niedziela, 18 czerwca 2017

DEEP PURPLE – Made In Japan ( Purple Records 1972)

Głęboka Purpura zawitała ponownie do Polski. Dzięki bliskiemu kumplowi (bratniej duszy) ponownie dałem się namówić na ich koncert. Co by dużo mówić... Naprawdę nie żałuję, że już trzeci raz miałem wielką przyjemność uczestniczyć w ich występie. Powiem więcej, niech żałują Ci, co nie byli teraz albo kiedykolwiek. Deep Purple to jazda obowiązkowa dla wielbicieli rocka. Żywa legenda, dobiegająca już kresu koncertowego swego żywota, przynajmniej jeśli wierzyć nazwie aktualnego, pożegnalnego i ogólnoświatowego tournée (Goodbye Tour). Daj Boże niech każdy kończy swoje zawodowe istnienie w ten sposób. Z tak potężnym przytupem i niebywałym wdziękiem towarzyszącym wybrańcom rockowego panteonu. Bez bufonady, z dystansem, bez odrywania kuponów dawnej chwały. Wciąż cieszą zmysły. Poruszają emocje. Powodują fale wzruszeń i obezwładniają własną czystą szczerością. Chciałoby się rzec: niech tak nie ustają w swojej trasie koncertowej i wciąż na nowo pobudzają wyobraźnie odbiorców tej niesamowicie smacznej muzycznej strawy.

Pierwszy koncert Deep Purple zaliczyłem 23 września 1991 r. w Poznańskiej Arenie. Tak się składa, że był to pierwszy występ legendy w Polsce. W końcu pojawili się u Nas, choć słuchano ich w Polsce, z tego co wiem, od początku lat siedemdziesiątych. Niestety mur dzielący ówczesny świat, utrudnił Ich wcześniejszą obecność w naszej ojczyźnie. Nie był to występ w szczycie ich kariery. Nawet personalia mogły pozostawiać wiele do życzenia, nie ujmując nic muzykom ówczesnego składu zespołu. Wtedy wokalistą był znany już z formacji Rainbow Joe Lynn Turner. Z drugiej strony ciągłe zmiany personale Deep Purple stanowią jakby naturalną metamorfozę w całym ciągu kariery formacji. Bo przecież tych wersji składów było bez liku. Począwszy od  pierwszej z Rodem Evansem na wokalu, a skończywszy na Donie Airey’u obsługującym klawisze po odejściu na wieczny odpoczynek niezapomnianego Johna Lorda. Występ był znakomity i nawet wokalista Joe Lynn Turner stanął na wysokości zadania, a sam Ritchie Blackmore dwoił się i troił dając niewątpliwy popis wirtuozerii. Dobrze pamiętam jak niczym walec drogowy przejechał po nas Perfect Strangers, czy oszołomił spontaniczny Black Night



Kolejna, moja druga styczność  z purpurowymi to kontakt z bodajże najbardziej wytrawną konstelacją zespołu w Zabrzu, ostatniego dnia października 1993 roku. Już wcześniej wspominałem ten koncert przy okazji omawiania Machine Head. Żeby w pełni oddać wrażenia z tamtego jesiennego wieczoru, trzeba przenieść się te prawie ćwierć wieku wstecz. Totalny odlot. Koncert marzenie. Niezapomniane wrażenia. 

No i przyszła pora na ten najbardziej aktualny, który miał miejsce w Łodzi 23 maja 2017 r. Właściwie, myślę  że każdy obecny w Hali Atlas Arena otrzymał co chciał. Kawał solidnej dawki purpurowej muzyki. Od promocji nowych kawałków aż do poruszających starych klasyków: Fireball, Bloodsucker, Strange Kind Of Woman, Space Truckin’, Lazy, Perfect Strangers czy Hush i Black Night. Muzyka co się zowie!



Na kanwie moich własnych wspomnień z koncertów Deep Purple, piszę dziś o koncercie, którego zarejestrowana ścieżka na trwałe weszła do kanonu gatunku.
Made In Japan, jak sam nazwa wskazuje, stanowi rejestrację koncertów z kraju kwitnącej wiśni 45 lat temu. Wydaje się szczytem skondensowanej energii zespołu. W sierpniowe wieczory 1972 roku, w stolicy Japonii i Osace purpurowym udało się uwolnić niewiarygodną moc z towarzyszącą jej permanentną precyzją wykonawczą. Nie jest to absolutnie li tylko błahy dźwiękowy strumień przeznaczony wyłącznie dla najbardziej zagorzałych wielbicieli takiego grania. Jest to nadzwyczajna totalna jazda,  perfekcyjnie wkomponowana w ramy hardrockowej konwencji. Niebotyczny poziom techniczny poszczególnych purpurowych  muzyków,  wzmacnia porażająca dramaturgia wykonawcza. Z pewnością w tym wypadku grupa wybitnie dogadza słuchaczom. Całość, mimo upływu wielu lat, wciąż brzmi odpowiednio ostro i dynamicznie. Żyleta! Tak nad podziw dosadnie z potężnym wykopem! Do tego ukazuje bezgraniczną wyobraźnię, nieskrepowaną kreatywność i co za tym idzie bezsprzeczną klasę zespołu. Podwójna płyta, obwołana absolutnie rockowym majstersztykiem, znalazła się zasłużenie w zbiorze najlepszych albumów cięższej odmiany rocka nagranych na żywo.



A jednak muzycy początkowo nie byli do niej specjalnie przekonani. Do tego stopnia, że album miał być wydany jedynie w kraju samurajów. Wokalista Ian Gillan miał tu spore wątpliwości do jakości własnego głosu z powodu towarzyszącego koncertom pechowego zapalenia oskrzeli. O zgrozo! Ponoć ani razu w całości nie wysłuchał Made In Japan, co na pewno stanowi dosyć oryginalne kuriozum z punktu widzenia miłośników twórczości Deep Purple.
O zawartości napisano zapewne całe tony analiz i wszelakich recenzji, ale warto zaakcentować, że utwory znane z krążków studyjnych stanowiły fundament do szerszych, scenicznych interpretacji. Kawałki dobrze znane i osłuchane z wcześniejszych płyt, a wykonane podczas koncertów, zabrzmiały odmiennie i co za tym idzie dostarczyły zupełnie innych wrażeń. Generalnie punkt ciężkości spoczywał na indywidualnych, porywających popisach i improwizacjach wszystkich muzyków. Mamy tutaj cały wachlarz artystycznych atrybutów brytyjskiego kwintetu.



Wysmakowana solówka Blackmore'a w Highway Star, czy też napędzający bas Glovera w przytoczonym utworze, świetne popisy Iana Paice'a na perkusji w The Mule. Efektowne dialogi gitarowo-organowe w rockowym hymnie Smoke On The Water, świetne gitarowo-wokalne dialogi w Strange Kind Of Woman. Uroczo bluesujący Lazy. Totalnie rozimprowizowany, najmocniejszy, najbardziej rozpędzony i zagrany z wyjątkową dzikością i drapieżnością Space Truckin' to coś co już na zawsze zapada w pamięci. A przysłowiową wisienką na torcie w większości kompozycji stanowią instrumentalne droczenia Lorda z Blackmore'em, do których z pełnych pasji popisami wokalnymi dołącza charyzmatyczny Ian Gillan. Wyraźnie da się odczuć, że muzycy grupy rozumieli się bez zbędnych słów, przy tym świetnie bawili się wspólnym graniem.

Made In Japan to idealny wizerunek drugiego wcielenia Purpli i to w punkcie kulminacyjnym zarówno artystycznej formy jak i niegdysiejszego, przeogromnego uwielbienia ze strony szalejącej na ich punkcie publiczności. Wstyd nie znać!




poniedziałek, 29 maja 2017

PORTER BAND – Helicopters (Pronit 1980)



Istnieją różne teorie na życiowe losy każdego z nas. Jedne głoszą, że nasz byt jest zdeterminowany całkowitym przypadkiem, zupełnie ślepym trafem losu. Druga natomiast głosi, że nad ciągiem życiowych zdarzeń w istocie rządzi przeznaczenie. Istnieje też bardziej racjonalna dewiza, że wszystko jest związane z całym zbiegiem logicznych czynników i następstw. Tak czy inaczej, los Jana z Walii jest co najmniej ciekawy. Mianowicie John Porter, bo o Nim będzie mowa, znalazł się w kraju z godłem białego orła na czerwonym tle… No właśnie, czy przypadkiem?

Szukając swojego miejsca w świecie, poprzez zachodnią Europę (Berlin Zachodni), przeszło 40 lat temu dotarł do nadwiślańskiego kraju. Nasz Bohater mimo własnych chęci do wolności znalazł się za tą „nieszczęsną” żelazną kurtyną praktycznie mimowolnie. Demokracja Ludowa nie dopuszczała do eksponowania zbyt swobodnych artystycznych przejawów aktywności. Pomimo tego sami ludzie, którym trudno było odnaleźć się w tej siermiężnej codzienności, potrafili spontanicznie i wzajemnie się wspierać we wspólnych przejawach działalności, także tej artystycznej. Być może ta właśnie serdeczna atmosfera kontestatorów, także komunizmu, przypadła do gustu przybyszowi z Wysp Brytyjskich, gdzie mniemam nie za bardzo mógł sobie znaleźć miejsce ze względu na silne poczucie rywalizacji i konkurencji w zachodniej części świata. Pozornie obca i absurdalna sytuacja w Polsce przyciągnęła Johna do spędzenia reszty życia w naszym kraju. Jak to często bywa dodatkowym motywem pozostania w PRL-u stała się swojska dziewczyna znad Wisły. Podobno „potopowa” Oleńka Bilewiczówna w osobie Małgorzaty Braunek, która jak nie trudno zgadnąć po prostu zawróciła w głowie Walijczykowi (inne źródła podają, że była to inna, anonimowa Aleksandra).



Po tym, wszystko nabrało rozpędu i poprzez przygodę z tworzeniem legendarnego Maanamu (jeszcze pod nazwą Maanam Elektryczny Prysznic), zakończyło się wybornym, przykuwającym uwagę, debiutem pełnym dynamiki oraz zadziorności. O oczywistych i zdaje się wyświechtanych sprawach nie będę pisał, jakie to przełomowe, czy wiekopomne dzieło stworzył Porter ze swoimi kolegami. Raczej skupię się na debiucie Johna Portera, do którego doszło niejako ad hoc, kiedy to na zaplanowany koncert Maanamu, w maju 1979 we Wrocławiu, nie stawili się państwo Olga „Kora” i Marek Jackowscy. Zniecierpliwiony i zniesmaczony takim obrotem sprawy, John Porter zaangażował dolnośląskich muzyków do swojego przedsięwzięcia, tj. gitarzystę Aleksandra Mrożka, basistę Kazimierza Cwynara i perkusistę Leszka Chalimoniuka, z którymi dokonał tego nagrania. Całokształt ich pracy wygląda trochę jakby obco. Nagrania nie przystające do rodzimych artystów. Co ciekawe, nie tyle w zakresie produkcji, która niestety według wielu pozostawia wiele do życzenia, co poprzez cały zakres świeżych środków artystycznego wyrazu jak brzmienie, barwa i ten nieuchwytny element zwany unikalnym feelingiem.

Zawadiacki, jeszcze młodzieńczy i niedojrzały, miejscami niestabilny wokal Portera pomimo oczywistych mankamentów może zjednać sobie wielbicieli. Może to dziwne, ale mi to nie przeszkadza. Powiem wprost. Te okoliczności również związane z niedoborem sprzętowym ówczesnych studiów nagraniowych, przy równoczesnym nagrywaniu prawie za jednym podejściem i całkiem live w studiu, wyłącznie potęgują surowiznę i ujmują szorstkością dźwiękowego manifestu zespołu Portera. Wbrew pozorom mimo wszystko to dość stonowany i dobrze spasowany kawał muzyki (w dziedzinie struktury, aranżacji, jak i tempa). Wciąż miło po lat się tego słucha. Efekt końcowy bez mała porusza, pomimo użycia tak skromnego wachlarza dostępnych środków technicznych. Odzwierciedleniem tego jest miedzy innymi dolatujący rumor związany z imitacją katastrofy tytułowego helikoptera. Imitowano ten efekt za pomocą rzucanych metalowych rekwizytów na schodach opolskiej rozgłośni radiowej. 



Co do kawałków zgromadzonych na krążku: już na dzień dobry mamy frywolny Ain't Got My Music, który obrazuje doskonale, co będzie grane w dalszej kolejności. Radosne i energetyczne zamiatanie aż miło. W następnych utworach dolatują do słuchacza bluesowo-rockowe nuty rockowe, nie odstające swą stylistyką od naprawdę dobrych wzorców ówczesnych zachodnich twórców rockowych (np. Thin Lizzy). Z kolei opierający się skutecznie upływowi czasu rasowy, kipiący witalnością, a napisany pierwotnie dla grupy Manaam, I'm Just A Singer, zdaje się żyć wciąż podtrzymywany przez Portera w teraźniejszych popisach estradowych. Idealnie w całość wkomponowuje się odmienny, bujająco-balladowy Life z delikatnymi partiami gitary basowej i akustycznej, który z kolei tworzy kontrast dla chociażby lekko funkowego Garage. Wymieniam tylko te, które najbardziej utkwiły w pamięci, aczkolwiek wszystkie utwory tworzą znakomitą całość. W odróżnieniu od zjawisk efemerydalnych, jakim była pierwsza formacja – kreacja Portera pod szyldem Porter Band, zupełnie nieprzypadkowa (czytaj niebłaha) muzyka pozostała ku uciesze, mam nadzieję, następnych pokoleń słuchaczy.





niedziela, 30 kwietnia 2017

EMERSON, LAKE & PALMER – Tarcus (Island 1971)

Pamiętam jak wpadła mi ta płyta w ręce. Właściwie jej kompaktowa wersja. Początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy chłonąłem jak gąbka nowo poznane dźwięki. Jednak z początku miałem ambiwalentny stosunek do tej, jakby nie było, ciekawej muzyki. Przyzwyczajony do tradycyjnego instrumentarium, brakowało mi dominacji wiodącego instrumentu rocka jakim jest gitara. Choć w epizodycznej formie usłyszymy tutaj jej dźwięki. Bez niej, z pozoru ta muzyka brzmiała jakby samochód pozbawiony kół, czy samolot bez skrzydeł. Jednak deficyt gitary nie zgasił mojego zapału wgłębiania się  w dźwiękową progresję trzech brytyjskich muzyków. Powoli, sukcesywnie przegryzałem się przez świat dźwięków tria. I po latach muszę stwierdzić, że album ten jest niezwykle intrygujący. A niedobór gitary tylko umacnia, pewnie nie tylko moje przekonanie, o odosobnionym, a tym samym zajmującym dziele Emerson Lake & Palmer.
Drugi album grupy to pomysłowy i inteligentny efekt kompromisu indywidualnych inwencji oraz ambicji artystycznych poszczególnych członków grupy. Dla mnie bez słabych punktów. Nieprzerwany przepływ świeżych i ekscytujących pomysłów. Z drugiej strony, tak właściwie twórczość EL & P jest uosobieniem tego wszystkiego, czym gardzi pierwowzór prostego rock and rolla. Bez większego nadstawiania ucha wydaje się napuszona, wydumana, arogancka, a nawet pompatyczna. Równocześnie pozbawiona spontaniczności i młodzieńczej frywolności, czyli atrybutów buntowniczego rock&rollowego pierwiastka.



Lecz w wypadku tego brytyjskiego tria to raczej komplement niż zarzut. To barwna kraina cudownych dźwięków zahaczających o artyzm. Z dominantą nieprzerwanie pojawiających się, ekspansywnych, ekscytujących i nieograniczonych pomysłów, osadzonych w unikalnie telepatycznym porozumieniu między trzema znakomitymi muzykami. Przy tym bogata w techniczne rozwiązania kompozytorskie odzwierciedlone w biegłości i wirtuozerii wykonawczej. Bo chyba jedynym odpowiednikiem geniuszu gitary Jimiego Hendrixa pozostanie już na zawsze grający na instrumentach klawiszowych nieodżałowany, a zarazem niesamowity Keith Emerson, rozwijający swoje muzyczne fascynacje w formacji The Nice, a kontynuowane w EL&P. Muzyk obdarzony zabójczą zdolnością perfekcyjnej gry niezależnie prawej i lewej ręki. Nie jestem znawcą teorii muzyki, więc nie będę wgłębiać się w analizę podziałów parzystych czy nieparzystych, czy też badaniem odgrywania kwint lub kwart. Raczej słucham muzyki poprzez emocje, które towarzyszą nieodłącznie dźwiękom Emersona. Serce na dłoni. To wyraźnie słychać!



Natomiast widowiskowe występy Keitha i kolegów z zespołu stanowiły niesamowite misterium. Te jego popisy wraz z tańcem furiata przy, czasem demolowanych, organach Hammonda, na stałe przeszły do historii koncertów muzyki rockowej. Wszystko to objawia się we wspomnianym bezmiarze organowych dźwięków, fal syntezatorów Mooga i sążnistych pochodów basowych Grega Lake’a. Nagle wszystko wybucha i ustępuje partii salw rozproszonych bębnów Carla Palmera (ex - Atomic Rooster) i ponownie tętniących życiem pasażów organowych Emersona. Do tego niezwykle zmiany tempa i towarzyszące temu znakomite partie wokalne G. Lake’a, tak na marginesie pamiętnego wokalisty pierwszego wcielenia King Crimson.

Sam tytułowy wielowątkowy Tarkus został opatrzony dosadnym słownym komunikatem, który staje się poruszającym, antywojennym manifestem, przeciw przemocy, a czasami niepokojącą opowieścią o konflikcie i utracie człowieczeństwa w świecie zmierzającym do pogardy ludzi i nieskończoności okrutnych zbrodni niezmiennie towarzyszących światu. W sposób nowatorski opowiada o ewolucji wstecznej rozpoczętej zagładą nuklearną. Dla przeciwwagi dla tak poważnego tematu, muzycy w pozostałych kompozycjach zawarli nieco inny nastrój zahaczający o humor (Jeremy Bender), a nawet rześki, typowy rock and roll (Are You Ready Eddy?).

Jest to album, który definiuje erę, gdy wszystko wydawało się możliwe i kiedy muzyka zdawała się największą bronią przed złem tego świata. Nic dziwnego skoro byli na szczycie młodzieńczego szczytu frapującej twórczości łączącej niby nie pasujące do siebie gatunki: rock, jazz i muzyka klasyczna.
Żeby skutecznie sprostać zadaniu poznania, a następnie zrozumienia zawartości takiej dawki muzyki należy bezwzględnie porzucić wszelkie uprzedzenie. Jeśli jesteśmy zdolni otworzyć swój umysł wystarczająco szybko, zapewne zrozumiemy jak wartościowy jest ten album.
No i ta charakterystyczna, zapadająca w pamięci okładka, z wizerunkiem fantazyjnego, zwierzęcia zwanego pancernikiem, pospołu z czołgiem, jakby z pól bitewnych I wojny światowej.
Kończąc ten wątek dodam, że pierwotnym założeniem zespołu było wydanie suity Tarcus wspólnie z własną wersją Obrazków z Wystawy rosyjskiego kompozytora Modesta Musorgskiego w formie jednego wydawnictwa. Jednak ten odważny pomysł pod wpływem wydawcy został podzielony na dwie oddzielne płyty wydane jedna po drugiej.



Może to się wydać dziwne, a nawet niedorzeczne, ale… muzyka ukazana na albumie jest zarazem fascynująca i potężną, pomysłowa i odważną, a przede wszystkim stanowi artystyczną wykładnię talentu zespołu, który podobno nie był nigdy ostoją zbyt zażyłej przyjaźni i zrozumienia, a stanowił jedynie spotkanie nietuzinkowych muzyków, połączonych artystyczną wizją. Niezmiernie żal, że już nigdy ich nie usłyszymy, oczywiście poza już utrwaloną muzyką - dwóch z pośród trójki EL&P, gdyż najpierw Emerson (zmarł 11 marca 2016 r.) a następnie Lake ( zm. 7 grudnia 2016 r.), udali się na wieczny koncert do samego Stwórcy.



piątek, 14 kwietnia 2017

SIMON & GARFUNKEL, DAVE GRUSIN ‎– The Graduate, Original Sound Track Recording (Columbia 1968)

THE GRADUATE - reż. Mike Nichols (Embassy Pictures 1967)

"What happened between Mrs. Robinson and me was nothing. It didn't mean anything. We might just as well have been shaking hands." *
Benjamin Braddock

Jakby tu zacząć? Żeby nie popaść w schemat. Przecież to kultowy obraz amerykańskiego kina! Rewelacyjna gra aktorów poparta pełnymi brawury zwrotami akcji oraz kapitalnymi i często błyskotliwymi dialogami. Nieziemski scenariusz i wybitna reżyseria. I tak dalej, i tak dalej... Pomimo próby ucieczki od tego typu sloganów trudno nie oprzeć się podobnym odczuciom krytyków w ich bałwochwalczym tonie. Chociaż bym się zaklinał, to niewątpliwie bardzo ciężko nie poprzeć wielu wyrazicieli podobnie pozytywnych opinii wobec tego filmu. Właściwie dzieła filmowego przez wielkie D!

„Absolwent” stanowi jeden z pierwszych filmów kontestacji lat sześćdziesiątych. Film mówi o niewidzialnym murze dzielącym pokolenia. To opowieść o młodych, wkraczających w dorosłe życie jednostkach, uzurpujących sobie prawo do suwerennych poglądów. To także w puencie, niezależna wizja młodego człowieka próbującego żyć na własną rękę, co powoduje, że jest niezmiennie uniwersalnym i wciąż ponadczasowy dla ludzkiego żywota. To nietrywialna, obyczajowa opowieść o zawiłych i niejednoznacznych relacjach międzyludzkich, która mimo że powstała już pół wieku temu, odważnie opiera się próbie czasu i wciąż wzbudza emocje u kolejnych generacji widzów. To coś więcej niż idea, którą niesie fabuła. To również walory reżyserii, wyborna kreacja Anne Bancroft (Mrs. Robinson) i Dustina Hoffmana (Benjamin Braddock).

Wiodącym motywem fabuły są dwa odrębne światy zachodzące na siebie. Z jednej strony główny bohater, świeżo upieczony absolwentem college’u stojący u progu faktycznie dorosłego życia. Jednak to samo życie pełne hipokryzji okazało się prawdziwą szkołą przetrwania. Natomiast z drugiej strony funkcjonuje mieszkająca w sąsiedztwie żona wspólnika rodziców Benjamina. Zblazowana, majętna i podstarzała pani Robinson, nie znajdująca satysfakcji we wspólnym życiu u boku męża. Poszukująca „niezdrowych” wrażeń, skutecznie uwodzi młodego absolwenta elitarnej szkoły. Odarty z niewinności młodzieniec stara się sprostać wszystkim oczekiwaniom pani w średnim wieku. Wkrótce zaczyna dostrzegać sztuczność i zakłamanie niemoralnych dorosłych. W końcowym etapie romansu, przebiegła i konformistyczna sąsiadka dowiaduje się, że jej młody adorator, nie do końca pozbawiony wrażliwości, darzy prawdziwym uczuciem miłości jej… córkę(!) w rolę której wcieliła się urocza Katherine Ross. Niezły ambaras! Trzeba przyznać.


Gwoli uzupełnienia warto podać kilka ciekawych informacji towarzyszących filmowi. Kinowy Absolwent to w istocie ekranizacja powieści Charlesa Webba. Za prawa do adaptacji na potrzeby filmu, którego producentem okazał się Lawrence Truman, zapłacono kilkadziesiąt lat temu zaledwie jeden tysiąc dolarów. Trzeba przyznać, że niewielka to suma w stosunku do renomy jaką osiągnął film. Żeby tego było mało - początkującego aktora, Dustina Hoffmana, z dnia na dzień uczynił gwiazdą wielkiego formatu. Natomiast Mike Nichols stał się dzięki filmowi jednym z najbardziej cenionych i wziętych reżyserów Hollywood. Wyraźnym plusem filmu są także pełne dynamiki, doskonale komponujące się z postawą i ekspresją głównych postaci filmu, zdjęcia autorstwa operatora Roberta Surteesa. Ponadto Absolwent otrzymał aż 6 nominacji do Oscara, w kategorii film, aktor, aktorka, aktorka w roli drugoplanowej, scenariusz adaptowany, zdjęcia, z czego uzyskał jedną statuetkę za najlepszą reżyserię. Dodatkowo zgarnął aż 25 nagród w różnych innych plebiscytach! W tym główną nagrodę Grammy za najlepszą oryginalną ścieżkę dźwiękową napisaną dla filmu kinowego.

Wielkim plusem filmu jest jego oprawa dźwiękowa. Głównym autorem soundtracku jest duet Simon & Garfunkel, któremu praca przy filmie przyniosła olbrzymi rozgłos i popularność. W zasadzie ich wkład ograniczył się do napisania dwóch nowych piosenek wraz z ich wersjami instrumentalnymi. Pozostałe pochodzą z ich wcześniejszych albumów, które mocno przypadły do gustu Nicholsowi. Typową ilustracją filmową w postaci krótkich etiud zdominowanych przez muzyczną, jazzującą podróż, taką trochę z przymrużeniem oka, niczym z okresu lat 20-tych i 30-tych XX wieku, wspiera ich z kolei Dave Grusin. Pozornie utwory Dave’a wywołują silny kontrast stylistyczny z piosenkami duetu, ale jako frapujące uzupełnienie dźwiękowe i tło do poszczególnych sekwencji filmowych, zdają egzamin celująco. Znakiem rozpoznawczym soundtracku są dwa wielkie przeboje: Sound of Silence i Mrs. Robinson. Brzmienie ciszy pojawia się w filmie aż trzy razy, podczas gdy na ścieżce dźwiękowej pojawia się dwukrotnie. W tym pierwszym przypadku na wstępie usłyszymy oficjalną wersję, z dominującą gitarą elektryczną, wyraźnym basem oraz zapadającą w pamięci perkusją. Kompozycja ta również zamyka album, gdzie aranżacja jest zdecydowanie ascetyczna, posiada przestrzenne wokale oraz pierwszorzędną gitarę akustyczną.


Drugi utwór także pojawia się na krążku dwukrotnie. Pierwszy raz w mniej znanej, uszczuplonej wersji prawie pozbawionej słów, poza nastrojowymi wokalizami. Po raz drugi - z wyeksponowaną rytmizującą gitarą akustyczną w wersji zbliżonej do tej najbardziej znanej singlowej, z odśpiewaną jedną zwrotką utworu. Pełna wersja ukazała się dopiero na wspomnianym, odrębnym singlu i zawładnęła listy przebojów na całym świecie. Jest jeszcze jeden zapadający w pamięci. Scarborough Fair. To tutaj w całej okazałości nastrój i tembr głosów Paul Simona i Arta Garfunkela wraz z wtórującymi im instrumentami, jest iście balsamiczny. Dolatujące delikatne dźwięki cymbałków, dostojność brzmień klawesynu oraz zwiewna gitara, mogą działać jak okład na skołatane zdrowie potencjalnego, niedomagającego odbiorcę. Doprawdy relaksuje bez zbędnych zawiłości. Prosto i dosadnie, lecz z dużą dozą subtelności. (Jak w tej reklamie leku na żołądkowe przypadłości – zdecydowanie i delikatnie ;-)).

Szczerze mówiąc moje nawiązanie do obrazu Nicholsa stało się pretekstem do obowiązkowego wspomnienia muzyki dwóch niebanalnych amerykańskich artystów. To próbka sporych możliwości duetu, zarówno przed filmem jak i po filmie, wspaniale ujęta jest w dość bogatym dorobku płytowym. Tak właściwie każda płyta Simona i Garfunkela zasługuje na szczególną uwagę. Do czego gorąco namawiam. 

And the people bowed and prayed
To the neon god they made.
And the sign flashed out its warning,
In the words that it was forming.
And the sign said,
the words of the prophets are written on the subway walls
And tenement halls.
And whisper'd in the sounds of silence.


* ps. „To, co zaszło pomiędzy panią Robinson a mną, było bez znaczenia. Jak uścisk dłoni”.
Benjamin Braddock




niedziela, 19 marca 2017

ROBERTA FLACK - Killing Me Softly (Atlantic 1973)

Pewnie część czytelników osłupieje ze zdziwienia widząc… kogo to ja przedstawiam na blogu?! Twórczość tej pani zdaje się zbyt łagodna, zahaczająca o muzykę popularną, a nawet pozornie estradową, rodem z letnich festiwali typu Sopot, czy inne San Remo. Może i tak, ale czasami trzeba posłuchać jakiejś lżejszej nuty, szczególnie zaopatrzonej w wielki znak jakości Q.

Poetycko brzmią słowa „Singing my life with his words”, zwłaszcza kiedy wyśpiewane są przez Robertę Flack. Sama kompozycja zupełnie inna od oryginału Lori Lieberman w pełni zawładnęła serca wielu słuchaczy na całym globie. I bardzo słusznie gdyż wykonanie pani Flack jest po prostu totalnie zabójcze. Gdzieś wyczytałem, że w tym utworze właściwie wszystko jest… zabójcze. Począwszy od tytułu, poprzez brzmienia i słowa, a skończywszy na odbiorze tak, że się wyrażę… zabójczo cudownej muzyki. Pani Flack robi to tak dobrze, że każdy słuchacz pomyśli, iż piosenka została napisana absolutnie tylko dla niego. Ujmuje nieziemskim spokojem i łagodnością. Roberta Flack próbuje przekazać istotę utworu bez specjalnego wysilania się na sztuczną oryginalność. Rezultatem tego jest pewien rodzaj czystości, która jest rzadko słyszana wśród całej gamy wokalistów, gdzie jazz zdaje się stać na pierwszym miejscu w stosunku do oczywistej i naturalnej obecności pozostałych nieodzownych gatunków jak gospel, soul i blues.


Jak legenda głosi, w 1973 roku artystka lecąc samolotem z Los Angeles do Nowego Yorku, usłyszała utwór w pierwotnym wykonaniu autorki kompozycji Lori Lieberman - Killing My Softly With His Song, dedykowanej innemu, chyba nieco zapomnianemu pieśniarzowi Donowi McLeanowi. Tak zauroczona ową piosenką postanowiła bezzwłocznie wziąć ją na warsztat. Po trzymiesięcznym szlifowaniu w studiu nagraniowym w końcu usatysfakcjonowana nadanym kształtem finalnej wersji, zarejestrowała ją. Decyzja ta okazała się niewątpliwym sukcesem w postaci sprzedanych, w szybkim tempie, pół miliona egzemplarzy i to nie tylko za sprawą doskonałego tytułowca. Wkrótce nowo wydany album nominowany zostaje do nagrody Grammy i zaledwie rok od wydania uzyskuje tytuł płyty roku w wymienionym plebiscycie. 

Roberta we wszystkich zawartych na albumie utworach, ukazała własne subtelne, łagodne, aczkolwiek wysoce wysmakowane muzyczne oblicze. Jej stonowana, oszczędna i emocjonalna interpretacja, wyśmienicie pasowała do melancholii ballad zawartych na albumie wydanym niemalże 44 lata temu. Trzon utworów stanowiły magicznie spokojne, kojące i niezwykle misternie zaaranżowane piosenki o nader refleksyjnym nastroju. Tym sposobem Flack potwierdziła uznanie na całym świecie, jako wokalistka obdarzona pięknym głosem (kontralt), ale też wytrawna pianistka, akompaniująca sobie w tych niezwykle onirycznych utworach. To tak jakby nic nie stało pomiędzy odbiorcą, a sensem przekazu dźwiękowego autora. Roberta zdaje się być wyłącznie nadajnikiem, który oddaje się bez reszty we władanie utworów, dzięki czemu nie tylko emituje dźwiękową esencję, ale zarazem staje się jej częścią. Jej śpiew, rozciągający się od miękkiego szeptu do dynamicznych, uduchowionych tekstur wokalnych, charakteryzuje się całkowitą kontrolą nad linią melodyczną, z okolicznymi ozdobami, wygenerowanymi osobiście przez wykonawczynię na instrumentach klawiszowych. Te zdolności nie wzięły się znikąd. 

Roberta Flack urodził się w Black Mountain w Karolinie Północnej 80 lat temu. Inspirowana przez jej ojca, kościelnego organistę, rozpoczęła grę na fortepianie w bardzo młodym wieku, aby w późniejszym okresie życia uzyskać stypendium muzyczne na waszyngtońskim Howard Univercity. Nabyte umiejętności następnie wykorzystała w krótkiej pracy zawodowej pedagoga muzycznego jednej ze szkół średnich w swoich rodzinnych stronach. W 1968 roku powraca do stolicy USA, aby zdobywać doświadczenie, występując w różnego rodzaju klubach. Ten owocny etap życia wieńczy zawodowym kontraktem, ze znaną wytwórnią Atlantic Records, który pozwolił wypłynąć jej na szerokie wody.

W epilogu trzeba przypomnieć, że większość z nas zna tytułową kompozycję z wykonania Lauryn Hill z zespołem The Fugees. Sądzę, że ta wersja, skądinąd miła dla ucha, jednak przepada w konfrontacji z nieziemską interpretacją Roberty. 




środa, 8 marca 2017

JOHNNY WINTER - Johnny Winter (Columbia 1969)

Winter jawi się jako interesujący fenomen i to nie tylko ze względu na swój wygląd, ale przede wszystkim na niezwykłe umiejętności gry na gitarze, a także charakterystyczny głos. Albinos nazywający się Janek Zima. Trzeba przyznać, że brzmi niezwykle trafnie. Nazwisko doprawdy pasuje do Niego jak ulał. Pomimo, że tak powiem, dość mroźnego nazwiska, prezentował iście gorącą i żarliwą muzykę zarówno w warstwie dźwiękowej, jak i literackiej. Toż to przecież blues co się zwie! Następna rzecz, iście przewrotna, to kolor jego skóry. Blada karnacja, prawie przezroczysta, co jest totalnym przeciwieństwem czarnego bluesmana. Gdyby identyfikować go na podstawie granej muzyki, a nie wyglądu, to bardziej przypomina Afroamerykanina, niż białego jak śnieg chudzielca. A że gawiedź zawsze lubiła ekstra zjawiska, od razu kupiła Go z całym niewiarygodnym obliczem. Fizjonomia Wintera okazała się atutem reklamowym. „Blada twarz” z lekkim zezem, wykonująca najczarniejszego bluesa. Strzał w dziesiątkę! To wszystko złożyło się na to, że natychmiast stał się bardzo rozpoznawalny. Żeby tego było mało, to w dodatku fenomenalnie poczynał sobie na gitarze i z podobnym efektem śpiewał zachrypniętym głosem, interpretując bluesowe hymny czarnych pieśniarzy. Teksańczyk grający z serduchem. Wirtuoz śmigający na gitarze bez zbędnego wygładzania, słodzenia i umizgiwania publice. Taki do spodu szczery muzyczny prawdziwek.

John Dawson Winter III był samoukiem zaczynającym na ukulele. Na własną rękę wspinającym się po szczeblach popularności. Przedstawicielem szkoły amerykańskiego południa, sięgającym swoich inspiracji w przaśnych jug bandach, pogrywających w szemranych spelunkach. Wirtuozem – naturszczykiem, prostym chłopakiem z sąsiedztwa, bluesrockowym pierwowzorem. Grał tak, jak gdyby wcale się do tego nie przykładał, a nawet jakby nigdy się tego rzemiosła nie uczył. Posiadając w dyspozycji szablon zagrywek – dźwiękowych rozwiązań, wzbogacał własny dorobek licznymi interpretacjami klasycznych bluesów, nie rzadko opartych na przenikającym do szpiku kości, jasnym, ostrym i metalicznym brzmieniu. Jego gra, zaopatrzona w osobisty pierwiastek, eksponowała bluesa tego samego, co czarnoskórzy pionierzy gatunku. Właśnie im, w całkiem pokaźny sposób, oddał hołd wykonując obok swoich autorskich kawałków (m.in. z towarzyszeniem legendarnego Willie Dixona w kompozycji Mean Mistreater) także kompozycje mistrzów gatunku: B.B. Kinga Be Careful with a Fool, Sonny’ego Boya Williamsona Good Morning Little School Girl, Roberta Johnsona When You Got a Good Friend, Lightnin'a Hopkinsa Back Door Friend, by wymienić bardziej słynnych.


Ważny, emocjonalny gitarzysta, uchodzący za wpływowego propagatora i championa techniki bottleneck. Nie był żadnym muzycznym prekursorem, nie stworzył żadnego nowego stylu. Za to niebywale umocnił istniejący, rozpowszechniając go wszem i wobec ku uciesze i wyraźnej aprobacie wielbicieli gatunku. Przy tym stwarzał wrażenie jakby nigdy nie zabiegał o pozycję gwiazdy rocka, choć zapewne otarł się o taki status, pozostając zawsze wierny bluesowej estetyce. Warto zaznaczyć, że jego kariera zatoczyła w pewnym momencie krąg. Zrobił to w iście mistrzowskim stylu grając, rejestrując i produkując płyty jednego ze swoich mentorów – Muddy Watersa (Hard Again, I’m Ready i Muddy Mississippi Waters Live). Trzymał frazę i zaiwaniał. Płynność, naturalność. Poczucie rytmu, harmonii, melodii za skarby nieosiągalne, poza nielicznymi wyjątkami, dla reszty gitarzystów. Bez dwóch zdań kompletny artysta w bluesowej konwencji. 


Jako wielbiciel takiego grania, myślę, że jedyną ujmę jaką mogę znaleźć na tej płycie jest jej stanowczo za krótki czas trwania. Tylko trzydzieści parę minut zawsze pozostawia niedosyt. Dla fanów bluesa, czy bluesrocka jest to album, który powinien być przynajmniej raz w życiu obowiązkowo odsłuchany. To sprawi, że zrozumiecie dlaczego Johnny Winter to prawdziwa legenda, niestety często niedoceniana. Gitarzysta zarówno elektryczny, tak bardzo kojarzony z gitarami Gibson, jaki i akustyczny - nie stroniący od instrumentów rezofonicznych. Spajający nieodzowną dla bluesa chropowatą korzenność z niezbędnym dla amerykańskiego rocka kowbojskim wigorem. Aż serce rośnie, gdy słucha się tego soczystego grania. Dusza bluesa jest tu wszechobecna. Porcja błyskotliwej i niezwykle płynnej muzyki w doskonałym wykonaniu najbardziej białego z białych bluesmenów, wykonującego najczarniejszego bluesiora. Nie tylko dla koneserów to wielka gratka. Takie pole position na bluesowym firmamencie.


poniedziałek, 13 lutego 2017

BREAKOUT – Blues (Polskie Nagrania 1971)

„…nie czuje się żadnym bluesmanem. To czysty przypadek, że pierwszy u nas nagrałem tę, nazwijmy bluesową płytę…” (Tadeusz Nalepa) 

Bez tego tytułu, pewnie jak wielu z Was, nie mógłbym się obyć. Blues Breakoutów towarzyszył mi zawsze. Nawet wtedy, gdy o bluesie jako gatunku nie miałem zielonego pojęcia. Tak się złożyło, że ta płyta była w moim domu zawsze odkąd pamiętam. Najpierw stanowiła własność mojego ojca, który nabył ją gdy miałem roczek, dokładnie w czasie premiery. Następnie przeszła w moje posiadanie, a właściwie to zabrałem ją z rodzinnego domu, bo jakoś nie sposób było mi obejść się bez jej bliskości. Już sobie wyobrażam jakie musiała robić piorunujące wrażenie w czasie ukazania się, poprzez silną, charyzmatyczną, momentami ostrą postać muzyczną, wyraźnie stojącą w kontrze do większości ugłaskanych, często błahych melodii, zalewających z każdej strony uszy spragnionych słuchaczy. No cóż, lata upływają, a płyta niezmiennie wywołuje ciary na plecach! Staruteńki analog. Grubaśny, ciężki winyl. Solidnie wytłoczony przez krajowego fonograficznego monopolistę tamtej epoki - Polskie Nagrania. Płyta skatowana na przeróżnym sprzęcie, pewnie począwszy od jakiegoś bambino 4 poprzez różnego rodzaje „patefonowe” ustrojstwa. Mimo tych 46 lat da się jej nadal słuchać, a trzaski i szumy tylko przydają uroku tej muzyce przez wielkie M.

Płyta marzenie, wyraźnie zainspirowana tym co się działo w muzyce na przełomie lat 60 i 70-tych po tamtej stronie muru dzielącego świat na ten niby przyjazdy człowiekowi, ludowi (to u nas) i na ten „zepsuty”, rozpasany, zachodni - rzekomo wrogi, ciemiężący i wyzyskujący jednostkę itp. Choć po prawdzie jako dziecko nie byłem tego za bardzo świadomy. A co za tym idzie, nie czułem tych uwarunkowań, gdyż z kolegami z podwórka bardziej zależało nam na pysznej zabawie w zimie na sankach, czy łyżwach, a w cieplejsze pory roku na zapamiętałej pogoni za grą w kapsle, czy też grze w gałę do upadłego! Co ciekawe, Nalepa bodaj nigdy nie zawracał sobie własnej „rozczochranej” sytuacją socjalistycznej rzeczywistości i skupiał się wyłącznie na własnej pracy twórczej, która sama w sobie stanowiła antidotum na egzystencjalne okoliczności. Chociaż ówczesna władza z pewnością odczuwała lęk przez długowłosym Nalepą, kojarzonym z „wrogim” zachodem, dając czasami temu wyraz poprzez narzucanie cenzury, czy też preparowanie pewnych ograniczeń w twórczości ojca polskiego bluesa.

W tym relatywnie odczuwalnym otoczeniu powstała perła, którą można postawić na równi z dokonaniami najlepszych na zachodzie. Już od początku słychać doskonałe wpływy bluesrockowych klasyków. Nie wiem jak do Was, ale do mnie dolatują echa twórczości Led Zeppelin, Cream (Oni zaraz przyjdą tu, Gdybym był wichrem), wczesnego Fleetwood Mac z Peterem Greenem (Co się stało kwiatom, Ona poszła inna drogą), Johna Mayalla (Kiedy byłem małym chłopcem), Ten Years After (Przyszła do mnie bieda), a także Free (Pomaluj moje sny, Usta me ogrzej), czy Chicken Shack (Dzisiejszej nocy).

Muzycznie rzecz „kładzie na łopatki” jako całość. Utrzymana od deski do deski w jednorodnym stylu. Surowe, ale też ciepłe brzmienie, połączone na przemian z szorstkością oraz łagodnością gitar. Pomysłowe riffy, jak i dźwięki nieodłącznej harmonijki, można zestawić bez żadnego obciachu z dorobkiem światowych koryfeuszy rocka (bardziej znanych krajów anglosaskich związanych z rozwojem muzyki).
No i oczywiście ten uroczy swojski fluid przewijający się dosłownie w każdym kawałku, za sprawą poezji wyrażonej w słowach Loebla. Dualizm stylistyczny (dźwięku i słowa) doskonale uchwycony nieśmiało dotychczas jedynie na koncertach grupy, w pełnej krasie rozkwitł właśnie na tym albumie. Od płyty nieustannie emanuje ta niewymuszona szczerość, ubrana w ludzkie uczucia, znakomicie odwzorowane we wrażliwych słowach zaufanego tekściarza zespołu - Bogdana Loebla, a otulona pledem dosadnego, jednocześnie subtelnego i zarazem surowego dźwiękowego feelingu, który ani na jotę nie zestarzał się pomimo upływu lat.

Gdybym był wichrem

Gdybym był rzeką, to przyszłabyś,
gdybym był morzem, to wierzę, że
ramiona fal bym otworzył
i ty byś się rzuciła w nie,
ramiona fal bym otworzył
i ty byś się rzuciła w nie

gdybym był wiatrem, to jeszcze dziś,
gdybym był ptakiem, to jeszcze dziś
przyniósłbym ci z nieba gwiazdę
i wtedy do mnie wyszłabyś,
przyniósłbym ci z nieba gwiazdę
i wtedy do mnie wyszłabyś

gdybym był wichrem, to jeszcze dziś
gdybym był burzą, to jeszcze dziś
porwałbym cię niby listek,
by aż do nieba ciebie nieść,
porwałbym cię niby listek,
by aż do nieba ciebie nieść,
jeszcze dziś, jeszcze dziś, jeszcze dziś, jeszcze dziś



Siła albumu tkwi, co wcale nie jest takie oczywiste, w odpowiednim doborze muzyków. Obok lidera, którego obecność uważam za bezdyskusyjną wartość, należy zwrócić uwagę na resztę. Bas obsługiwał Jerzy Goleniowski, perkusję Józef Hajdasz, harmonijkę ustną Tadeusz Trzciński, no i chyba ten najważniejszy obok Tadeusza Nalepy, zostawiający swoje piętno na całości, znakomity gitarzysta obecnego składu Perfectu - Dariusz Kozakiewicz, który permanentnie zawładnął album gitarowym wyszywaniem. To właśnie na Nim, pokolenie dorastające w latach siedemdziesiątych czerpało natchnienie całymi garściami, a właściwie pozdzieranymi palcami od odwzorowywania zapamiętałych ognistych solówek gitarowego erudyty. Bardzo ciekawy, a zarazem zaskakujący był stosunek wyżej wymienionego do tekstów umieszczonych w kompozycjach albumu. Kozakiewicz z początku najzwyczajniej nie bardzo pojmował sens bluesowej poezji, którą w pełni docenił z upływem lat.
 
Blues to album obrośnięty legendą także za sprawą znamiennej okładki. Front zdobi wspólna fotografia idących Nalepy seniora i Nalepy juniora. Jest poniekąd wyrazem marszu własną, wytyczoną ścieżką, zdecydowanym wkraczaniem do muzyki już dojrzałej, której ząb czasu nie ma prawa się imać. Tata Nalepa zaprasza tym samym syna do wspólnego podążania muzyczną ścieżką, co z kolei jest zapowiedzią przyszłej obopólnej twórczej współpracy na linii ojciec-syn w bluesowym tonie. Zdjęcie jest dziełem słynnego fotografa Marka Karewicza, którego efekt pracy został doskonale uwidoczniony w ogromie przeróżnych okładek rodzimych muzyków. Okładka bezpośrednio koresponduje z najsłynniejszą kompozycją w całym dorobku Nalepy - Kiedy byłem małym chłopcem. Fotkę wykonano w mroźny zimowy dzień, gdzieś na warszawskim Powiślu. Ponoć tego dnia dokuczał przenikliwy chód, jednak kilkuletni Piotrek Nalepa dzielnie znosił trudy sesji fotograficznej przyczyniając się tym samym do powstania jednej z najbardziej rozpoznawalnych polskich okładek płytowych.  

Tak jak rozpocząłem, tak też kończę. Niejako proroczymi słowami samego Nalepy: "Moje płyty sprawdzają się po paru latach."
Słusznie prawiłeś Tadziu w czasie najbardziej twórczego okresu swojej muzycznej kariery. Wizjoner – Jasnowidz? Od siebie dodam, że płyty Breakoutów spełniają oczekiwania słuchaczy nawet po kilkudziesięciu latach! Jestem przekonany, że tak pozostanie jeszcze przez długi, bardzo długi czas.