czwartek, 4 października 2018

HYDRA – Rock The World (Polydor 1977)

Bywają różne płyty. Pretensjonalne, niezmiernie zawiłe w swojej strukturze. Obok nich istnieją takie, gdzie zgoła odmienne cechy wiodą prym: najważniejsza jest prostota, moc, spontaniczność oraz charyzma. Mówiąc krótko atrybuty czystego rock and rolla.

Rock The World to trzeci i niestety ostatni studyjny album grupy w składzie: Spencer Kirkpatrick – gitara, Wayne Bruce – gitara basowa i wokal, Steve Pace – perkusja. Prawdopodobnie najlepszy w twórczości zespołu. Znajdziemy na nim garść muzycznych tematów, które emanują czystą energią. Sprawią, że będziemy cieszyć się rockowym pięknem. Grają jakby na żywo podczas koncertu przed publicznością. Bez zbędnych dogrywek i nakładek. Bez specjalnych ceregieli. Wycyzelowania wysublimowanych dźwięków. Uczciwie, bez ściemy. Prosto i do przodu! Mam poczucie, że zwyczajnie robią swoje z potężnym ładunkiem entuzjazmu.
Bliżej nieznane trio. Jeśli nie całkowicie, to zapewne częściowo. Idące w konkury ze słynniejszymi amerykańskimi zespołami. Kompaktowe utwory z chwytliwymi riffami i motorycznymi rytmami są wykonywane w zawadiacki sposób przez naprawdę dobrych muzyków. Rasowy, chrapliwy wokal i dobra gra zaledwie trzech muzyków. Klasyczne „Power Trio”. 




Można ubolewać, że obecnie niestety podobnych zespołów ze starej szkoły jest jak na lekarstwo. Ciekawe, że nigdy nie koncertowali poza USA. Jak już jesteśmy przy Ameryce, to w czasie swojej świetności, Hydra wspierała na koncertach zespoły takie jak ZZ Top, The Allman Brothers Band, Lynyrd Skynyrd, itp. Nieprzypadkowo więc podpisali swój kontrakt ze sztandarową wytwórnią southern rocka Capricorn Records, gdzie wydała dwie pierwsze płyty (jeszcze jako kwartet), by opisywaną wydać pod szyldem Polydor Records.


Zaznaczam, że utwory zaprezentowane na tej płycie nie mają może tej klasy co sztandarowe dzieła wyżej wymienionych zespołów, i to zarówno pod względem wykonawczym jak i twórczym. Pomimo tego świadczą o tym, że trio z Atlanty na własnej muzycznej drodze nie miało do zaoferowania jedynie przeciętnego wykonania i sztampowego odegrania własnych pomysłów. Może nie w pełni dorównali rockowym klasykom, ale w zamian, pod względem wyemitowanej pozytywnej energii, mogą równać się z najlepszymi dokonaniami słynnych rockmanów. Partie poszczególnych instrumentów stanowią zamkniętą całość. Niejednokrotnie z głośników zieje ogniem. Co w końcowym efekcie przydaje rumieńców ich twórczości.


Z czym może się kojarzyć muzyka grupy? Wczesne Bad Company spotyka Mott the Hoople wspomagany przez Robina Trowera, skrzyżowanego z Tedem Nugentem i podlany nutą Outlaws oraz Lynyrd Skynyrd. Opisuję to jako mieszankę country (może lepiej do nich pasuje termin „americana”), rocka, bluesa. Czyli fajne, bujające, niezwykle żywiołowe i pełne radości klimaty. No cóż, w kategorii klasycznego rocka spisali się bezapelacyjnie na medal!



sobota, 22 września 2018

MOXY – Moxy (Polydor 1975)

Zapraszam Was do nowego działu na blogu. Więcej o zamyśle jego powstania przeczytacie w zakładce: MAŁO ZNANE, MAŁO GRANE.
Na start - płyta, która trochę zainspirowała mnie do stworzenia takiego zakątka na blogu - dla muzyki niezbyt znanej szerokiej publiczności, a zdecydowanie wartej poznania. Jest taka fajna, że nie wypada przejść obok niej obojętnie.


MOXY – Moxy (Polydor 1975)
Trochę wczesny Rush, troszkę Budgie. Kto lubi twórczość wspomnianych, na pewno z entuzjazmem przyjmie dźwięki zawarte na debiucie kanadyjskiej fomacji Moxy. Czarna okładka, a na niej napis - logo zespołu. Nic więcej, bez zbędnych ozdobników. Oszczędnie i wyraziście. Bez współczesnej sterylności. Naturalnie i z wyczuciem, jak to bywało w złotych latach 70-tych. Rasowy hard rock. Dla mnie rewelacja!
Nagrany w niecałe czternaście dni na początku 1975 roku w dzielnicy Van Nuys w Dolinie San Fernando, w rejonie Los Angeles. Tak trochę przez przypadek za ścianą realizował swój projekt gitarzysta Tommy Bolin (m. in. James Gang, Deep Purple), który z wielką chęcią przyłączył się do sesji nagraniowej Kanadyjczyków. Co wyszło z muzycznego przymierza nie trudno się domyśleć. Bolin poprzez bajeczne solówki nadał całości unikalny, gitarowy sznyt (udział w 6 z 8 kompozycji zawartych na krążku) i zapewne zainspirował zespół do wzniesienia się już w debiucie na  artystyczne wyżyny. Zapewne tak dobrej płyty nie udało się Moxy powtórzyć, gdyż poziomem i jakością grania podnieśli sobie poprzeczkę, której nigdy nie pokonali. Nic, tylko się delektować graniem. Ale oddając całą prawdę, trzeba wspomnieć, że innym mocnym walorem twórczości zespołu, był głos niepowtarzalnego wokalisty Buzza Shearmana. Prawdziwego frontmana z krwi i kości. Takiego, co ma jakby wrodzoną technikę, czuja i do tego  gardło jak dzwon. W uzupełnieniu dodam, że wokalista ten dwa lata później z powodu kłopotów ze strunami głosowymi musiał zawiesić współpracę z zespołem na kolejne dwie „wiosenki”. Innym ciekawym wątkiem jego kariery była poważna przymiarka do AC/DC po śmierci Bona Scotta w 1980 roku.

Oprócz muzyki Buzz Shearman miał jeszcze inną miłość, którą były motocykle. Niestety uczucie to doprowadziło do sytuacji nieodwracalnej. Wypadku drogowego (16 czerwca 1983 r.) w wyniku czego Shearman zakończył doczesną wędrówkę.
„Czarny Album” aka „Moxy I” stał się błyskawicznie hitem w Kanadzie i USA, między innymi dzięki gościnnej grze gitarowej Tommy'ego Bolina i sile pierwszego singla, promującego album Can Not You See I'm A Star. Moxy z dnia na dzień stał się, jednym z najbardziej obiecujących formacji hard rockowych pochodzących z kraju klonowego liścia. Został nawet okrzyknięty „Canada's Led Zeppelin”.


Koncertował z powodzeniem po całej Ameryce północnej, dzieląc sceną z AC/DC, Black Sabbath, Styx, Rainbow i Boston. Mimo to nie zdobył takiego rozgłosu, na który zwyczajnie zasługiwał.
Sądzę, że na dobry początek to wystarczy. Po prostu niech przemówi muzyka.


niedziela, 2 września 2018

Woodstock: Music from the Original Soundtrack and More (Cotillion/ Atlantic 1970)

WOODSTOCK  reż. Michael Wadleigh (Warner Brothers Pictures 1970)

„Festiwal rozpoczął się tam gdzie każdy samochód był pełen szczęśliwych, długowłosych dzieci, które migały znakami pokoju. Na wiejskich drogach prowadzących do tego miejsca panowała atmosfera ogromnej średniowiecznej cygańskiej pielgrzymki.”

Czym był festiwal w Woodstock, tłumaczyć nikomu nie trzeba. Jak głosił slogan to „Trzy dni pokoju i muzyki”.
Jest coś magicznego w tym już dość leciwym, acz ponadczasowym, niezapomnianym wydarzeniu. Nie tylko coś tak bardzo przełomowego i zaznaczającego apogeum ruchu hipisowskiego. Ale zjawiska będącego zewem młodego pokolenia tamtych czasów.
Woodstock stał się eventem nurtów muzyki końca lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, ale również symbolem pokolenia hipisów – wyzwolonej obyczajowości młodych ludzi i kultury schyłku tamtej dekady. Był jakby punktem odniesienia dla epoki flower-power. Chyba bardziej znany dla przeciętnego człowieka niż kolebka ruchu hipisowskiego w dzielnicy Haight Ashbury w San Francisco.

Woodstock to już symbol półwieczny. A co więcej, to swoisty wyróżnik odporny na działanie czasu, w miarę jego upływu nabierający znaczenia i inspirujący dla kolejnych pokoleń. Dla jednych apogeum rozwoju ludzkości. Z kolei dla innych finał ery infantylnej naiwności.
Historia festiwalu Woodstock jest miksturą duchowego uniesienia młodego pokolenia, walki z deszczową aurą pogodową i deficytem zabezpieczenia logistycznego. Fajnych i żywiołowych koncertów, muzycznego interesu. Całkowity koszt zamknął się w sumie 2.4 miliona dolarów wyłożonej przez jednego z pomysłodawców festiwalu Johna Robertsa (spadkobiercę aptekarskiej fortuny). Festiwal był zwycięstwem młodzieńczej spontaniczności w erze społecznych niepokojów i pokoleniowego rozłamu. Na temat tego zjawiskowego wydarzenia wypowiedziano wiele słów, aby nadać jemu sens, rolę, a przede wykreować mit. Legendę dobrej woli całego tamtego pokolenia. Solidarnie dbającego o siebie nawzajem  i uosabiającego wszystko co najbardziej wartościowe i sensowne w ruchu hipisowskim.
„Chciałbym zaśpiewać piosenkę. Właściwi chciałbym ją zadedykować… Jest tu koleś, nie wiem, jak się nazywa, ale pamięta, jak Chip powiedział, że, no że jego kobieta urodziła dziecko. I wtedy pomyślałem sobie, wow! Tu jest naprawdę miasto! To dla ciebie stary i dla twojej kobiety. No i kurczę! Ten dzieciak, to dopiero będzie odlot!” – John B. Sebastian

Jak wyglądały kulisy wydarzenia? Pomysłodawcami festiwalu Woodstock byli posiadający niewiele więcej niż 25 lat: Michael Lang (główny „wodzirej” festiwalu), John Roberts, Joel Rosenman i Artie Kornfeld. Spodziewano się około 50 tysięcy słuchaczy, ale frekwencja przerosła wszelkie oczekiwania. Zresztą względy organizacyjne również przewyższyły zdolności niedoświadczonych organizatorów. Innym problemem okazała się otwarta niechęć do festiwalu ze strony lokalnych mieszkańców, obawiających się najazdu naćpanych hipisów i „dzikiego ryku” rockowych artystów. Stąd korekta pierwotnego miejsca przedsięwzięcia.



Jeśli chodzi o wykonawców - warto zacząć od artystów nieobecnych. Efemerydalna firma Woodstock Ventures Inc., założona na potrzeby zorganizowania festiwalu, proponowała niebagatelne pieniądze za występy. Ale i to nie skusiło niektórych wykonawców. John Lennon, który idealnie wpasowałby się w klimat festiwalu, nie dostał wizy. The Doors myśleli, że impreza okaże się chybionym pomysłem. Frank Zappa i Johny Cash zlekceważyli zaproszenie. Inni również z przeróżnych przyczyn  nie pojawili się na festiwalu. Wśród nich był tak bardzo wówczas pożądany przez fanów Bob Dylan (mieszkał nieopodal w miejscowości Ventures). Ponadto The Jeff Beck Group, Led Zeppelin, The Byrds, Chicago, The Moody Blues, Love, Free,  Spirit, Joni Mitchell, Procol Harum, Jethro Tull, Iron Butterfly oraz It’s a Beautiful Day.


Pamiętny Woodstock roku 1969 wykiełkował w głowach organizatorów z marzeń o wielkim plenerowym koncercie, gdzie tysiące wolnych ludzi mogłoby usiąść na świeżym powietrzu i w hipisowskim uniesieniu uprawiać wolną miłość i wsłuchać się w dźwięki ulubionych zespołów. Do Bethel, a dokładnie na wielkie pastwisko w Sullivan County w stanie Nowy Jork, niespodziewanie zjechało prawie pół miliona słuchaczy, różnokolorowych, pogodnych i będących po części na haju. Farma właściciela hodowcy krów Maxa Yasgura, czyli obszaru gdzie miał miejsce festiwal, została stratowana, zapasy jedzenia (w najbliższej okolicy!) skończyły się po niecałej dobie, pomysł biletowanej imprezy uległ w gruzach. Co więcej, gubernator stanu Nowy York poważnie zastanawiał się nad wprowadzeniem w regionie stanu klęski żywiołowej i interwencją gwardii narodowej (!!!). Wszystkie drogi dojazdowe zostały zablokowane najdłuższym chyba korkiem samochodowym w historii USA. Muzyków dostarczano drogą powietrzną śmigłowcami. Potężna nawałnica, która przeszła nad farmą, zmieniła krajobraz w wielką, apokaliptyczną błotną masę. Na trzy dni powstało niejako nowe miasto: bez administracji, bez stróżów prawa, czy polityków i dało się żyć, pomimo paskudnych warunków sanitarnych i zbyt dużej ilości „substancji zmieniających świadomość”. Te trzy szalone dni przeszły do historii XX wieku i to nie tylko tej muzycznej.
Mimo wielu kłopotów młodych organizatorów festiwal wystartował w piątek wieczorem 15 sierpnia 1969 roku. Dokładnie o godz. 17.07.na scenę wyszedł Richie Havens i oficjalnie zainaugurował ten muzyczno-obyczajowy spektakl. Po nim festiwal oficjalnie przemową uświęcił mistrz jogi Swami’ego Satchidenandy.


Tej nocy grała też Joan Baez i inni muzycy folkowi. Ponownie muzyka zaczęła rozbrzmiewać  w sobotę  po południu i trwała bez przerwy aż do rana w niedzielę. Wystąpił między innymi Santana, Janis Joplin oraz The Who. Ponieważ z powodu zmiany lokalizacji, festiwal był praktycznie przygotowywany na ostatnią chwilę, zatem nie mogło obyć się bez perturbacji. Podczas koncertu Grateful Dead doszło do awarii wzmacniaczy, a po występie Joe Cockera koncerty przerwano na około 3 godziny z powodu fatalnej pogody. W niedzielę festiwal dobiegał ku końcowi. Większość tłumu odeszła w ciągu dnia, w nocy zostało około 150 tysięcy ludzi. Z pewnością w pamięci  zapadł wówczas wszystkim obecnym zamykający całą imprezę koncert Jimiego Hendrixa (zakończony dokładnie w poniedziałek 18 sierpnia o godzinie 11.10). Najbardziej fragment, w którym gitarzysta wykonał własną interpretację hymnu USA, co symbolizowało sprzeciw trwającej  wojnie w Wietnamie. Hendrix mógł mówić o niefarcie, gdyż do czasu rozpoczęcia jego występu, kolejna część zmęczonych widzów zdążyła już wyjechać nie zobaczywszy gitarowego herosa w akcji.

Woodstock okazał się sporym osiągnieciem mentalnym, ideowym, a nawet medialnym, mimo że w kolejce po wodę trzeba było czekać kilkadziesiąt minut, a na skorzystanie z toalety aż 1 godzinę. Jak widać wcale nie było idyllicznie, choćby z powodu, na szczęście nielicznych, negatywnych incydentów. Na terenie festiwalu doszło do paru awantur, 3 osoby poniosły śmierć. Pierwsza na skutek przedawkowania narkotyków, druga przejechania przez traktor, a trzecia z powodu nieszczęśliwego upadku z wysokiej  sceny koncertowej. Festiwal trwał jednak na przekór wszystkiemu, pomimo logistycznego chaosu, deficytu przepisów porządkowych  i braku służb ochroniarskich. Początkowo przedsięwzięcie było biletowane, wejściówki w cenach 18 dolarów w przedsprzedaży można było nabyć tylko w obrębie Nowego Jorku. 24 dolarów kosztował bilet już na miejscu w dniu koncertu. Jednakże, gdy organizatorzy uświadomili sobie jak dużym zainteresowaniem cieszy się nadchodząca impreza, postanowili ogłosić festiwal darmowym. Wydrukowano podobno za mało biletów, a co gorsza nie ogrodzono dostatecznie dużego terenu.
Ostatecznie od 15 do 18 sierpnia 1969 roku, około 450 tyś. zgromadzonych widzów obejrzało występy 33 wykonawców. Byli to m.in. Jimi Hendrix, Janis Joplin, Joan Baez (będąca w 6 miesiącu ciąży), Crosby, Stills, Nash & Young, Santana (jeden z najlepszych występów na całym festiwalu), Canned Heat, The Band, Mountain, Grateful Dead, Creedence Clearwater Revival, The Who (jak zwykle super ekspresyjny występ), Jefferson Airplane, Joe Cocker (występ został przerwany przez kolejną z wielu burz z piorunami), Ten Years After (dali czadu - mój faworyt !), Keef Hartley Band,  Ravi Shankar, Melanie, Sly and The Family Stone, Arlo Guthrie, Country Joe and the Fish, czy Johnny Winter.

 

Co otrzymaliśmy w spadku po Woodstock? No cóż, słuchając zarejestrowanych dźwięków trudno nie zauważyć, że z poziomem wykonawczym, jak i jakością zarejestrowanego materiału, było bardzo różnie. Generalnie trzeba raczej to rozpatrywać jako dokument i muzyczne oraz kulturowe, spontaniczne przesłanie minionego czasu. Z takim to podejściem, bezkrytycznie możemy zanurzyć się w muzycznej uczcie i poczuć się prawie jak jeden z uczestników niezapomnianego wydarzenia, przez lata obrosłego w legendę.
Taka barwna historia nie mogła oczywiście pozostać bez uwiecznienia na wieczność na urządzeniach rejestrujących. W 1970 roku na ekrany kin trafił film dokumentalny Michaela Wadleigha oddający doskonale ducha i klimat festiwalu, a zatytułowany po prostu „Woodstock”. Ukazały się też dwa popularne płytowe wydawnictwa: trzy płytowy „Woodstock" oraz dwu płytowy „Woodstock II”. Dla koneserów w 40 rocznicę wydano film w bardzo wzbogaconej wersji -  "Woodstock: 3 Days of Peace & Music Director's Cut (40th Anniversary Ultimate Collector's Edition)" oraz 6 płytowy box CD zatytuowany "Woodstock: 40 Years On".
ps. Ten legendarny, kulturowy epizod nie może się obyć oczywiście bez… własnego muzeum położonego na miejscu wydarzenia, gdzie na tle historii Stanów Zjednoczonych i wydarzeń poprzedzających festiwal, wyeksponowano zdjęcia, urywki filmów z tamtych czasów, pamiątki materialne w postaci wycinków prasowych, plakatów, a nawet szkolny autobus pomalowany według mody hipisowskiej, czy kultowy volkswagen, tzw. „ogórek”. Poszczególne muzealne ekspozycje wieńczy film z fragmentami koncertów wyświetlanych na wielkim ekranie. Dopełnieniem tego jest niezwykle uprzejmy personel muzeum chętnie wyjaśniający wszystko na temat Woodstock ‘69 oraz sklep z tematycznymi pamiątkami.




wtorek, 24 lipca 2018

DIRE STRAITS – Communique (Vertigo 1979)

Znowu na osnowie tegorocznego lata coś, co kojarzy się z tą przez wielu ulubioną porą roku. Drugi krążek Brytyjczyków (nagrany w tym samym składzie co debiut) mimowolnie łączy się z atmosferą słonecznej aury poprzez nieprzypadkowe, zdecydowanie klarowne brzmienie uzyskane podczas rejestracji muzyki, które dokonane zostało, a jakże… na tropikalnych Bahamach! Dokładnie w grudniu 1978 roku w Studiu Compass Point znajdującym się w Nassau, stolicy tego państwa położonego na wyspie New Providence.
Zaznaczam natychmiast, że nie tylko miejsce narodzin tej muzyki (słoneczne Bahamy), może stanowić skuteczną, kojącą receptę na czasami nieznośne upały. Ale i cały zgiełk rzeczywistości, cokolwiek miałoby to oznaczać. W myśl zasady: Trzeba się wyciszyć, aby posłuchać. Trzeba wsłuchać się, aby się wyciszyć.


Ktoś powie, że to niby dość blada kopia, podobnego przecież w stylistyce i nastroju debiutu. Ale nic mylnego! Ale po kolei.

Po pierwsze „Komunikat” nie ma tak intensywnych, pełnych dynamiki kompozycji jak pierwszy album, ale według mnie nie jest to żaden zarzut, lecz tylko lepiej wyprodukowana, zrównoważona i spokojniejsza, a na pewno dojrzalsza wersja ich twórczości. Na albumie w większości wodzą prym łagodnie rozchodzące się, ścielące z magiczną finezyjną muzyczne historie. Tu wszystko wydaje się bardziej stonowane, powiem, że nawet bardziej wyrafinowane, oczywiście w pozytywnym znaczeniu. Ukazujące całą paletę sporych możliwości twórczych muzyków obracających się w bluesrockowym obszarze, tak barwnie przedstawionych w kalejdoskopie wielu odcieni dojrzałych gitarowych brzmień braci Knopflerów i spółki. Przy tym obaj gitarzyści nie chcą nachalnie epatować nienaganną techniką warsztatową, czy też czymś podobnym zaimponować. Wręcz przeciwnie, ukazują formację w wiarygodnym i świadomym, bardziej zaawansowanym akcie twórczym, otwierającym drogę do plejady ważnych rockowych wykonawców. 


Obcując z muzyką nie trudno dostrzec wyjątkowy element, który wkrótce zespół dopracował prawie do doskonałości. Chodzi o wprawne używanie dynamiki. Na tym albumie możemy podziwiać kunszt instrumentalistów, którzy z wyczuciem i perfekcyjnym feelingiem dozują nam wrażenia, balansując pomiędzy stłumionymi, delikatnymi urywkami, a mocniejszymi akcentami. Przy tym brylujący Mark Knopfler, jedyny w swoim rodzaju gitarowy wyga, produkujący najwyższej próby dźwiękowe treści liryczne, jednakowoż zanurzone w poetyckim słowie utworów z tego albumu.

Podobnie jak na debiutanckiej płycie w dalszym ciągu mamy do czynienia z nutami wyrastającymi z tradycji bluesowego grania. Świadczą o tym, gitarowe popisy braci Knopflerów, a szczególnie Marka. Pozbawione przejaskrawienia, proste i klarowne. Co ciekawe, istota rzeczy tkwi w artykulacji tych dźwięków, czyli czymś, co wyróżnia wyłącznie najlepszych gitarzystów. Również istotnym faktem jest to, że gra na gitarze palcami. Istnieje taki przekaz, że ponoć swego czasu na próbę zapomniał kostki do gry i tak się już ostało. Niekwestionowany lider formacji Mark Knopfler potrafił i nadal umie stworzyć bajeczny klimat. To jeden z gitarowych malarzy, tak pięknie opowiadający, rysujący osobiste opowieści na gitarze. Trzeba przyznać, potrafi to niewielu. Z tym chyba trzeba się urodzić?! Za pomocą kilku prostych dźwięków wyraża masę emocji. Tak jest do dzisiaj. Niewątpliwie Knopfler inspirowany różnymi dźwiękami (np. brytyjska i irlandzka muzyka ludowa, blues, country) wplótł w nie własny kunszt muzyczny. Nie potrzebuje gadżetów, specjalnej promocji, czy wyszukanej oprawy. Wystarczy, że wyjdzie na scenę w jeansach, koszulce i po prostu zrobi zawsze to, co potrafi najlepiej. Zagra tak, że szczęki same opadną!



Tak wytrawna muzyka nie mogła być opakowana w coś trywialnego. Tak samo jak w wypadku debiutanckiego albumu (zamglona, tajemnicza sylwetka kobiety), na frontowej okładce Communique zauważamy w oddali na tle koperty, enigmatyczną, samotną postać w scenerii nocnej plaży. Daje to odbiorcy wolność interpretacji, zaś treść listu wydaje się wiecznie nieodgadniona.

Wyjątkowo nie będę wyróżniał specjalnie żadnej kompozycji. Z pewnością cały album brzmi bez zarzutu. Ekspresyjne, bezpretensjonalne i co ważne, jest to po prostu komunikatywne granie. Dokładnie tak jak w tytule.

Zatem, miłego słuchania!


środa, 4 lipca 2018

PETER GREEN – In The Skies (Creole/PVK 1979)



Na wstępie taka osobista dygresja. Zastrzegam, nie bardzo adekwatna do tematyki preferowanej 
na blogu, ale… 
No właśnie:
Tak jak nasza nieszczęsna ;-) reprezentacja w piłce nożnej na mundialu w Rosji zagrała źle i wydaje się teraz, że dwa lata wcześniej na Euro we Francji zagrała ponad stan polskiego futbolu (obym się mylił?!), tak też podobnie jawi się płyta wykonawcy, którą dzisiaj biorę na tapetę.

Peter Green będąc w poważnym kryzysie, po prawie dekadzie niebytu, stworzył ewidentnie ponad własne, ówczesne możliwości niespodziewanie udaną płytę, która nijak się miała do jego złej formy mentalnej, psychicznej, jak i instrumentalnej. Nasuwa się pytanie: skąd taki dobry, finalny artystyczny efekt, tak bardzo odmienny od sportowego wyniku naszej „repry”? Ano także z powodu nad wyraz udanej obecności na tym krążku wyśmienitego gitarzysty Snowy White’a , doskonale zastępującego głównego bohatera w partiach gitarowych (genialne Slabo Day), który pchnął całe przedsięwzięcie na pozytywne tory.    

Mniemam i mam nadzieję, że nad całością czuwał wielki „Zielony Piotruś”, wywiązując się owocnie z roli lidera. Żal, że u biało-czerwonych zabrakło takiego wodzireja i wirtuoza zdolnego odmienić rzeczywistość in plus, choć wszyscy upatrywali w tej roli Roberta Lewandowskiego. Kończąc te aluzje co do miernego występu naszych orłów na futbolowym championacie to nadmienię, że Peter Green mimo swoich poważnych kłopotów był w stanie wspiąć się wraz z kompanami na swoje muzyczne wyżyny i zaproponować wspaniałą podróż w muzyczną krainę, podczas gdy nasza drużyny reprezentacyjna zafundowała wszystkim kibicom spektakl podłej jakości. A podobno wystarczy chcieć, a chcieć to móc... Ale, że blog nie jest o tematyce sportowej na razie nie będę rozwijał tematu, który wciąż boli i jeszcze trochę pewnie pouwiera każdego polskiego fana „kopanej”. Peter Green, faktycznie Peter Allen Greenbaum, to artysta wielce zasłużony na światowej bluesowej scenie. Znakomity w pierwszym wcieleniu formacji Fleetwood Mac. Później niestety wyłączony na lata z aktywności twórczej ze względu na kłopoty ze zdrowiem. Odradza się z niebytu pod koniec lat 70-tych w postaci tego albumu, pełnego świeżości i ukojenia, który jawi się niczym oaza na twórczej pustyni tamtego ciemnego okresu życia „Zielonego Piotrka”.


Powiem krótko: czapki z głów! Na przekór losowi potrafił wykreować album w znacznym stopniu lepszy, niż można było się spodziewać. Samo pojawienie się longplaya na półkach sklepowych okazało się być bardzo pozytywnym wydarzeniem, ukazującym wiele odcieni „greenowego” bluesa.

Album ma wyluzowany i relaksacyjny charakter. Green wraz z pozostałymi muzykami niemalże w sposób minimalistyczny udowadnia, że muzyka to nie wyścigi albo zaciekła rywalizacja. Próżno tu doszukiwać się jakiejkolwiek gitarowej pirotechniki, czy też szaleńczych instrumentalnych popisów. To właśnie stanowi o sile i wartości muzyki.

Cała płyta zdominowana jest przez letni, ciepły, popołudniowy klimat. Muzyka uwodzi i nie przytłacza swoją zawartością, leniwie płynie, dając ukojenie po ciężkim, lepkim, upalnym dniu. Odbiera się to z dużą dozą ulgi i przyjemności. Ożywczy muzyczny okład. Słuchając A Fool No More, Seven Stars, Just
For You czy In The Skies łatwo zapomnieć się i odpłynąć w dźwiękowe pejzaże wykreowane przez zespół Greena. Wszystko wydaje się absolutnie na miejscu, z akcentami muzycznej wrażliwości lidera całego przedsięwzięcia. Sugestywnie wyrażające nastrój gitary, plus aksamitny, ale mocny tembr wokalu, idealnie dopełniają optymistyczną i nader refleksyjną aurę dominującą na całym dziele. Podobne odczucia towarzyszą kompozycji Slabo Day, gdzie wyraźnie emocjonalnie odczuwamy udane zagrywki gitarowe. W utworach Tribal Dance i Proud Pinto na plan pierwszy wysuwa się sekcja rytmiczna wspomagana przez bębny w stylu Santany, które podkreślają wyluzowany karaibski nastrój i ukazują latynoskie upodobania Petera Greena.

W nagraniu albumu uczestniczyli m.in. klawiszowiec Peter Bardens (znany z Them i Camel) i gitarzysta Snowy White (w tamtym czasie koncertowy gitarzysta Pink Floyd i późniejszy instrumentalista Thin Lizzy).

W uzupełnieniu dodam, że miałem przyjemność poznać tę muzykę za sprawą składanki Portrait, wydanej przez polski Tonpress w połowie lat osiemdziesiątych, gdzie zgromadzono kompozycje z 4 albumów Greena wydanych na przestrzeni lat 79-82, w tym z omawianej płyty. Już wtedy, muzyka z tego krążka bardzo mi się spodobała i utkwiła jak widać na trwale w pamięci.

No i na koniec ponownie pewna analogia „Zielonego Piotrka” do naszej piłkarskiej reprezentacji. Duży potencjał zawarty w drużynie jak i w opisywanym artyście. Ale niestety zbyt dużo oczekiwań i chyba zmarnowanych nadziei pokładanych w piłkarzach, ale pewnie też w samym muzyku, którego mimo wszystko stać było osiągnąć artystyczne tytułowe niebiosa. Dlaczego nie stać było na to naszych „orłów”? Ech… 


Ku pokrzepieniu serc, dla odmiany, muzyczne wspomnienie Maryli Rodowicz z Mundialu 1974 roku, najlepszego dla polskiej piłki. Choć jeszcze w hiszpańskich mistrzostwach 1982 r. nasze „orły” powtórzyły sukces, zajmując 3 miejsce, to jednak gra ich nie miała takiego polotu jak na niemieckich boiskach. 

  

Zdaję sobie sprawę, że w tym odcinku pojechałem trochę „nie na temat”, ale trudno jest mi przejść obok aktualnej piłkarskiej rzeczywistości, gdyż po prostu, najzwyczajniej jestem kibicem futbolu, a zwłaszcza w wydaniu reprezentacji narodowej. 

Ps. Może ktoś uzna, że takie moje subiektywne zestawienie nie jest zbyt trafione, ale proszę zwrócić uwagę, że najlepsza muzyka powstawała w czasach kiedy „nasza” piłka święciła trumfy, a teraz (może poza wyjątkami) dobrego, esencjonalnego grania (natury sportowej jak i muzycznej) jakoś szukać na próżno. Tak dygresja do refleksji, przemyśleń i być może do dyskusji. 





czwartek, 31 maja 2018

MAREK GRECHUTA & ANAWA - Marek Grechuta & Anawa (Polskie Nagrania Muza 1970)


„Postanowiliśmy nie tworzyć byle czego, bo na to szkoda czasu. Chcieliśmy pisać piosenki niebanalne, piękne i wzniosłe”. 
Marek Grechuta 

Tak jak dla człowieka smakiem bliżej nieokreślonym jest umami, tak podobnie dla muzyki, a właściwie jej zaszufladkowania, jest dźwiękowa kraina Grechuty. Nie jest to przecież stricte muzyka teatralna, czy też ewidentnie czysta poezja śpiewana, choć bezpośrednio z nią koresponduje. Nie jest to typowy jazz, tradycyjny rock&roll, ani tym bardziej klasyczna muzyka poważna. Smak umami uważamy za coś niezwykłego w pozytywnym znaczeniu. Pozostawia długotrwałe wrażenie sytości. W efekcie owocuje wyważonym smakiem wraz z dopełnieniem woni jadła. Umami polepsza jakość szerokiej gamy potraw. Podobnie rzecz się ma z twórczą niszą Grechuty, która tylko nielicznych nie zdoła poruszyć i zniewolić. Ujmuje tajemniczym i ulotnym liryzmem powodując wyraźny dreszcz emocji. Efektywnie wywierając piętno na wyobraźni i inspiracji kolejnych pokoleń. To wszystko z powodu swoistego, oryginalnego stylu, tak przecież odległego od koniunkturalnych trendów kolejnych dekad. Kompozytor, nietuzinkowy muzyk zaopatrzony w charakterystyczny głos. Do tego, co najważniejsze nie do podrobienia wysokich lotów artystyczny manifest, którego nie sposób wypracować, z tym trzeba się zwyczajnie urodzić! Połączenie wykwintnej liryki i łatwo przyswajalnych dźwięków, wykształciła w nim kunszt wykonywania wielce wartościowej muzyki z niebywałą eteryczną płynnością. 


Czym był debiut artysty? Jako żywo bezpośrednią i świeżą artystyczną wizytówką autora. Pierwszy album okazał się zbiorem utworów przepełnionych poetycką aurą. Przy tym całkiem jednorodny, gdzie trzon stanowiły błyskotliwie zaaranżowane ballady, piosenki poetyckie i coś dla kontrastu: frywolne i satyryczne kantyleny stworzone przez spółkę autorską Pawluśkiewicz - Grechuta (np. W dzikie wino zaplątani, Będziesz moją Panią, Nie dokazuj). Inspiracją dla Grechuty były wiersze rodzimych polskich poetów (m.in. Wesele S. Wyspiańskiego, Twoja postać T. Micińskiego, J. Czechowicza) urokliwie wkomponowane w intrygujący zestaw klasycznych instrumentów smyczkowych, które bez wątpienia musiały oczarowywać. Na plan pierwszy wychodziła wiolonczela i wtórujące jej skrzypce z altówką. Do tego kontrabas, fortepian i akompaniująca gitara. Takie zestawienie instrumentów dopełnione specyficzną aranżacją intrygowało, a co ważniejsze - chwytało za serce. Celowo nie wyróżnię żadnej kompozycji, bo w istocie całość wymyka się spod oceny. Osobiście uważam, że wszystkie utwory są bez mała wyborne i jedyne w swoim rodzaju.









A sam śpiew lidera to „jak gdyby nigdy nic”. Opanowany i stoicki, niezwykle naturalny. Nie słychać w jego głosie zadyszki, zmęczenia tekstem nasyconym liryzmem. Utrwalanym na zawsze w słowie, które są odbiciem uczuć, marzeń, spostrzeżeń, wyobrażeń oraz metafor. Ten zamiar jest odbiciem czegoś nieuchwytnego, a zarazem delikatnego i pięknego. Najczęściej są to interpretacje o głębokiej treści, często delikatnej melodii oraz skromnej aranżacji.



Sensualistyczne doświadczenia związane z przenikaniem się poezji i muzyki są nierozerwalnie związane z artyzmem tak wysoce wrażliwego artysty jakim był Grechuta. W tym przypadku poezja wraz z muzyką kształtuje nierozerwalną całość. Muzyka, poezja, formowały integralną całość przy nieodzownym wsparciu rytmu i melodii, co z kolei w ostatecznym efekcie daje nowy i świeży sens twórczej, jakże oryginalnej materii.
Z każdym przesłuchaniem, coraz dobitniej upewniam się, że mam do czynienia z nieprzeciętnie ujmującą muzyką, która powstała za sprawą spotkania studenta Politechniki Krakowskiej Marka Grechuty ze starszym kolegą z tego samego wydziału, instrumentalistą i nietuzinkowym kompozytorem zamiłowanym w jazzie - Janem Kantym Pawluśkiewiczem. Jak legenda niesie doskonale do siebie pasujący muzycy (przeznaczenie!?) zaraz po pierwszej styczności stworzyli kompozycję do wiersza J. Tuwima „Pomarańcze i Mandarynki. Wyszło świetnie, wiec oczywistością było powołanie do życia kabaretowej formacji o nazwie Anawa od francuskiego wyrażenia „en avant” oznaczającego naprzód.
Tak oto ujrzała światło dzienne całkiem nowa, trudna do zaszeregowania wartość, tak bardzo wyeksponowana na debiutanckiej płycie i rozwijana na kolejnych albumach.

„Niepewność”
Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę,
Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę;
Jednakże gdy cię długo nie oglądam,
Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam;
I tęskniąc sobie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?
Adam Mickiewicz



Debiut debiutem, a po nim równie fantastyczna płyta, ale już bardziej różnorodna Korowód, ale to już temat na inne spotkanie…




poniedziałek, 30 kwietnia 2018

AC/DC – Back In Black (Atlantic 1980)


Dezynwoltura. Raczej rockowa dezynwoltura. Bo jakżeby inaczej określić to „pięknej urody rękodzieło” chłopaków spod znaku AC/DC!
Ciężkość, ale i energetyczna lekkość, zawadiackość i rubaszność, ale też powaga i smutek spowodowany niepowetowaną stratą. Hołd i pomnik w postaci muzyki dla odchodzącego w wieczność byłego wokalisty Bona Scotta. Rasowego wokalisty, którego niezwykle trudno zastąpić. I pojawia się On – Brian Johnson, obdarzony przeszywająca chrypką jakby mu czołg przejechał po stopach! Doskonale uzupełniający muzykę.
A tej płyty mogło przecież nie być! Zespół zdruzgotany po hiobowej wieści utraty frontmana mógł w sposób niejako naturalny zaprzestać dalszej działalności. Szczęśliwie dla wszystkich wielbicieli, jak i dla siebie samych wybrali inaczej! Ta swoista terapia przyniosła wprost nieoczekiwane... a może paradoksalnie spodziewane efekty. Pozostali członkowie zespołu po prostu zanurzyli się w akcie twórczym, przygotowując ten doskonały album, zawierający zbiór konkretnych kawałków, które są zaraźliwą rockową energią w najczystszej postaci.


Jednak nie wszystko wyglądało tak kolorowo. Bo jak wspomina Angus Young:
Gdy nagrywaliśmy Back in Black początkowo wyglądało to dość żałośnie... Malcolm grał non-stop akordy AC/DC, Brian darł się, jak nieboskie stworzenie zagłuszając Phila na perkusji, który walił w nią tak, że prawie popękały talerze, Cliff krzyczał, że z taką hołotą nie da się pracować. Ja patrzyłem na ten kabaret i zastanawiałem się, czy zadzwonić do jakiegoś Eddiego Van Halena, by nagrał za mnie solówkę, bo mi się nie chcę... Na szczęście wszystko się jakoś ułożyło.” 


Należy od razu dodać, że przecież krążek ten poprzedził rewelacyjny Highway to Hell. Chłopaki z kraju kangurów na pewno musieli być naładowani pomysłami aż iskry leciały. Wrota sukcesu i sławy stały otworem. To musiało się udać nawet wbrew przeciwnościom losu… i powiodło się bardziej niż oczekiwano. To co zapoczątkowali wcześniejszym krążkiem, w całej rozciągłości ugruntowali tą dosłownie czarną płytą (okładka), jak przystało w hołdzie po straconym przyjacielu.  


Ciężko doszukać się słabych punktów. „Powrót w Czerni” był przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. A zgromadzone tu utwory stały się w większości żelaznym punktem koncertowym AC/DC po wsze czasy.
Back in Black pozostaje wiecznie niebanalnym, świeżo brzmiącym albumem, który jest odkrywany przez kolejne pokolenia. To świadectwo wielkiej muzycznej formy zespołu i to mimo tych niezmiernie przykrych okoliczności. Nie widzę potrzeby głosić komunałów jakim to wiekopomnym dziełem jest ten album. Większość ludzi najzwyczajniej zna te kawałki na pamięć. Utwory wśród, których doprawdy ciężko znaleźć coś słabego albo przeciętnego. Dosłownie wszystkie kompozycje eksponują skondensowane, żwawe, donośne i mięsiste brzmienie, a przy tym trzymają od początku do końca równy, wysoki poziom. Z pewnością nie byłoby tego bez spiritus movens całego zamieszania, czyli  braci Youngów tak wspaniale uzupełniających się. Nieodżałowany Malcolm na gitarze Gretsch Firebird wygrywa riffowy akompaniament, zaś niespożyty Angus daje popis wirtuozerii na Gibsonie SG. Gibson i Gretsch wyraźnie są różni, lecz połączenie monstrualnego brzmienia tej pierwszej z klarownym dźwiękiem drugiej, daje siarczystego kopniaka, aż kamasze spadają! Istnie szalony i niepowtarzalny duet!
Cały ten zbiór utworów, to czyste mistrzostwo i kwintesencja stylu AC/DC, tak sprawnie wyprodukowane przez producenta Roberta Johna „Mutt” Lange’a, którego wpływ na ostateczny kształt należy znacząco podkreślić, zarówno na Back In Black, jaki i na poprzedniej płycie Highway To Hell.



Na koniec ciekawostka na temat nietypowego, acz skutecznego wykorzystania muzyki „Ejsów” ze wspomnianej płyty.

„Dawniej, gdy armia amerykańska otoczyła w Panamie generała Noriegę, puszczano naszą muzykę, żeby doprowadzić go do szału. Ostatnio korzystano z niej, aby zdezorientować grupę rebeliantów w Bagdadzie, niczym jakiejś szalonej broni ogłuszającej i niszczącej".
                           Brian Johnson