obaj panowie swoją artystyczną przygodę rozpoczęli od ról komików występujących w grupie komediowej Second City. Wspólnie, począwszy od 1975 roku, pojawili się w cyklu programu telewizyjnego amerykańskiej sieci NBC pt. Saturday Night Live. Program ten stał się siłą sprawczą zawiązania soulowo-bluesowego zespołu Blues Brothers, w którym Belushi z Aykroydem zajęli się śpiewem podpartym przezabawnym taneczno-scenicznym pląsem. Pomysł na powstanie filmu pojawił się w 1978 r. po nieoczekiwanym sukcesie płyty Briefcase of Blues. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Po dwóch latach powstała omawiana komedia.

Zarówno film, jak i ścieżka dźwiękowa z niego, to już klasyka nadająca klimat. Bluesowym Braciom udało się scalić krewne wzorce muzyczne Ameryki. Królują wszechobecny soul i blues z domieszką jazzu. KAŻDY z utworów ścieżki dźwiękowej jest doskonałym argumentem na to, aby zaznajomić się bliżej z tym materiałem. 

Płytę podobnie jak film otwiera znakomity, oldskulowy kawałek She Caught The Katy. Trącający manierą chicagowskiego bluesa. Następnym takim pretekstem jest instrumentalny kawałek Peter Gunn Theme. Motyw jakby znany... bodajże z Różowej Pantery. Czynnik numer 3, kryjący się po nazwą Gimme Some Lovin' jest absolutnie bezkonkurencyjny w swojej klasie, a pozytywna energia, która od niego promienieje, na pewno jest w stanie pobudzić do życia nawet nieboszczyka. Zaraz za nim mamy kapitalny kawałek ze sceny w sklepie muzycznym, gdzie legendarny Ray Charles w roli sprzedawcy, dokłada do wystawionego na sprzedaż elektrycznego pianina Fender Rhodes… czarne klawisze gratis! ;-) (Shake a Tail Feather). Kolejny utwór to jeden z najbardziej rozpoznawalnych, porywający Everybody Needs Somebody To Love. W dalszej kolejności The Old Landmark wykonywany przez niezastąpionego Jamesa Browna w słynnej scenie w kościele, kiedy to bracia doświadczają oświecenia. Dalej mamy Think Arethy Franklin, który poraża zawartą weń energią. Tuż po nim na albumie numer country: niezapomniane Theme From Rawhide z jakże barwnego występu braciszków w Countrowej Budzie u Boba. Cab Calloway jest wykonawcą i swoistym wodzirejem w następnej piosence Minnie The Moocher – ten stylowy jazzowy wodewil porwał publikę w kulminacyjnym momencie filmu. Kolejny standard, którego nawet nie zamierzam specjalnie rekomendować, to oczywiście obłędny Sweet Home Chicago. Na koniec wyśmienita interpretacja jednego z hymnów rock and rolla Jailhouse Rock Elvisa Presleya.

Everybody Needs Somebody To Love

„A teraz, panie i panowie, z największą przyjemnością
przedstawiamy wam główną atrakcję wieczoru.
Przybyli tu po trzyletnim tournee
po Europie, Skandynawii i subkontynencie.
Przywitajcie grupę z Calumet City, Illinois
Zespół Joliet Jake 'a i Elwooda Bluesa:
The Blues Brothers!"

Miło nam widzieć tu dzisiaj tylu przemiłych ludzi.
Specjalne chcielibyśmy przywitać wszystkich przedstawicieli
Wymiaru Sprawiedliwości Stanu Illinois, którzy postanowili
nam tu dziś towarzyszyć w sali balowej hotelu Palace.
Mamy szczerą nadzieję, że wszyscy będziemy się dobrze
bawić i proszę zapamiętajcie to ludzie, że obojętnie
kim jesteście i co robicie by żyć, prosperować i utrzymać się
przy życiu, to jest wciąż jedna rzecz która powoduje,
że wszyscy jesteśmy tacy sami: ty, ja, oni, każdy, każdy…

Każdy potrzebuje kogoś
Każdy potrzebuje kogoś do kochania…”



Podsumowując myślę, że jest to modelowy przykład komedii z wyśmienitymi aktorami, dialogami, scenami kaskaderskimi i co najważniejsze, w głównej mierze - muzyką. Trudno wyróżnić lepsze i te gorsze kompozycje. Wszystkie zasługują na wielkie uznanie i rewelacyjnie dopełniają film, do którego wielokrotnie wracam z niekłamaną ochotą.

Pełny spontan, istota dobrej uciechy, rytmy, od których ciężko się uwolnić! Bo i po co!

„Come on, oh baba don't you want to go
Oh come on, oh baba don't you want to go
Back to that same old place
Sweet Home Chicago.”



poniedziałek, 15 sierpnia 2016

MUDDY WATERS – Folk Singer (Chess 1964)

Egzystencja ludzka to czysty blues. Smutne w formie, lecz piękne w treści.
Już po raz kolejny wracam myślami w przeszłość. Pochmurny dzień. Ponury anturaż. Smętne betonowe osiedle mieszkaniowe. Smutne, szare odrapane bloki. Jak to bywało ćwierć wieku temu. Dużo wolnego czasu. Wpadam do kolegi. Takiego szczerowiny. Zagorzałego miłośnika bluesowych klimatów. Właśnie odpoczywa. Popija herbatę, a w tle muzyka dobiegająca z gramofonu. Wiruje płyta analogowa z zarejestrowanym występem Pana „MW” na warszawskim festiwalu Jazz Jamboree w 1976 r. Rytmiczna, mięsista, porywająca, pełna energetycznych wibracji, przechodząca w innych fragmentach w „wolniaki” z pasażami łkającej harmonijki. McKinley Morganfield nazywany Muddy przez swoją babcię, pod której opieką nader często był pozostawiany we wczesnym dzieciństwie. Tak, to był On. Zwykły człowiek. Przed muzyczną karierą pracował m.in. w fabryce konserw i zakładzie papierniczym. Gigant bluesa. Ojciec wielu muzycznych inspiracji. To przecież od niego całymi garściami brali swoje muzyczne inspiracje takie „matuzalemy rocka” jak Rolling Stonesi. Jego muzyka posiada jakąś bożą iskrę, która totalnie wciąga i to bez znaczenia, czy jest to „koncertówka”, z którą obcowaliśmy z kumplem w ten posępny dzień, czy studyjne elektryczne popisy Muddy’ego, czy też wersja akustyczna, prezentowana na płycie Folk Singer. Muzyka tego bluesowego misjonarza atakuje zmysły niczym młot udarowy Boscha, który działa na silniku z turbodoładowaniem. Absolutnie prawdziwa uczta dla ludzi, którym ten rodzaj muzy jest wyjątkowo bliski. Muzyczny łącznik tradycji przysłowiowych zbieraczy bawełny z bardziej współczesnym bluesrockiem.


Śpiewak ludowy to czwarty studyjny album Muddy’ego Watersa, wydany w 1964 roku przez legendarną wytwórnię Chess Records, promującą przez lata całe rzesze tuzów bluesa. Jeszcze wiele dekad przed modą na nagrania unplugged („bez prądu”) twórcy zdecydowali, że całość będzie składała się wyłącznie z akustycznych klasyków bluesa.

Na albumie swój kunszt w pełnej krasie ukazują oprócz Maestra Muddy’ego: wspaniały jak zawsze Buddy Guy na gitarze, na kontrabasie pogrywa pełniący także obowiązki producenta tej płyty kolejny tytan bluesa, zapewniający solidny fundament rytmiczny Willie Dixon, któremu towarzyszy wybijający rytmy na perkusji Clifton James. Trzon grupy uzupełniają znakomici sesyjni instrumentaliści w osobach gitarzysty Sammy’ego Lawhorna, harmonijkarza Jamesa Cottona, czy kolejnego mocarza spod znaku bluesowego pianina Otis Spann oraz inni, epizodyczni sidemani, udzielający się w wydanej po latach reedycji, wzbogaconej o kilka utworów.



Podczas słuchania płyty na plan pierwszy wyłania się rewelacyjny feeling panujący zapewne podczas tej kameralnej sesji nagraniowej. Głos mistrza oraz dźwięk akompaniujących instrumentów, roztacza i napełnia mocą, ale też subtelnością przestrzeń słuchacza. Efekt jest tak bliski realizmowi jakbyśmy towarzyszyli muzykom podczas sesji w Tel Mar Recording Studios w Chicago, we wrześniu 1963 roku. W grze Muddy’ego szczególnie przypadło mi do gustu to, że jego gra, jest zaopatrzona w przysłowiową pojedynczą nutę, idealnie umieszczoną, tym samym trafnie absorbującą 100% naszych emocji. W odróżnieniu do współczesnych gitarzystów, którzy zbyt często nachalnie ścigają się w gęstych zagrywkach. Baryton Muddy’ego jest tak imponujący, jak jego umiejętności gry na gitarze. Przekłada się to na niepowtarzalność partii gitarowych i wokalnych. Skomponowane, czy też zaaranżowane przez niego bluesy są niemożliwe do pomylenia z żadnymi innymi i stały się oznaką magnetyzmu oraz istoty surowego bluesa w swoim najpiękniejszym obliczu.

W dodatku jest to jedna z najbardziej uczciwych, autentycznych płyt, jakie kiedykolwiek słyszałem. Granie pełne prostoty, intymności, tradycji i pokory. Każdy utwór na tej płycie jest tak samo dobry jak następny. Niezmiernie ciężko wyróżnić któryś z nich od reszty. Każdy stanowi niepodważalną wartość. Zresztą zdecydowana większość utworów to przecież klasyka gatunku. Dominuje surowe brzmienie, pozbawione ozdób. „Żywiczny” blues w swojej najczystszej postaci.

Jeśli chodzi o stronę tekstową całej zawartości to tematy oscylują, jak to w bluesie bywa, wokół relacji kobieta - mężczyzna. Nawiązuje do ciągłej podróży (a przecież takową odbył sam Waters, przemieszczając się z pól bawełnianych Delty Missisipi do największej aglomeracji stanu Illinois, gdzie przeznaczeniem jego okazało się tworzenie zrębów chicagowskiej odmiany bluesa), dążenia do wolności (cokolwiek to oznacza), przemijania i przyziemnej, a zarazem podstawowej aktywności ludzkiej, jak praca.
Jeśli dopiero poznajesz bluesa, nie zawiedziesz się! Już po pierwszym razie - mogę zagwarantować - będziesz uzależniony „aż po same uszy”.

Rekapitulując warto powołać się na słowa językoznawcy prof. Jerzego Bralczyka, który doskonale ujął temat czucia bluesa: „Taką muzykę, improwizowaną, raczej się intuicyjnie czuło, niż znało i rozumiało. Wiedza, świadomość – to świetna sprawa, ale często lepiej jest coś po prostu wyczuwać, czuć i już. Tak to czujemy.”

I tego nieustającego czucia wszelkich odcieni bluesa sobie i Wam gorąco życzę!




poniedziałek, 8 sierpnia 2016

KNIFE IN THE WATER - Music From Roman Polanski Film Composed By Krzysztof Komeda (ÉI 2012)

NÓŻ W WODZIE – reż. Roman Polański (Polska 1961)

Witam po przerwie i na powitanie muzyka doskonale wpisująca się w letnie, wakacyjne klimaty…


„Chciałem, żeby mój pierwszy film fabularny był chłodny, mózgowy, wyspekulowany, skonstruowany precyzyjnie, niemal formalistycznie. Miał przypominać klasyczny thriller: małżeństwo zabiera na pokład jachtu pasażera, który następnie znika w tajemniczych okolicznościach. Od samego początku chodziło o pokazanie konfliktowej interakcji między postaciami zamkniętymi w ograniczonej przestrzeni.”
(Roman Polański, „Roman", Warszawa 1989)

Ktoś może zapytać, że co to za kreacja muzyczna, która nie ma prawie nic wspólnego z szeroko pojętym bluesem, czy też rockiem, czyli wiodącymi gatunkami zadeklarowanymi na blogu? Dlatego też od razu odpowiadam. Nie zamierzam, jak już wcześniej wspomniałem, ograniczać się do czysto bluesujących brzmień, przecież granica pomiędzy stylami muzycznymi jest, jeśli nie bardzo cienka, to na pewno umowna. Jazz to brat bluesa i mariaż obu gatunków jest na zawsze wpisany w zjawisko tzw. muzyki popularnej. Tyle na wstępie.


Jest taki film, który znalazł wygodne miejsce w mojej jaźni. Dzieło naszego Romka Polańskiego, którego sylwetki nie trzeba nikomu przybliżać. Film, który pomimo oszczędnych atrybutów estetycznych, poraża swoją głębią. No i muzyka, która stanowi niezapomniane tło, a nawet wymownie akcentuje poszczególne sceny. Stanowi tu idealną oprawę dla czarno-białych kadrów, ukazujących między innymi piękno krajobrazu mazurskich jezior. Za taką muzykę odpowiada znakomity i nieodżałowany Krzysztof „Komeda” Trzciński. Muzyk jazzowy, trwale niezaspokojony artysta, poszukujący indywidualnego stylu, osadzonego zarówno w świecie coltraine’owskich dźwięków, jak też w słowiańskiej frazie zakotwiczonej w dziedzictwie ojczystej muzyki.

Ten magik budowania lirycznej aury zdobył serca odbiorców. Oczarował efektem stworzonej muzyki, obok której niemożliwe jest bezwiedne i obojętne przejście. Jego jazzowy soundtrack (uzupełnienie scen filmowych) wiruje we własnym natężeniu, jest audialnym odzwierciedleniem stanu emocjonalnego bohaterów. Sceny ubarwione muzyką skutecznie odrywają od siebie sceny dialogowe, łagodzą napięcie powstające miedzy ekranowymi bohaterami.
Sam autor dźwiękowej oprawy filmu uwypuklił swoje intencje mówiąc: „Muzyka powinna pojawiać się w filmie tylko tam, gdzie jest naprawdę konieczna i raczej powinno być jej za mało niż za dużo. Muzyka w „Nożu w wodzie” nie „jest”, a „pojawia się”, a miejsca jej występowania są kluczowe dla odbioru całego dzieła.”



Komedzie grającemu na fortepianie podczas sesji towarzyszyli następujący muzycy:
Bernt Rosengren - saksofon tenorowy;
Roman Dyląg – kontrabas;
Leszek Dudziak – perkusja.

Od początku filmu słyszymy charakterystyczne jazzujące brzmienia. Akordy fortepianu, jak przystało na lidera, wprowadzają w krainę filmowej wizji Romana Polańskiego, by po chwili zabrzmieć pełnią improwizacji jazzowego kwartetu. Ballad for Bernt, bo taki nosi pierwsza kompozycja, zdaje się być odzwierciedleniem dźwiękowym filmowych ujęć. Utwór ten pobrzmiewa łagodnością, pozbawiony dynamizmu czy jakichkolwiek napięć, które, bardzo charakterystyczne, będą się pojawiać w kolejnych momentach filmu.

Następne utwory stanowią kontrę dla pierwszego tematu. Są bardzo energetyczne. Szybkie tempo muzyki i improwizacja saksofonu, zdradzające inklinacje free jazzowe, podkreślone dodatkowo przez ruchomą, momentami trzęsącą się kamerę, ilustrują pobudzenie filmowych bohaterów. Wielość dźwięków potęguje ilość i siłę emocji na ekranie. Podobnie jest z innymi kompozycjami. Można rzec, że muzycznym odbiciem ekranowych sekwencji jest pełna polotu i bezkresnej wyobraźni instrumentalna muzyka często grana li tylko na paru akordach.


Warto wspomnieć słowa eksperta prof. Marka Hendrykowskiego i przywołać jeden z cytatów książki pt. Nóż w wodzie – „W tym punkcie estetyka jego [Polańskiego] filmu styka się bezpośrednio z estetyką muzyki jazzowej, tworząc nową na gruncie naszego kina jakość. Jakość tę, inaczej niż w tradycyjnych fabułach, buduje przemyślnie zaprojektowana struktura napięciowa, oparta nie na rozległych – szeroko rozstawionych – biegunach konstrukcji fabularnej, lecz na serii małych konfliktów i mikrospięć, które tworzone są i rozładowywane w granicach poszczególnych scen. Napięcia w filmie zsynchronizowane są z dźwiękami muzyki, której funkcje odnośnie do poszczególnych epizodów są najróżniejsze, bywa ona zwiastunem niebezpieczeństwa, komentarzem do działań, czy sposobów zachowania bohaterów, a także siłą władającą nad naturą, jednak co najważniejsze, nigdy nie pojawia się przypadkowo...”.

Co do filmu, to nasuwa się jednoznaczne spostrzeżenie, że dzieło to ugruntowało w rodzimej twórczości filmowej pojęcie obrazu psychologicznego, który stał się sztandarowym dziełem klasyki polskiego kina. Moc obrazu zawarta jest w jego szlachetnej prostocie. Polański stworzył film tak o ludzkich słabościach, jak i pożądliwościach. Trudności i wewnętrzne zagubienie filmowych bohaterów zdają się prześladować obserwatora prawie w każdej scenie. Osąd sylwetek bohaterów, ich sposobu postępowania, pozostaje w gestii każdego widza.

Kamień milowy. Mały Film, a Wielkie Kino w jakże oszczędnym formacie środków wyrazu. Śmiałe i nieszablonowe. Niebanalne. „Nóż w wodzie” swoją tematyką wyznaczył całkiem nowatorskie podejście do filmowej materii. Film był i jest dziełem nadal świeżym i aktualnym. Pozostawiającym niezatarte wrażenie.

W epilogu warto przywołać w pamięci filmowych bohaterów w osobach skądinąd znakomitych aktorów:
Jolanta Umecka – Krystyna (głosu użyczyła Anna Ciepielewska)
Leon Niemczyk – Andrzej
Zygmunt Malanowicz – chłopak (głosu użyczył sam reżyser Roman Polański)


O fabule nic (nie wspomniałem), więc zapraszam do obejrzenia tego obrazu filmowej Sztuki. Sztuki przez duże „S”.


niedziela, 29 maja 2016

NEIL YOUNG – Harvest (Reprise 1972)

Rustykalny. To słowo klucz do tej płyty. Począwszy od kompilacji dźwięków z amerykańskiej prerii, aż po sam tytuł albumu nie pozostawiający żadnych wątpliwości. Harvest – Żniwa. Czas zbiorów. Podsumowań. Swego rodzaju reminiscencji. Harvest to płyta niepowtarzalna – przepełniona wrażliwością, melancholią, uroczą niedbałością, konfrontacją z siermiężną rzeczywistością. Harvest to bardzo głębokie zanurzenie się w źrenice – tak dogłębne, że w tej muzyce każdy może dostrzec własne odbicie. Wszystkie teksty oscylują wokół  codziennych zmaganiach życia, połączone z  ludową melodyką, finalnie dają surową autentyczność. Po prostu - proste piosenki o prostym człowieku! To tak jakby usiąść z gitarą na tarasie leciwego, drewnianego domu i spojrzeć na słońce. Naszą życiodajną gwiazdę, zachodzącą za widnokrąg wyznaczany kresem złotych łanów zboża odmalowanego ręką stwórcy, jak śpiewa w utworze Alabama. Następnie autentycznie szczery, będący ostrzeżeniem przed narkotykami The Needle And The Damage Done, a także przejmujące wspomnienia dozorcy rancza samego autora - Old Man. Z kolei Heart of Gold to jedna z najbardziej wzruszających piosenek miłosnych w repertuarze rockmana pochodzącego z kraju klonowego liścia, która przyniosła mu zasłużony rozgłos.




Miarą wielkości albumu są zdolności kompozytora. I to na przekór skromnego instrumentarium, Young prezentuje w całej krasie swój urokliwy efekt kompozytorski, który rewelacyjnie współgra z jego niecodzienną charyzmą wokalną. Zawarta treść na tym albumie, trafnie przywołuje zmierzch optymistycznej wizji kontrkulturowego świata hippisów jak i kwitnący sarkazm konserwatywnej części świata politycznych decydentów. W przeciwieństwie do elektrycznego, bardziej drapieżnego wcielenia Younga z zespołem Crazy Horse, brzmienie tu serwowane przez efemerydalną formację Stray Gators  jest bardziej stonowane, pozbawione prawie całkowicie dzikich gitarowych dysonansów i sprzężeń, przez co okazuje bardziej subtelne i delikatne oblicze Kanadyjczyka. Podniosłe efekty uzyskane za pomocą symfonicznej oprawy London Symphony Orchestra, części kompozycji nadają pożądanej  lekkości.

Wiodącą koncepcją Younga w pracy nad Harvest, miała być ucieczka od szumu medialnego i bycia celebrytą, jakim stał się bez wątpienia po sukcesie zespołu Crosby, Stills, Nash & Young. Swoistą woltą w kierunku muzycznej amerykańskiej tradycji. Tak blues  z folkiem, a także country stało się podstawową inspiracją w tamtym czasie dla muzyka. Granie na zasadzie swobodnego pogrywania z przyjaciółmi w stodole, jak zauważamy na odwrocie okładki albumu, bez zbędnej presji, tak ze strony managerów, jak i publiczności.
Po nagraniu swoich dwóch pierwszych płyt solowych, Young dał się poznać jako nader dojrzały twórca poetyckich, filozofujących tekstów piosenek, cechujących się jednakże komunikatywnością stylu. Co paradoksalnie dało zdumiewająco pozytywny efekt.


Bezpretensjonalny Harvest jeszcze ugruntował jego popularność, a co najważniejsze wykreował na dobre charakterystyczny i rozpoznawalny styl Neila.
W tym momencie nasuwa mi się tak refleksja - Czym Dark Side Of The Moon
(Floydów) jest dla rocka progresywnego, tym Harvest (Younga) jest dla folk rocka.
Już całkiem prywatnie sądzę, ze niepodważalną zaletą tegoż dzieła jest to, że najzwyczajniej można słuchać go w kółko. Muzyka sama w sobie, choć nieco pozbawiona ozdobników, jest wspaniała. To chwytliwy, kojący muzyczny drive, który wciąż porusza.
Krótko mówiąc, jest to świetny album do słuchania, kiedy trzeba spowolnić, oderwać się od powszechnego pędu  i poddać się ożywczej życiowej refleksji.


piątek, 13 maja 2016

BOB DYLAN – Desire (Columbia 1976)



Skrzypce. Instrument strunowy z grupy smyczkowych. Dźwiękowo wyrazisty i wibrujący. Chwytający za duszę, wyrażający subtelne emocje. Brzmienie tego ustrojstwa zdolne jest zmusić ludzi niezbyt wrażliwych do płaczu, w nieczułym kochanku rozniecić najwyższe uczucia. Może uczynić, że zatwardziali niewierzący zaczynają dostrzegać Stwórcę. Można by rzec, że to moc muzyki płynącej z pudła rezonansowego. Skrzypce są wyjątkowo magicznym instrumentem, które od zarania istnienia podbiły serca wielu wielbicieli muzyki klasycznej, ale nie tylko. Dobiegający z nich dźwięk przywabia do siebie ludzi, którzy nigdy przedtem nie zwracali na nie żadnej uwagi, bynajmniej nigdy nie fascynowali się nimi. Nie licząc nieziemskiego dźwięku, co warto podkreślić, skrzypce mają wyjątkowo efektywne działanie terapeutyczne oraz odprężające. Tak też jest w przypadku tej muzyki, gdzie czołową rolę odgrywa zaproszona (podobno prosto z ulicy) do tworzenia tego albumu skrzypaczka Scarlet Rivera. Jej sugestywna gra nadaje płycie niezapomnianego meksykańskiego kolorytu. Co więcej, Rivera również wydatnie wpłynęła na warstwę tekstową krążka.

Bob Dylan – kontestator, legenda rockandrolla, pieśniarz - folkowiec. Reprezentant elitarnej piosenki autorskiej, a zarazem misjonarz szeroko pojmowanego rocka. Właściwie Robert Allen Zimmerman, to postać absolutnie niepodatna na wszelkie stylowe zaszufladkowanie i oczywiste zdefiniowanie.

Wcześniej popowa piosenka odwoływała się do wzruszeń i emocji, nie do rozumu. Była formą zabawy, nie nośnikiem ważnej informacji. Dylan gruntownie odmienił ten stan rzeczy. Wykazał, że piosenka może być nie tylko rozrywką, lecz także wyrażać stanowisko w newralgicznych sprawach społecznych. Jeśli muzyka rockowa nie okazała się przelotną modą, lecz trwałym elementem kultury, to za przyczyną bystrości Boba Dylana.

Potomek litewskich i ukraińskich Żydów, jest nie tylko muzykiem, ale również barwnym bajarzem i folkowym bardem. Przez lata spreparował szereg piosenek o wspólnym mianowniku dla całej kultury Stanów Zjednoczonych. Przy tym spora część świata utożsamiała się z jego głoszonym posłaniem. Nigdy nie bał się mówić wprost, używając osobliwych metafor. Otwierać się na swoich słuchaczy. Empatycznie rezonować z odbiorcami swojego dorobku twórczego.


Dylan miał wiele wcieleń, jednak szczerość, która od niego płynie jest niezaprzeczalna. Oczywiście niektórzy sądzą, że śpiewa kiepsko, wręcz beczy jak koza, gra co najmniej przeciętnie na gitarze, z podobnym skutkiem sporadycznie na harmonijce ustnej, ale… uwaga! Jak zaczyna to robić, to szczęka opada do samej ziemi.

Desire oferuje szeroką paletę urzekających nastrojów, którymi nie sposób się oprzeć.

Odzwierciedleniem klimatu towarzyszącego Dylanowi w trakcie komponowania materiału na album była paradoksalnie odkrywczo prosta forma wykreowanej muzyki. Chyba najistotniejszą wartość w tym przypadku, jak już na wstępie wspomniałem, stanowi odważne wykorzystanie wszechobecnie panujących skrzypiec. Co dodaje świeżości całemu muzycznemu przedsięwzięciu trubadura rodem zza oceanu. Jest jeszcze jedna ważna niewiasta obecna na tym albumie. Większość partii wokalnych Bob wykonuje z Emmylou Harris - artystką z pogranicza country, co również nasuwa skojarzenia z muzyką Dzikiego Zachodu. Kompozycje na albumie wzbogacone są o całe mnóstwo nietypowych instrumentów wykorzystywanych w muzyce rockowej, ale akurat w tamtym czasie, w wypadu Dylana niezmiernie pożądanych: akordeon, trąbka, marakasy, dzwonki, przeszkadzajki różnej maści, mandolina i Bóg wie co jeszcze! Wszystko to tworzy unikalną atmosferę, której próżno szukać na innych wydawnictwach. Bob jak przystało na niezależnego artystę po raz kolejny nie ogląda się na nikogo i jako artysta-wizjoner podąża naprzód swoją wytyczoną drogą. Jedynie słuszną, jak pokazuje jego artystyczny wybór.

Jak dla mnie to jedno z największych dzieł Boba, przy znacznym udziale tekściarza Jacquesa Levy’ego. Mamy tu utwory mówiące o teraźniejszych i minionych bohaterach „ludowych” oraz żarliwe wyznania miłości do żony. Mamy tu wszystko jeśli chodzi o wachlarz nastrojów. Jest czasem dramatycznie, a niekiedy lirycznie. Na pozór niejednorodny charakter albumu zachęca nas, aby stać się częścią jego procesu twórczego. Pozwala nam wyciągnąć własną poetycką mapę świata. Od meksykańskiego folkloru, aż do pieśni traperów i poszukiwaczy złotego kruszcu.

Wszystko objawia się w zagranej ze swobodą muzyce, w której pobrzmiewają nawet romskie nuty. Pokaźna część płyty powstała w trakcie jednej nocy prawie bez żadnej próby (poza otwierającym Hurricane). Śpiew Emmylou Harris wspaniale współgra z głosem Dylana. Skrzypki Scarlet Rivery pogrywają rewelacyjnie. Sekcja rytmiczna w osobach Roba Stonera, Roba Rothsteina – obaj gitara basowa i Howie Wyeth’a – perkusja, praktycznie dostosowała się od razu do niespotykanego klimatu sesji nagraniowej, tudzież bogato okraszonej mniej lub bardziej znanymi instrumentalistami. Magia uchwycona. Dylan mógłby tak grać i grać… Wracam do tej płyty z wielką ochotą i zawsze słucham jej z ogromną przyjemnością. Przyswajanie muzyki z tej płyty jest łatwe i przyjemne, przez co moc doznanego relaksu potęguje chęć jej ciągłego słuchania.

Ps. W bezmiarze Internetu znalazłem ostatnio świetną recenzje Desire, a więc bez zbędnych słów polecam… Wielkie płyty