niedziela, 29 października 2017

WES MONTGOMERY - Full House (Riverside 1962)


"Miał dwa stawy w kciuku i potrafił wygiąć go tak, żeby dotknąć nadgarstka – co często robił, żeby nastraszyć ludzi”
George Benson – gitarzysta

Mając na uwadze jazz pierwsza myślą, która przychodzi mi do głowy to zasłyszany gdzieś-kiedyś dylemat. Od czego by tu rozpocząć eksplorację wyżej wspomnianego gatunku? Naturalnie Miles Davis. Również John Coltrane. Może jeszcze coś Stana Getza czy Dave’a Brubbecka. Ale tak właściwie warto rozpocząć od Wesa Mongomery’ego i jego niepowtarzalnego stylu. Jeśli od niego zaczniemy to właściwie można na nim skończyć. Sadzę, że starczy prawie każdemu do kresu żywota. Żeby zdefiniować w krótkich słowach jego, styl należy stwierdzić, że przy wybrzmiewającym ciepłym tonie wygrywał mięsiste, niezwykle płynne melodyjne frazy. Do tego trzeba dodać, że dzięki dużej sprawności technicznej i wyrazistej artykulacji, jego gra była niezwykle dynamiczna, co objawiało się tym, że gitara stała się samorzutnym przedłużeniem jego ręki.

Wes Mongomery grał szybkie pochody oktawowe i linie melodyczne z wyrafinowaną ekspresją i płynnością, używając zamiast kostki opuszka kciuka (tłumiąc jednocześnie palcami lewej ręki pozostałe struny). Łatwo można zapomnieć, jak potężnych umiejętności wymaga taki styl, aby zainspirować następne pokolenie gitarzystów pokroju m.in. Joe Passa, Georga Bensona, Jimi‘ego Hendrixa, czy Pata Metheny’ego. Dla tego ostatniego zresztą stał się na zawsze niedościgłym idolem. Gitara nie miała przed nim tajemnic, stając się w jego rękach narzędziem, za pomocą którego przekazywał to, co słyszał sercem i to, co grało mu w duszy. Miał talent do zajmującej i ekspresyjnej narracji, wyczucia harmonii i swingu. Zachowując swój charakterystyczny śpiewny ton i lekkość budowania skomplikowanych fraz.

Był urodzonym showmanem potrafiącym instynktownie zwrócić uwagę publiczności. Doskonałym konferansjerem własnych koncertów, z których tworzył niezapomniane przedstawienia. Rozpierała go energia, ale jednocześnie był człowiekiem bardzo życzliwym, komunikatywnym, pogodnie nastawionym do świata. A w zanadrzu zawsze miał kolejne błyskotliwe pomysły, które z całą konsekwencją realizował. W myśl zasady, iż improwizacja jazzowa nie sprowadza się do grania wyuczonych fraz, lecz jest komponowaniem melodii ad hoc, w oparciu o naszą jazzową wiedzę, wybraźnię i muzyczne umiejętności.

Instrumentem który kojarzy się z omawianym artystą jest Gibson L-5CES, który zapewniał mu gładkie, równoczesne i dynamiczne brzmienie, adekwatne do jego niewymiernego talentu. Co ciekawe, swoją przygodę z gitarą rozpoczął całkowicie samodzielnie (gry na gitarze uczył się ze słuchu) i podobno przy tym… nie znał nut,  podstaw techniki gry, ani podstawowych teoretycznych zasad muzyki !!! Po prostu był niezrównanym genialnym samorodkiem, podpartym mozolnym, wielogodzinnym szlifowaniem technik gry, co oznacza „ni mniej, ni więcej”, że grał na instrumencie to, co mu w głowie grało, a jego dłoń stanowiła naturalne przedłużenie myśli o melodii. Jego biegła i elegancka gra na gitarze mocno korelowała z bluesowym swingiem. 

Full House to spektakl uwieczniony na żywo w Tsubo w Berkeley w Kalifornii 25 czerwca 1962 roku przy doskonałej interakcji publiczności nie szczędzącej oklasków dla wspaniale usposobionych w tamten wieczór muzyków. W koncercie obok mistrza, brał udział „nie byle jaki” kwartet: Wynton Kelly na fortepianie, Johnny Griffin na saksofonie tenorowym, Paul Chambers na kontrabasie i Jimmy Cobb na perkusji. Z pozoru typowy kawał solidnej jazzowej roboty. Jednak to muzyka niezwykle wciągająca, wielowarstwowa, pozwalająca odkrywać za każdym razem coś nowego. Na pierwszy plan wysuwa się naturalne ciepło i emocjonalna bezpośredniość. Widać wyjątkowe porozumienie wszystkich muzyków i radość jaką czerpią ze wspólnego występu. Interakcja pomiędzy poszczególnymi ogniwami, jakie stanowią instrumentaliści, jest przepełniona żywiołowością. Od bujającego tytułowego utworu, aż po zamykający wolniak Born To Be Blue (dodany później na kompaktowych reedycjach albumu).


Zdumiewa, że wszystko zagrane zostało na żywo. Pochodzi od muzyków, którzy bez żadnego fałszu, z totalnym przekonaniem do własnych umiejętności i czystą odwagą, prezentują tak wartościową muzykę przed publicznością pewnie doskonale obytą z jazzowa nutą. Dźwięk tej płyty jest intensywny, jak chociażby w tętniącym życiem Blue 'n' Boogie, ale też lekki i kameralny, jak w przypadku I've Grown Accustomed To Her Face. Gitara jest ciepła, nasycona, a zarazem wyrazista (Come Rain or Come Shine). Dźwiękowe metrum jest również „niczego sobie”, co szczególnie zaakcentowane jest w popisach sekcji rytmicznej i klawiszowca w przepełnionym estetyką brazylijskiej słonecznej samby Cariba. Także instrumenty dęte są całkiem klarowne i nośne. Przestrzeń brzmieniowa jest bogata, zadbano o nią, dzięki czemu nagranie ma rozmach (np. S.O.S).



Niestety, pomimo wciąż rozwijającej się kariery oraz poszerzającego się grona fanów, John Leslie „Wes” Montgomery nie miał okazji długo okazywać swojego unikalnego talentu. Czerwcowym rankiem 1968 roku wstał z łóżka, oznajmiając, że czuje się źle. Po paru minutach zmarł na atak serca.

Swoją twórczością, potwierdził wrodzony talent. Grając na swojej gitarze robił to w sposób godny podziwu i naśladowania również dzisiaj. To właśnie jego lekkość połączona ze swobodną techniką, twórcze podejście do jazzowej transkrypcji, brzmienia, sprawiły, że po latach cały czas się do niego powraca. Wciąż się go odkrywa i szuka inspiracji z nim związanej. Doskonałym materiałem odzwierciedlającym powyższe, jest na sto procent omawiana płyta.

Na koniec posłużę się zasłyszaną gdzieś dewizą.
„Dyskusja na temat gitary jazzowej nie ma znaczenia, gdy nie dotyczy Montgomery’ego.”
Święta prawda!




niedziela, 24 września 2017

VAN MORRISON – Moondance (Warner Bros. 1970)

Piosenkarze mają wiele różnych stylów i musisz starać się zrozumieć, co robią w danym momencie. Wszystko, co usiłujemy zrobić, to uczynić barwy muzyki bardziej żywymi.

Lewis Merenstein - współproducent Moondance

Ludziska dzielą się na takich, którzy lubią Zenka Martyniuka i takich, którzy wolą Milesa Davisa. Na takich, którzy znajdują w muzyce jedynie tanią rozrywkę i takich, którzy poszukują w niej wyższych wartości i doznań. Także na takich, którzy przy obcowaniu z muzyką kierują się emocjami i takich, którzy szanują rzemiosło wykonania. Właśnie żeby dobrze wchłonąć muzykę zawartą na tej płycie trzeba kierować się zasadami zawartymi w uprzednim zdaniu.
George Ivan Morrison znany bardziej jako Van Morrison to jeden z najważniejszych światowej klasy pieśniarzy rockowych. Choć w swoistym credo muzycznym, sformułowanym w bogatej dyskografii, artysta niejako oznajmia, że śpiewa jazz, bluesa i soul (tu kolejność zupełnie dowolna)… lecz z tego składa się przecież cały rock and roll. Można długo dyskutować i spierać się, debatować nad tym, czy Irlandczyk z Północy jest wokalistką stricte rockowym. To w zasadzie dywagacja o istocie gatunku i o tym, jak daleko można rozciągać jego granice. Dla stylistycznych formalistów, cała twórczość byłego wokalisty brytyjskiej grupy Them, do soulu czy gospel pewnie nawet się nie zbliża. Jednak w obrębie szeroko pojętego rocka, album po prostu niezmiernie udany, mieści się z całą pewnością. Zresztą nawet jeśli by się nie mieścił, i tak byłby wyśmienity. A poza tym niezależnie od swojej wielkości jest zwyczajnie prawdziwy i spontaniczny, a tak nagrana muzyka obroni się sama poprzez emocje, jakie z sobą niesie każdy dźwięk.




Omawiany artysta to jeden z największych muzyków, którzy wyrośli na gruncie, co ciekawe, amerykańskiej muzycznej tradycji, mimo że sam pochodzi z Ulsteru, a dokładnie z Belfastu. Do dzisiaj uczestnik niezliczonej ilości ważnych około rockowych wydarzeń. Poruszający się w obszarze  rocka, rhythm`n`bluesa, country, jazzu i wielu innych szlachetnych, obecnie klasycznych muzycznych gatunków. A przede wszystkim jeden z największych białych wokalistów soulowych, jeden z tych muzyków, którzy niezależnie od aktualnej muzycznej mody, potrafi być tylko i aż sobą. Prawdziwy czarodziej muzyczny. Jest nim od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku do dziś… i myślę, że pozostanie wśród największych na zawsze, niezależnie od tego, w jakim kierunku podąży rozwój rocka w przyszłości. Dziś jest też jednym z największych żyjących i ciągle czasem pojawiających się na scenie muzyków, mimo faktu, że zbliża się już do sędziwego wieku. Jednak nawet eksponując próbki nowych pomysłów i od czasu do czasu pojawiając się na scenie, ciągle jest ważną współczesną postacią muzycznej sceny wzbudzającą niekłamany podziw.


Moondance, jak się wkrótce okazało, potrójnie platynowy w Stanach i złoty na wyspach brytyjskich, miał premierę w 1970 roku. Płytę zarejestrowano w Nowym Jorku. Stylistycznie nieco bliżej było jej do rhythm and bluesa, soulu i szeroko pojętej muzyki popularnej. To właśnie ten album wyznaczył styl Vana Morrisona na wiele kolejnych lat. Płyta modelowo reprezentatywna dla dorobku Morrisona powstała w jednym z magicznych okresów muzyki pachnącej epoką „dzieci kwiatów” tj. na przełomie sześćdziesiątych i siedemdziesiątych lat.
Moondance zachowuje pozytywną atmosferę, która rozgrzewa duszę jak pierwsze promienie słońca po długiej, samotnej mroźnej zimie. Ciepła atmosfera wyziera dosłownie z każdego dźwięku albumu i niemal ożywia wszystko wokół!

Morrison w 1969 roku skompletował skład, z którym trafił w przysłowiową dziesiątkę. Gitarzysta John Platania. Obok niego Garry Malabar na perkusji,Guy Masson na kongach, John Klingberg na basie, Jeff Labes na klawiszach, Jack Schrorer na saksofonie altowym i Collin Tilton na saksofonie tenorowym i flecie. Irlandczyk poprowadził wyżej przedstawionych muzyków genialnie. Grają dokładnie tak jak trzeba. Pozostawiając wystarczająco dużo przestrzeni dla wokalnych impresji lidera, wnosząc jednocześnie wiele od siebie. Najważniejszą, obok wokalnych interpretacji, wizytówką tego albumu  jest wspaniałe, oszczędne zagrywki instrumentalne. Tak samo genialne w momencie wydania w lutym 1970, jak i obecnie. Warto podkreślić, że w momencie premiery „winowajca całego zamieszania” był przez część słuchaczy i muzyków uważany za naśladowcę czarnoskórych soulowych odpowiedników. Wyraźnie zapatrzony w takich wielkich mistrzów jak Otis Redding, czy Wilson Pickett. Rozwój jego talentu, w szczególności kompozytorskiego, potwierdziło, że w żadnym wypadku nie jest jedynie imitatorem wyżej wymienionych, a tylko propagatorem pokrewnej muzyki, która stanowiła bazę dla własnej muzycznej twórczości.


Van Morrison z muzykami potrafił w tamtych czasach zrobić coś niezwykłego. Wykorzystać dawkę instrumentarium w postaci dęciaków swojego bandu i stworzyć świeżo brzmiące ballady. Powściągliwość w wykorzystaniu ciepłych brzmień spowodowała, że nagrana płyta od razu stała się ponadczasowym błyskotliwym klasykiem i pozostaje nim do dziś. Brzmień pełnych rozmachu, pomimo dość oszczędnych środków, zdominowanych przez oczywistą obecność wspaniałego głosu, któremu co i rusz dogaduje delikatna gitara, uzupełniona ujmującym saksofonem, ciepło plumkającym w tle instrumentem klawiszowym, czy też głosem dźwięcznej harmonijki ustnej (These Dreams of You). Uczestniczący w tworzeniu płyty muzycy nadali każdemu instrumentowi bogaty, naturalny ton, a przy tym rozdzieli je tak umiejętnie, by każdy z nich był wyraźnie słyszalny, a zarazem składały się na spójną całość. Subtelna moc przekazu tej płyty jest kolejnym dowodem nieocenionego talentu autora albumu i jego niebywałej zdolności powoływania do życia genialnych, eterycznych brzmień. Wyśmienitym rodzynkiem w wybornym cieście przygotowanym przez Morrisona są takie kompozycje, obok tytułowego songu, jak Into The Mystic, czy Caravan.

Moondance jest częścią kanonu szeroko pojętego rocka, ważną częścią muzycznej kultury. Historycznym albumem ciągle aktywnego muzyka, a przede wszystkim wyśmienitą płytą z fantastyczną, pełną pasji, nostalgii i inwencji muzyką, równie doskonałą w swojej balladowej części (Crazy Love, Brand New Day), jak i pełnych energii kompozycjach własnych lidera. Tańczący księżyc stanowi doskonałą kombinację bezpretensjonalnych melodii, pikanterii, oszczędnej, acz pełnej pasji gry i intrygujących subtelnością harmonii. I co ważne zaopatrzonych w wyśmienicie zbalansowany aranż instrumentalny. Bezsprzecznie album ten okazał się jednym  z wielkich autorskich dzieł Morrisona. Chciałoby się powiedzieć: nic dodać, nic ująć. To absolutnie konieczna i ważna muzyczna  opowieść. W efekcie zabaw z aranżacjami banalnych melodii powstał wyśmienity bezpretensjonalny album, tak właściwie z niczego. To potrafią tylko najwięksi. Do takich obowiązkowo zaliczyć trzeba muzyka pochodzącego z Zielonej Wyspy, brzmiącego czysto, zdecydowanie amerykańsko, co osobiście dla mnie jest tylko zaletą. Krótko mówiąc. Dobrze, że są takie płyty.




poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Pink Floyd: Live at Pompeii – (Universal 1972)

reż. Adrian Maben


„To niezwykłe miejsce, ponieważ jest zachowane dokładnie tak, jak było. Istnieje wiele innych miejsc. Jeśli odwiedzisz jakiekolwiek inne miejsca tego typu na całym świecie, są one bardzo zniszczone tym, co trwało przez stulecia, odkąd zostały porzucone. Ale ten był po prostu zapieczętowany, więc patrzysz na powierzchnie skalne, na przedmioty utrwalone w kamieniach, które wyglądają tak, jakby to zrobiono wczoraj.”
                                                                 David Gilmour

Mamy najcieplejszą porę roku. Lato dojrzałe. Z zeschniętą trawa. Sucho jak diabli. Dni nieco krótsze. Noce jakby chłodniejsze niż kilka tygodni temu. Może to nie odkrywcze co powiem, ale cieszmy się tym co mamy, bo w listopadzie jeszcze nie raz zatęsknimy za takim rozgrzanym sierpniowym fluidem. 

W podobnej scenerii, no może na bardziej zmęczonej spiekotą ziemi, ale prawie 2 tysiące kilometrów od nas, w 1971 roku w pierwszych dniach października Pink Floyd rejestruje obraz połączony z dźwiękiem u podnóża wulkanu Wezuwiusz. Właściwie jest to koncert w magicznym otoczeniu natury i starożytnej architektury... ale bez tradycyjnej publiczności!






Dokładnie zdjęcia do filmu były rejestrowane w dniach 4 - 7 października 1971 roku. Zespół zagrał kilka utworów przed zgoła innym audytorium, w skład którego wchodzili: obsługa filmowa, ekipa techniczna, personel logistyczny i przypadkowo obecne dzieci z okolic antycznego miasta.
Sam pomysł autorstwa francuskiego reżysera Adriana Mabena został urzeczywistniony przy wydatnym finansowym i organizacyjnym wsparciu telewizji znad Sekwany. Pierwotnie nietypowym pomysłem było zrobienie filmu z wykorzystaniem nieszablonowych obrazów Paula Delvauxa, Giorgia de Chirico czy René Magritte’a jako surrealistycznych dekoracji. Jednak porzucono ten pomysł za intencją managera zespołu, jak i samych muzyków, co wpłynęło korzystnie na oddanie wielopłaszczyznowej i nowatorskiej muzycznej filozofii Pink Floyd w finalnej produkcji.

Warto wspomnieć, że idea starożytnych ruin jako scenografii wcale nie zostałaby urzeczywistniona z powodu początkowego weta włoskich administratorów Pompejów nierozumiejących idei autorów muzycznego przedsięwzięcia. Na szczęście Włosi jak to Włosi – niepoprawni romantycy, zdołali się przekonać do pomysłu ponownego, symbolicznego ożywienia niemych świadków minionej historii antycznego świata, który istniał w tamtym miejscu do zabójczej erupcji pobliskiego wulkanu w 79 r. n.e.
Warstwa muzyczna zawarta w tym obrazie to kombinacja barwnej nostalgii, przy tym pełna wyobraźni, surrealistyczna i prekursorska - doskonale dopełniająca propozycje wizualne autorów filmu. Ujęcia trwale zarejestrowane na taśmie filmowej wokół i wewnątrz starożytnego amfiteatru, pośród ruin Pompejów wraz z kreacją Pink Floyd, to niepowtarzalne audiowizualne doświadczenie. Mistrzowski zapis tego wydarzenia rozpięty jest pomiędzy skąpaną w słońcu areną, tajemniczo lśniącym nocnym światłem, a dymiącymi wulkanicznymi pozostałości. Jest perfekcyjnym wzajemnym przenikaniem obrazu i dźwięku przy wydatnym uwzględnieniu śladów rzymskiej kultury. Czasem demonicznym, zaskakującym i dynamicznym wyborem ujęć filmowych.

Koncert rozpoczyna się i kończy, spinającą klamrą w całość, pełną ekspresji kompozycją Echoes z albumu Meddle. Na arenie amfiteatru grupa prezentuje również A Saucerful Of Secrets oraz One Of These Days.

Następne utwory wykorzystane w filmie dograno w Studiu Europa-Sonor w stolicy Francji w drugiej dekadzie grudnia 1971 r. (Careful with That Axe, Eugene i Set the Controls for the Heart of the Sun). Tam również, zdaje się zupełnie pod wpływem chwili, zaimprowizowano bluesowo-żartobliwy Mademoiselle Nobs, gdzie swój talent wokalny zaprezentował… pies wabiący się  Seamus, który skowycząc wtórował grającemu na harmonijce Davidowi Gilmourowi.



Trzeba zaznaczyć, że film ukazał się we wrześniu 1972 roku. Początkowo planowano wyłącznie jednorazowe emisje w telewizji francuskiej, belgijskiej i zachodnioniemieckiej. Jednak z powodu większej popularność jaką zdobył, trafił także do kin innych krajów w 1974 r. w rozszerzonej reżyserskiej wersji wzbogaconej o fragmenty z sesji nagraniowej (też poza muzycznej – rozmowy muzyków itp.) Ciemnej Strony Księżyca (On the Run, Us and Them, Brain Damage, Eclipse).
Niestety dotychczas nie ukazał się oficjalny soundtrack filmu, a samych wersji „piratów” można naliczyć przynajmniej 62!


Istnieje takie powiedzenie, że historia lubi się powtarzać. Tak więc po 45 latach filar Pink Floyd - David Gilmour ponownie pojawił się nieopodal Neapolu, by zagrać w pompejańskim amfiteatrze w dniach 7 i 8 lipca 2016 roku. Koncerty, które odbyły się w ramach trasy Rattle That Lock Tour w wybudowanej w 90 roku p.n.e. arenie walk gladiatorów, były pierwszymi występami z udziałem publiczności od czasu wybuchu pobliskiego Wezuwiusza.



„To magiczne miejsce. Powrót tutaj, zobaczenie tej sceny, było czymś przytłaczającym. To miejsce pełne duchów..." 
                                                                                                                           David Gilmour

Sam amfiteatr odwiedziłem w czerwcu 2011 roku i pierwsze skojarzenia miałem nieco inne… a związane z pamiętnym filmem Pana Mabena.




czwartek, 3 sierpnia 2017

The Moody Blues - Days of Future Passed (Deram 1967)

Nights in white satin
Never reaching the end
Letters I’ve written
Never meaning to send

Beauty I’d always missed
With these eyes before
Just what the truth is
I can’t say any more

‘Cause I love you
Yes I love you
Oh how I love you


Jest to płyta dla mnie szczególna, której powinno się słuchać wyłącznie w całości. Magiczna i jakby baśniowa. Rzecz sama w sobie niepowtarzalna! Więc zaopatrzę ją tym razem w lakoniczną informację na temat muzyki i okoliczności w jakich powstała i, co może wydać się ekstrawaganckie (tak mnie trochę poniosło 😁), w poezję niejako luźno korespondującą z treścią wymienionego dzieła.


Można zadać pytanie: Dlaczego? Ponieważ takie informacje, jak w większości z wspominanych płyt na tym blogu, bez większego trudu można odnaleźć w wszędobylskim Internecie, a pomysł z cytowanymi utworami lirycznymi pojawił się podczas leniwej, wakacyjnej letniej kanikuły i niejako narodził się inspirowany dziełem The Moody Blues.




Krążek wydany pół wieku temu, 11 listopada 1967 roku, to album niezwykle kreatywny, zawierający aspekt upływu czasu. Każdy utwór odzwierciedla etap dnia, którego w żadnym wypadku nie wypada utracić.
Same utwory osadzone są w klimacie końca lat 60-tych w kategoriach energii jak i atmosfery. Przy tym z płynnie zmieniającą się dynamiką oraz tonacjami. Wyczucie rytmu, piękne frazowanie, cudne wyczucie klimatu, świetne wyczucie brzmienia i tyle uczucia włożonego w efekt finalny.



Za repertuar płyty obok członków grupy odpowiadał śmiały producent Tony Clark oraz dyrygent, aranżer i kompozytor Peter Knight. To on uzupełnił melodyjne piosenki napisane przez muzyków zespołu o finezyjne wątki orkiestrowe. W efekcie powstała płyta zwięzła i urzekająca pomimo kontrastu dwóch tak odległych stylów muzycznych. To dzięki fragmentom symfonicznym komplet nagrań doskonale się zharmonizował.



Całość otwiera symfoniczne preludium (The Day Begins), które z wolna zrywa zasłonę snu. Kolejny (Dawn: Dawn Is A Feeling) ujmuje pięknem oczekiwanego, nieuniknionego świtu. Ożywczej energii daje poranek (The Morning: Another Morning), który staje się wstępem w odmęt codziennej gonitwy. W apogeum dnia dokładnie w punkcie słońca w zenicie (Lunch Break: Peak Hour), wpadamy w wir aktywności, który rewelacyjnie oddaje brzmienie orkiestry. Melodyjna popołudniowa sjesta (The Afternoon: Forever Afternoon (Tuesday?) / Time To Get Away), wprawia nas w oczekiwanie na kuszący wieczór. Ów schyłek dnia (Evening: The Sun Set: Twilight Time) poprzez metafizyczny klimat zachęca do uczestnictwa w wielobarwnym misterium. Ten spacer wieńczy upragniona pora nocy, która otula nas satynową, senną aurą (The Night: Nights In White Satin).

Tyle o płycie. Czas na zapowiedzianą poezję 😏!


Przed świtem
Trwa jeszcze ciemne rano -
Śpi niebo nad altaną.
Staw błysnął o dwa kroki -
Już widać, że głęboki.
W łopuchu czy w pokrzywie
Świerszcz dzwoni przeraźliwie!
Rozpoznajże w ciemnocie,
Czy wróbel tkwi na płocie?
Kształt wielki wybrnął z cienia,
Lecz nie chce mieć imienia.
Chce snom się jeszcze przydać:
Nie widać nic, a - widać.
(Bolesław Leśmian)

Świt
Tu bliziutko - coś zawołało,
A daleko - odróżowiało,
Nie wiem co, bo ni to ni owo,
Na ćwierć ptasio, na trzy ćwierci różowo.
Szeptem przeszło tuż - tuż w sitowiu,
Zaliściło liśćmi w listowiu
I rozniosło się, i frunęło,
I po stawie ogniem huknęło.
(Julian Tuwim)

Ranek
Tysiącami twarzy
policzkami chmur
oczami słońc
wargami powietrza
uszami wiatru
dziwi się ranek
coraz wyżej
a my
dziwimy się wraz z nim
(Rose Ausländer z tomu „Głośne milczenie/ Schallendes Schweigen”, 2008,
tłum. z niemieckiego Ryszard Wojnakowski)

Budząc się ze snu
W głębi żył są statki wyruszające w podróż,
Drobne eksplozje na linii zanurzenia
I mewy wzlatujące nawietrznej słonej krwi.
Jest ranek. Wieś przespała całą zimę.
Ławy pod oknem przykryte były futrami, na podwórku
Kręciły się zmarznięte psy, ręce z trudem trzymały ciężkie książki.
Teraz się budzimy, wstajemy z łóżek i zasiadamy do śniadania.
Okrzyki niosą się w portach krwi,
Jest mglisto, dźwigają się maszty, w słonecznym blasku słychać uderzenia drzewców.
Teraz śpiewamy i tańczymy drobiąc po kuchennej podłodze.
Całe nasze ciało jest jak port o świcie.
Wiemy, że nasz pan zachował nas, byśmy dożyli tego dnia.
(Robert Bly z tomu „Silence in the Snowy Fields”, 1962, tłum. Julia Hartwig)

Półdzień
Sroży się w bezdroża chustek złotych pól
braterskim uściskiem ze słońcem niesiony
bezruchy Pafnucy co przeklina wrony
- półdnia myśliciel.
W suchej ziół koronie, uplecionej trawy
myszkuje swobodnie ziarnem prowadzona
kuleczka popieli węchem wywiedziona
- półdnia harcownik.
Znikł w odmętach czasu obnażając świat
codziennej zabawy już nieco znużony
bezpański mgły cień zenitem straszony
- półdnia odkupiciel.
Wespół z tym obrazem w objęcia wejdź czułe
Im ciszej pokochasz, tym więcej zmalują
że hej, (...)
(Kacper Potocki)

Wieczór
Żonie Marysi

Pejzaż tak lekki bez ciężaru słów
w mroku drzew świeci pusty stół Sanu
żona pięknieje za różę jaskółek pościg
przymierza sen do jej twarzy
nie śpij przez liści wielki kapelusz spójrz
jaki mróz gwiazd i na dachu powój
noc cała wędruje za nas
(Jerzy Harasymowicz)

II
Zmierzch, z ametystu przemieniony,
Niebieski jest, ciemnieje;
Latarni blask bladozielony
Rośnie wśród drzew alei.
W starym pianinie pieśń rozbrzmiewa
Powolna; godna, miła;
W klawisze żółte zapatrzona
Głowę ku nim skłoniła.
Myśl błądzi, dłonie zasłuchane,
Oczy wielkie i czyste...
W zmierzchu niebieskim, ciemniejącym
Światełka ametystu.
(James Joyce 1907, tłum. z angielskiego Maciej Słomczyński, w wersji oryginalnej pt. „II [The twilight turns from amethyst…]”)

Letnia noc
Piękna letnia noc.
Wysokie domy zostawiają
Okiennice swoich balkonów otwarte
Na duży plac starej wioski.
Opustoszał długi skwer,
Koło kamiennych ławek
Krzaki jasieńca i akacji
Kreślą swoje długie cienie
Symetrycznie na białym piasku.
W zenicie księżyc, na wieży
Oświetlona tarcza zegara.
Idę przez antyczną wioskę
Sam jeden, jak duch.
(Antonio Machado, tłum. Czesław Miłosz)




niedziela, 18 czerwca 2017

DEEP PURPLE – Made In Japan ( Purple Records 1972)

Głęboka Purpura zawitała ponownie do Polski. Dzięki bliskiemu kumplowi (bratniej duszy) ponownie dałem się namówić na ich koncert. Co by dużo mówić... Naprawdę nie żałuję, że już trzeci raz miałem wielką przyjemność uczestniczyć w ich występie. Powiem więcej, niech żałują Ci, co nie byli teraz albo kiedykolwiek. Deep Purple to jazda obowiązkowa dla wielbicieli rocka. Żywa legenda, dobiegająca już kresu koncertowego swego żywota, przynajmniej jeśli wierzyć nazwie aktualnego, pożegnalnego i ogólnoświatowego tournée (Goodbye Tour). Daj Boże niech każdy kończy swoje zawodowe istnienie w ten sposób. Z tak potężnym przytupem i niebywałym wdziękiem towarzyszącym wybrańcom rockowego panteonu. Bez bufonady, z dystansem, bez odrywania kuponów dawnej chwały. Wciąż cieszą zmysły. Poruszają emocje. Powodują fale wzruszeń i obezwładniają własną czystą szczerością. Chciałoby się rzec: niech tak nie ustają w swojej trasie koncertowej i wciąż na nowo pobudzają wyobraźnie odbiorców tej niesamowicie smacznej muzycznej strawy.

Pierwszy koncert Deep Purple zaliczyłem 23 września 1991 r. w Poznańskiej Arenie. Tak się składa, że był to pierwszy występ legendy w Polsce. W końcu pojawili się u Nas, choć słuchano ich w Polsce, z tego co wiem, od początku lat siedemdziesiątych. Niestety mur dzielący ówczesny świat, utrudnił Ich wcześniejszą obecność w naszej ojczyźnie. Nie był to występ w szczycie ich kariery. Nawet personalia mogły pozostawiać wiele do życzenia, nie ujmując nic muzykom ówczesnego składu zespołu. Wtedy wokalistą był znany już z formacji Rainbow Joe Lynn Turner. Z drugiej strony ciągłe zmiany personale Deep Purple stanowią jakby naturalną metamorfozę w całym ciągu kariery formacji. Bo przecież tych wersji składów było bez liku. Począwszy od  pierwszej z Rodem Evansem na wokalu, a skończywszy na Donie Airey’u obsługującym klawisze po odejściu na wieczny odpoczynek niezapomnianego Johna Lorda. Występ był znakomity i nawet wokalista Joe Lynn Turner stanął na wysokości zadania, a sam Ritchie Blackmore dwoił się i troił dając niewątpliwy popis wirtuozerii. Dobrze pamiętam jak niczym walec drogowy przejechał po nas Perfect Strangers, czy oszołomił spontaniczny Black Night



Kolejna, moja druga styczność  z purpurowymi to kontakt z bodajże najbardziej wytrawną konstelacją zespołu w Zabrzu, ostatniego dnia października 1993 roku. Już wcześniej wspominałem ten koncert przy okazji omawiania Machine Head. Żeby w pełni oddać wrażenia z tamtego jesiennego wieczoru, trzeba przenieść się te prawie ćwierć wieku wstecz. Totalny odlot. Koncert marzenie. Niezapomniane wrażenia. 

No i przyszła pora na ten najbardziej aktualny, który miał miejsce w Łodzi 23 maja 2017 r. Właściwie, myślę  że każdy obecny w Hali Atlas Arena otrzymał co chciał. Kawał solidnej dawki purpurowej muzyki. Od promocji nowych kawałków aż do poruszających starych klasyków: Fireball, Bloodsucker, Strange Kind Of Woman, Space Truckin’, Lazy, Perfect Strangers czy Hush i Black Night. Muzyka co się zowie!



Na kanwie moich własnych wspomnień z koncertów Deep Purple, piszę dziś o koncercie, którego zarejestrowana ścieżka na trwałe weszła do kanonu gatunku.
Made In Japan, jak sam nazwa wskazuje, stanowi rejestrację koncertów z kraju kwitnącej wiśni 45 lat temu. Wydaje się szczytem skondensowanej energii zespołu. W sierpniowe wieczory 1972 roku, w stolicy Japonii i Osace purpurowym udało się uwolnić niewiarygodną moc z towarzyszącą jej permanentną precyzją wykonawczą. Nie jest to absolutnie li tylko błahy dźwiękowy strumień przeznaczony wyłącznie dla najbardziej zagorzałych wielbicieli takiego grania. Jest to nadzwyczajna totalna jazda,  perfekcyjnie wkomponowana w ramy hardrockowej konwencji. Niebotyczny poziom techniczny poszczególnych purpurowych  muzyków,  wzmacnia porażająca dramaturgia wykonawcza. Z pewnością w tym wypadku grupa wybitnie dogadza słuchaczom. Całość, mimo upływu wielu lat, wciąż brzmi odpowiednio ostro i dynamicznie. Żyleta! Tak nad podziw dosadnie z potężnym wykopem! Do tego ukazuje bezgraniczną wyobraźnię, nieskrepowaną kreatywność i co za tym idzie bezsprzeczną klasę zespołu. Podwójna płyta, obwołana absolutnie rockowym majstersztykiem, znalazła się zasłużenie w zbiorze najlepszych albumów cięższej odmiany rocka nagranych na żywo.



A jednak muzycy początkowo nie byli do niej specjalnie przekonani. Do tego stopnia, że album miał być wydany jedynie w kraju samurajów. Wokalista Ian Gillan miał tu spore wątpliwości do jakości własnego głosu z powodu towarzyszącego koncertom pechowego zapalenia oskrzeli. O zgrozo! Ponoć ani razu w całości nie wysłuchał Made In Japan, co na pewno stanowi dosyć oryginalne kuriozum z punktu widzenia miłośników twórczości Deep Purple.
O zawartości napisano zapewne całe tony analiz i wszelakich recenzji, ale warto zaakcentować, że utwory znane z krążków studyjnych stanowiły fundament do szerszych, scenicznych interpretacji. Kawałki dobrze znane i osłuchane z wcześniejszych płyt, a wykonane podczas koncertów, zabrzmiały odmiennie i co za tym idzie dostarczyły zupełnie innych wrażeń. Generalnie punkt ciężkości spoczywał na indywidualnych, porywających popisach i improwizacjach wszystkich muzyków. Mamy tutaj cały wachlarz artystycznych atrybutów brytyjskiego kwintetu.



Wysmakowana solówka Blackmore'a w Highway Star, czy też napędzający bas Glovera w przytoczonym utworze, świetne popisy Iana Paice'a na perkusji w The Mule. Efektowne dialogi gitarowo-organowe w rockowym hymnie Smoke On The Water, świetne gitarowo-wokalne dialogi w Strange Kind Of Woman. Uroczo bluesujący Lazy. Totalnie rozimprowizowany, najmocniejszy, najbardziej rozpędzony i zagrany z wyjątkową dzikością i drapieżnością Space Truckin' to coś co już na zawsze zapada w pamięci. A przysłowiową wisienką na torcie w większości kompozycji stanowią instrumentalne droczenia Lorda z Blackmore'em, do których z pełnych pasji popisami wokalnymi dołącza charyzmatyczny Ian Gillan. Wyraźnie da się odczuć, że muzycy grupy rozumieli się bez zbędnych słów, przy tym świetnie bawili się wspólnym graniem.

Made In Japan to idealny wizerunek drugiego wcielenia Purpli i to w punkcie kulminacyjnym zarówno artystycznej formy jak i niegdysiejszego, przeogromnego uwielbienia ze strony szalejącej na ich punkcie publiczności. Wstyd nie znać!




poniedziałek, 29 maja 2017

PORTER BAND – Helicopters (Pronit 1980)



Istnieją różne teorie na życiowe losy każdego z nas. Jedne głoszą, że nasz byt jest zdeterminowany całkowitym przypadkiem, zupełnie ślepym trafem losu. Druga natomiast głosi, że nad ciągiem życiowych zdarzeń w istocie rządzi przeznaczenie. Istnieje też bardziej racjonalna dewiza, że wszystko jest związane z całym zbiegiem logicznych czynników i następstw. Tak czy inaczej, los Jana z Walii jest co najmniej ciekawy. Mianowicie John Porter, bo o Nim będzie mowa, znalazł się w kraju z godłem białego orła na czerwonym tle… No właśnie, czy przypadkiem?

Szukając swojego miejsca w świecie, poprzez zachodnią Europę (Berlin Zachodni), przeszło 40 lat temu dotarł do nadwiślańskiego kraju. Nasz Bohater mimo własnych chęci do wolności znalazł się za tą „nieszczęsną” żelazną kurtyną praktycznie mimowolnie. Demokracja Ludowa nie dopuszczała do eksponowania zbyt swobodnych artystycznych przejawów aktywności. Pomimo tego sami ludzie, którym trudno było odnaleźć się w tej siermiężnej codzienności, potrafili spontanicznie i wzajemnie się wspierać we wspólnych przejawach działalności, także tej artystycznej. Być może ta właśnie serdeczna atmosfera kontestatorów, także komunizmu, przypadła do gustu przybyszowi z Wysp Brytyjskich, gdzie mniemam nie za bardzo mógł sobie znaleźć miejsce ze względu na silne poczucie rywalizacji i konkurencji w zachodniej części świata. Pozornie obca i absurdalna sytuacja w Polsce przyciągnęła Johna do spędzenia reszty życia w naszym kraju. Jak to często bywa dodatkowym motywem pozostania w PRL-u stała się swojska dziewczyna znad Wisły. Podobno „potopowa” Oleńka Bilewiczówna w osobie Małgorzaty Braunek, która jak nie trudno zgadnąć po prostu zawróciła w głowie Walijczykowi (inne źródła podają, że była to inna, anonimowa Aleksandra).



Po tym, wszystko nabrało rozpędu i poprzez przygodę z tworzeniem legendarnego Maanamu (jeszcze pod nazwą Maanam Elektryczny Prysznic), zakończyło się wybornym, przykuwającym uwagę, debiutem pełnym dynamiki oraz zadziorności. O oczywistych i zdaje się wyświechtanych sprawach nie będę pisał, jakie to przełomowe, czy wiekopomne dzieło stworzył Porter ze swoimi kolegami. Raczej skupię się na debiucie Johna Portera, do którego doszło niejako ad hoc, kiedy to na zaplanowany koncert Maanamu, w maju 1979 we Wrocławiu, nie stawili się państwo Olga „Kora” i Marek Jackowscy. Zniecierpliwiony i zniesmaczony takim obrotem sprawy, John Porter zaangażował dolnośląskich muzyków do swojego przedsięwzięcia, tj. gitarzystę Aleksandra Mrożka, basistę Kazimierza Cwynara i perkusistę Leszka Chalimoniuka, z którymi dokonał tego nagrania. Całokształt ich pracy wygląda trochę jakby obco. Nagrania nie przystające do rodzimych artystów. Co ciekawe, nie tyle w zakresie produkcji, która niestety według wielu pozostawia wiele do życzenia, co poprzez cały zakres świeżych środków artystycznego wyrazu jak brzmienie, barwa i ten nieuchwytny element zwany unikalnym feelingiem.

Zawadiacki, jeszcze młodzieńczy i niedojrzały, miejscami niestabilny wokal Portera pomimo oczywistych mankamentów może zjednać sobie wielbicieli. Może to dziwne, ale mi to nie przeszkadza. Powiem wprost. Te okoliczności również związane z niedoborem sprzętowym ówczesnych studiów nagraniowych, przy równoczesnym nagrywaniu prawie za jednym podejściem i całkiem live w studiu, wyłącznie potęgują surowiznę i ujmują szorstkością dźwiękowego manifestu zespołu Portera. Wbrew pozorom mimo wszystko to dość stonowany i dobrze spasowany kawał muzyki (w dziedzinie struktury, aranżacji, jak i tempa). Wciąż miło po lat się tego słucha. Efekt końcowy bez mała porusza, pomimo użycia tak skromnego wachlarza dostępnych środków technicznych. Odzwierciedleniem tego jest miedzy innymi dolatujący rumor związany z imitacją katastrofy tytułowego helikoptera. Imitowano ten efekt za pomocą rzucanych metalowych rekwizytów na schodach opolskiej rozgłośni radiowej. 



Co do kawałków zgromadzonych na krążku: już na dzień dobry mamy frywolny Ain't Got My Music, który obrazuje doskonale, co będzie grane w dalszej kolejności. Radosne i energetyczne zamiatanie aż miło. W następnych utworach dolatują do słuchacza bluesowo-rockowe nuty rockowe, nie odstające swą stylistyką od naprawdę dobrych wzorców ówczesnych zachodnich twórców rockowych (np. Thin Lizzy). Z kolei opierający się skutecznie upływowi czasu rasowy, kipiący witalnością, a napisany pierwotnie dla grupy Manaam, I'm Just A Singer, zdaje się żyć wciąż podtrzymywany przez Portera w teraźniejszych popisach estradowych. Idealnie w całość wkomponowuje się odmienny, bujająco-balladowy Life z delikatnymi partiami gitary basowej i akustycznej, który z kolei tworzy kontrast dla chociażby lekko funkowego Garage. Wymieniam tylko te, które najbardziej utkwiły w pamięci, aczkolwiek wszystkie utwory tworzą znakomitą całość. W odróżnieniu od zjawisk efemerydalnych, jakim była pierwsza formacja – kreacja Portera pod szyldem Porter Band, zupełnie nieprzypadkowa (czytaj niebłaha) muzyka pozostała ku uciesze, mam nadzieję, następnych pokoleń słuchaczy.





niedziela, 30 kwietnia 2017

EMERSON, LAKE & PALMER – Tarcus (Island 1971)

Pamiętam jak wpadła mi ta płyta w ręce. Właściwie jej kompaktowa wersja. Początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy chłonąłem jak gąbka nowo poznane dźwięki. Jednak z początku miałem ambiwalentny stosunek do tej, jakby nie było, ciekawej muzyki. Przyzwyczajony do tradycyjnego instrumentarium, brakowało mi dominacji wiodącego instrumentu rocka jakim jest gitara. Choć w epizodycznej formie usłyszymy tutaj jej dźwięki. Bez niej, z pozoru ta muzyka brzmiała jakby samochód pozbawiony kół, czy samolot bez skrzydeł. Jednak deficyt gitary nie zgasił mojego zapału wgłębiania się  w dźwiękową progresję trzech brytyjskich muzyków. Powoli, sukcesywnie przegryzałem się przez świat dźwięków tria. I po latach muszę stwierdzić, że album ten jest niezwykle intrygujący. A niedobór gitary tylko umacnia, pewnie nie tylko moje przekonanie, o odosobnionym, a tym samym zajmującym dziele Emerson Lake & Palmer.
Drugi album grupy to pomysłowy i inteligentny efekt kompromisu indywidualnych inwencji oraz ambicji artystycznych poszczególnych członków grupy. Dla mnie bez słabych punktów. Nieprzerwany przepływ świeżych i ekscytujących pomysłów. Z drugiej strony, tak właściwie twórczość EL & P jest uosobieniem tego wszystkiego, czym gardzi pierwowzór prostego rock and rolla. Bez większego nadstawiania ucha wydaje się napuszona, wydumana, arogancka, a nawet pompatyczna. Równocześnie pozbawiona spontaniczności i młodzieńczej frywolności, czyli atrybutów buntowniczego rock&rollowego pierwiastka.



Lecz w wypadku tego brytyjskiego tria to raczej komplement niż zarzut. To barwna kraina cudownych dźwięków zahaczających o artyzm. Z dominantą nieprzerwanie pojawiających się, ekspansywnych, ekscytujących i nieograniczonych pomysłów, osadzonych w unikalnie telepatycznym porozumieniu między trzema znakomitymi muzykami. Przy tym bogata w techniczne rozwiązania kompozytorskie odzwierciedlone w biegłości i wirtuozerii wykonawczej. Bo chyba jedynym odpowiednikiem geniuszu gitary Jimiego Hendrixa pozostanie już na zawsze grający na instrumentach klawiszowych nieodżałowany, a zarazem niesamowity Keith Emerson, rozwijający swoje muzyczne fascynacje w formacji The Nice, a kontynuowane w EL&P. Muzyk obdarzony zabójczą zdolnością perfekcyjnej gry niezależnie prawej i lewej ręki. Nie jestem znawcą teorii muzyki, więc nie będę wgłębiać się w analizę podziałów parzystych czy nieparzystych, czy też badaniem odgrywania kwint lub kwart. Raczej słucham muzyki poprzez emocje, które towarzyszą nieodłącznie dźwiękom Emersona. Serce na dłoni. To wyraźnie słychać!



Natomiast widowiskowe występy Keitha i kolegów z zespołu stanowiły niesamowite misterium. Te jego popisy wraz z tańcem furiata przy, czasem demolowanych, organach Hammonda, na stałe przeszły do historii koncertów muzyki rockowej. Wszystko to objawia się we wspomnianym bezmiarze organowych dźwięków, fal syntezatorów Mooga i sążnistych pochodów basowych Grega Lake’a. Nagle wszystko wybucha i ustępuje partii salw rozproszonych bębnów Carla Palmera (ex - Atomic Rooster) i ponownie tętniących życiem pasażów organowych Emersona. Do tego niezwykle zmiany tempa i towarzyszące temu znakomite partie wokalne G. Lake’a, tak na marginesie pamiętnego wokalisty pierwszego wcielenia King Crimson.

Sam tytułowy wielowątkowy Tarkus został opatrzony dosadnym słownym komunikatem, który staje się poruszającym, antywojennym manifestem, przeciw przemocy, a czasami niepokojącą opowieścią o konflikcie i utracie człowieczeństwa w świecie zmierzającym do pogardy ludzi i nieskończoności okrutnych zbrodni niezmiennie towarzyszących światu. W sposób nowatorski opowiada o ewolucji wstecznej rozpoczętej zagładą nuklearną. Dla przeciwwagi dla tak poważnego tematu, muzycy w pozostałych kompozycjach zawarli nieco inny nastrój zahaczający o humor (Jeremy Bender), a nawet rześki, typowy rock and roll (Are You Ready Eddy?).

Jest to album, który definiuje erę, gdy wszystko wydawało się możliwe i kiedy muzyka zdawała się największą bronią przed złem tego świata. Nic dziwnego skoro byli na szczycie młodzieńczego szczytu frapującej twórczości łączącej niby nie pasujące do siebie gatunki: rock, jazz i muzyka klasyczna.
Żeby skutecznie sprostać zadaniu poznania, a następnie zrozumienia zawartości takiej dawki muzyki należy bezwzględnie porzucić wszelkie uprzedzenie. Jeśli jesteśmy zdolni otworzyć swój umysł wystarczająco szybko, zapewne zrozumiemy jak wartościowy jest ten album.
No i ta charakterystyczna, zapadająca w pamięci okładka, z wizerunkiem fantazyjnego, zwierzęcia zwanego pancernikiem, pospołu z czołgiem, jakby z pól bitewnych I wojny światowej.
Kończąc ten wątek dodam, że pierwotnym założeniem zespołu było wydanie suity Tarcus wspólnie z własną wersją Obrazków z Wystawy rosyjskiego kompozytora Modesta Musorgskiego w formie jednego wydawnictwa. Jednak ten odważny pomysł pod wpływem wydawcy został podzielony na dwie oddzielne płyty wydane jedna po drugiej.



Może to się wydać dziwne, a nawet niedorzeczne, ale… muzyka ukazana na albumie jest zarazem fascynująca i potężną, pomysłowa i odważną, a przede wszystkim stanowi artystyczną wykładnię talentu zespołu, który podobno nie był nigdy ostoją zbyt zażyłej przyjaźni i zrozumienia, a stanowił jedynie spotkanie nietuzinkowych muzyków, połączonych artystyczną wizją. Niezmiernie żal, że już nigdy ich nie usłyszymy, oczywiście poza już utrwaloną muzyką - dwóch z pośród trójki EL&P, gdyż najpierw Emerson (zmarł 11 marca 2016 r.) a następnie Lake ( zm. 7 grudnia 2016 r.), udali się na wieczny koncert do samego Stwórcy.