Opowiem wam pewną historię. Historię jak poznałem tę
muzykę.

Po chwili jak gdyby nigdy nic mój
rozmówca wyciągnął z półki sklepowej płytę. Na jej okładce widniał ciemny
mężczyzna oświetlony z tyłu przez zachodzące słońce i ten napis w luźnym
tłumaczeniu „Czarny facet- Bardon”. „Ta
muzyka brzmi podobnie” - odparł. Następnie załadował CD do odtwarzacza. To
co usłyszałem było nieco zbliżone do poszukiwanego nagrania zagadkowego
wykonawcy, ale jednak inne. Z minuty na minutę rozwijało się i powoli, ale
zdecydowanie pochłonęło mnie bez reszty. To było jak czarodziejskie dotkniecie.
I co? Zdawał się pytać pan J.J., uśmiechając się przy tym lekko. Odjęło mi
mowę. Przecież to doskonałe – przemknęło mi przez głowę. Takiego klimatu
poszukiwałem wówczas w muzyce. Nie czekając i nie zastanawiając się pospiesznie
wyciągnąłem jakieś zaskórniaki. Pewnie pieniądze przeznaczone na zupełnie inny
cel. Odparłem: „Kupuję!” Pomimo tego,
że owa płyta wcale nie była tania, jak na studencką kieszeń. Rozemocjonowany, z
wypiekami na twarzy, jak w amoku wyleciałem ze sklepu, aby czym prędzej w
domowym zaciszu rozkoszować się tą muzyczną ucztą. A było czym!!!
Pozornie recepta na taką dźwiękową miksturę jest banalna.
Wziąć obce, dobre kompozycje (np. utwory The Rolling Stones i The Moody Blues).
Zmienić aranżacje. Dodać coś od siebie. Uzupełnić swoimi równie wyśmienitymi
utworami. Ale to coś w tym wypadku po prostu zwala z nóg! Mieszanina bluesa,
jazzu, funky, soulu, latino najwyższej próby! Jednak muzycy nie ograniczają się
tylko do tego. Można powiedzieć, że każdy wszelki zakamarek tego muzycznego
produktu nasycony jest selektywnym i hipnotycznym brzmieniem zaaplikowanym
przez genialnie zgrany zespół. Poszczególni muzycy grają z wyjątkowym smakiem.
Będącym domeną tylko ponadprzeciętnych muzycznych architektów. Tworzą swego
rodzaju misterium.
Im więcej i częściej słucham tej płyty, tym bardziej
produkt finalny przemawia do mnie. Ta materia dźwiękowa jest jak choroba
zakaźna. Infekuje bez reszty. Bez antidotum. I nikt, i nic nie jest w stanie
tego zmienić. Ani odebrać, jak wyśpiewuje w finale Burdon wraz z akompaniującym
zespołem WAR:
Później, wśród moich kumpli krążyła anegdota (podobno
wymyślona przez wspomnianego sprzedawcę ze sklepu Janiszewskiego) na temat
zakupu przeze mnie tej kultowej płyty. Chodziło o to, że podobno będąc w
euforii po „upolowaniu” tego krążka, usiłowałem
opuścić sklep „bez otwierania drzwi wejściowych”. Ale jaja, jest co
wspominać!
Od tamtej pory zgromadziłem prawie całą dyskografię WAR
na oryginalnych płytach CD - pierwszych wydaniach kompaktowych ściąganych
specjalnie ze Stanów. Pięknie wydanych,
w ozdobnym tekturowym etui.
A „moona” i tak do dzisiaj nie poznałem. Pozostaje to wciąż nierozwiązaną tajemnicą. Może kiedyś…