czwartek, 27 czerwca 2019

POINT BLANK - Second Season (Arista 1977)

"Yippee-I-Yay
Yippee-I-Yo
Ghost Riders in the Sky”


Śmiałkowie wędrujący ku nieznanemu, poszukiwacze napędzani gorączką złota, notoryczni hazardziści, kowboje w kapeluszach z szerokim rondem, dumni Indianie toczący walki z przybyszami zza „wielkiej wody”, nieustraszeni szeryfowie, z błyszczącą gwiazdą, stojący po stronie Temidy. Z przeciwnej strony, wyjęci spod tego prawa rewolwerowcy i outsiderzy. Skoki na banki i napady na transporty kolejowe. Pojedynki w samo południe na ulicach, gdzie obowiązkowo stoi przybytek zwany saloonem, w którym panie lekkich obyczajów zarabiają na codzienny chleb – takie oto wizje snują się nam w głowie, gdy słyszymy termin „Dziki Zachód”. 

Mityczna konfrontacja na linii cywilizacji z naturą. Tę pierwszą uosabiał nowy ład – stróże prawa, senne prowincjonalne miasteczka i ich pełni nadziei mieszkańcy, urodzajna ziemia i kolej parowa. Tę drugą – bezkres spieczonej od słońca prerii, przemierzające ją stada bizonów. Wyjęci spod prawa rzezimieszki, brawurowi rewolwerowcy na swoich poskromionych mustangach w osobach Jesse Jamesa, Billy The Kida, Boba Daltona, Dzikiego Billy Hickoka, czy Buffallo Billa oraz nieuchwytni i zwykle niebezpieczni Indianie. 
I co to właściwie ma wspólnego twórcami niżej opisanymi? Właśnie wydaje mi się, że jak najbardziej ma. Osobiście kojarzy mi się z tym, co zaraz przedstawię. Ich cały styl i idea grania nawiązuje wprost do klimatów… kowbojskich. Wystarczy spojrzeć na muzyków - jak wyglądają, co grają i o czym śpiewają, a mamy echo dawnych anegdot, legend i mitów wprost ze świata „Dzikiego Zachodu”. Co więcej, za credo zespołu niech posłuży wizerunek okładki debiutu, opatrzony potężną dwulufową strzelbą, jakby żywcem wyjętą z westernu, skierowaną „wprost” (point blank) w każdego słuchacza! 

Jak wiemy na „Dzikim Zachodzie” sięgnięcie po broń było najprostszym sposobem załatwiania spraw, niezależnie od tego, czy źródłem konfliktu – zarówno długoletniego zatargu, jak i najzwyklejszej sprzeczki – były pieniądze, kobieta, czy urażona duma. Jak broń stanowiła nieodłączny element dzikiego zachodu, tak zwykle w środowisku buntowników - patrz rockmanów - często gitara jawi się jako atrybut wolności, niezależności i buntu. 

Majaczące sylwetki teksańskich rangersów w rozgrzanym falującym powietrzu, olbrzymie kaktusowe karnegie, jęk kojota preriowego, zawadiacki południowy blues, doprawiony jurnymi gitarowymi zagrywkami. 


Co tu dużo gadać, po prostu pyszne, surowe rockowe południe (southern) jak u „krewniaków” z Lynyrd Skynyrd, podlane szczyptą hard rockowej dynamiki. Świetne, często zadziorne numery. Zawiesiste brzmienie. Ekscytująca, zazwyczaj intensywna muzyka. Dobry wokal. Fajowe gitarowe riffy i sola. 


Nie trudno zgadnąć, że to wszystko nie przyszło od tak sobie, od razu. Jak to zazwyczaj bywa, przychylność fanów przepłacili wielką pracą, zarówno na próbach, jak też podczas forsownych występów na żywo. 

Grali do upadłego wszędzie, gdzie chciano ich słuchać. Przy tym jakże świetnie się bawili nie zwracając za bardzo uwagi na forsę. Dochodziło to takich paradoksów, że za zarobione gaże za występ w klubie, nie mogli uregulować rachunków, bo zbyt dużo skonsumowali płynów wyskokowych podczas tego właśnie koncertu 😁 

Sam zespół Point Blank zapoczątkował swój żywot dokładnie 19 lipca 1974 roku w aglomeracji Dallas, na bazie zespołu Odessa przez gitarzystów Rusty'ego Burnsa i Kima Davisa, wokalistę Johna O'Daniela, perkusistę Petera „Buzzy” Gruena i basistę Phillipa Petty. 

Druga płyta formacji, bo o niej jest mowa, powstała dosyć spontanicznie, z rozpędu pod egidą producenta Billy’ego Hama, znanego skądinąd ze współpracy z ZZ Top i inżyniera dźwięku Terry'ego Manninga. 


Second   Season   stanowi naturalną kontynuację stylu zapoczątkowanego na pierwszym krążku. Point Blank wszedł do studia wyczerpany po zagraniu ponad 300 koncertów w 1976 roku. Podczas promowania debiutanckiej płyty, notabene bardzo udanej, wcześniej wspomnianej, z okładkowym wizerunkiem strzelby dubeltówki. Wiele kawałków zawartych na drugim albumie zostało nagranych już podczas pierwszych sesji debiutanckiego albumu. Okazało się to bardzo pomocne, ponieważ po raz pierwszy, poważnie skoncentrowali się na tekstach, tak samo jak na bardziej urozmaiconej muzycznej ścieżce. Zwyczajnie dojrzewali, rośli jako rasowy zespół z amerykańskiego południa, czy też jak sami o sobie mówili „Texas Blues Rock Band”. 

Na koniec, parafrazując Wojciecha Młynarskiego, taki oto krótki krotochwil: 


I z gitarą, jak Point Blank, w Teksas rusz, 
z pojedynki wilkom strzelać w paszczę, 
po przygodę, po urodę życia pośród leśnych głusz, 
tam, gdzie życie nikogo nie hłaszcze. 


Howgh!!! 😁



poniedziałek, 29 kwietnia 2019

PINK FLOYD – The Wall (Harvest 1979)


PINK FLOYD – THE WALL reż. Alan Parker (MGM 1982)





„Kamanda Pinka Flojda” jak powiadają Rosjanie. Tym określeniem zapraszam do spotkania, z jakby nie było, epokowym dziełem Brytyjczyków. Była muzyka, powstał film. Obraz znaczący dla wszystkich miłośników muzyki w skali światowej kinematografii. W swoim przekazie bardzo poruszający. W formie skondensowanej dotyka tego wszystkiego, czego doświadczył człowiek, szczególnie w dwudziestym wieku, a mam wrażenie, że trwa to dalej. Dotyczy szczególnie skali makro, czyli społeczeństwa, a także mikro – ludzkich (człowieczych) trosk, dramatów targających jednostkę wywołanych zresztą przez opresyjny państwowy system i chore ambicje polityków. W tym pierwszym przypadku mam na myśli świadomość społeczną mas ludzkich, manipulowaną przez wyrachowane ruchy demagogów, zaś w drugim emocje determinujące działania jednostki. Czyny, które bezpowrotnie w sposób destrukcyjny wpływały na przeszłość, budują teraźniejszość i kreują przyszłość. Nie są to łatwe tematy, ale Waters nigdy nie szedł na skróty. Raczej świadomie, również poprzez własne traumatyczne doświadczenia, konfrontował się z zazwyczaj gorzką rzeczywistością. Nie poznał nigdy Ojca – porucznika Erica Fletchera Watersa, który zginął podczas II WŚ we Włoszech, kiedy mały Roger miał zaledwie 5 miesięcy. 




Podobnie teraz, jaki i w momencie powstania dzieła, twórczość watersowskiego Pink Floyd wydaje się niezwykle na czasie, może nawet jest znacznie bardziej aktualna niż 40 lat temu. Wznoszenie murów rozprzestrzenia się po całym globie (podziały religijne, ideologiczne,społeczne). Ludzkie relacje coraz bardziej zanikają w człowieczym rozumieniu (dominująca komunikacja internetowa). Następuje jakby nieodwołalne budowanie granic, co w konsekwencji prowadzi do rozłamu miedzy My i Oni. Niepodzielnie króluje hejt i obojętność mimo pozornej walki z tą patologią. Historia nic nas nie uczy. To wszystko „ubrane w inne szaty” powraca cyklicznie i ponownie ogarnia świat.



A zawartość na The Wall sama w sobie stanowi przejmującą podróż przez świat alienacji i cierpienia, ujęty w pięknym dźwiękowym tle. Materiał zgromadzony na podwójnym albumie jak ulał nadawał się jako gotowy scenariusz do filmu. Zadania tego podjął się znany reżyser Alan Parker, który w sposób niezwykle wymowny dokonał tego filmowego obrazu. Dokonując niewielkich modyfikacji doskonale ubrał muzykę Floydów w filmowy obraz, zachowując przesłanie i wymowę płyty. Zobrazował muzykę niezwykle sugestywnymi, animowanymi wątkami, przedstawiającymi apokaliptyczne wizje dehumanizacji świata, prowadzące do niechybnej zagłady. Natomiast wyraziste, fabularyzowane fragmenty frustracji i metamorfozy Pinka (w roli głównej z Bobem Geldofem) na zawsze zapisują się w pamięci każdego widza. Nie chcę wyróżniać poszczególnych utworów, choć sam mam swoje ulubione kompozycje takie jak: Hey You, Comfortably Numb, Goodbye Blue Sky i Mother


Zarówno o płycie, jaki i filmie, powstały całe opasłe elaboraty, więc chyba trudno jest dodać coś znaczącego, czy odkrywczego. Tak jak w dniu powstania, tak i dzisiaj, film i muzyka Floydów porusza i nie pozostawia obojętnym.

Kanon i basta. Ewidentnie wstyd nie znać. 

PS. Gwoli uzupełnienia to dwa z utworów, które nie znalazły się na płycie pojawiły się w filmie. When the Tigers Broke Free powstało specjalnie na potrzeby filmu, a What Shall We Do Now? nie zostało umieszczone na oryginalnym albumie. Ponadto utworami znajdującym się na albumie, które nie trafiły do pierwotnej wersji filmu były Hey You oraz The Show Must Go On.

Warto też wspomnieć, że płyta jest dotychczas najlepiej sprzedanym podwójnym albumem w historii muzyki rockowej.



środa, 27 lutego 2019

JETHRO TULL - Thick as a Brick (Chrysalis 1972)

Błazen. Fircyk w zalotach. Z obłędem w oczach. Brodaty i długowłosy (oczywiście… kiedyś). Niejednokrotnie ubrany na swoich koncertach, oczywiście kilka dekad wstecz, w… rajtuzy! :) Niezrównany, pełen pasji, oszalały flecista, rubaszny poeta, a’la wędrowny trubadur, a w końcu zapalony hodowca krów, egzotycznych kotów i… łososia. Nie stroniący od uprawiania wielu odmian najbardziej pikantnych papryczek, które być może pozytywnie go stymulują. Dając nieustającą energię i twórczy zapał.

Dzieło Jethro Tull, znane w Polsce jako „Gruby jak cegła”, a właściwie „Głupi jak cep” bo tak należy interpretować ten idiom językowy, to w moim mniemaniu sztandarowa płyta zespołu. Thick as a Brick stanowi zamkniętą całość pod względem zarówno tekstowym jak i muzycznym. Jest flet, który trafnie określa oblicze Jethro Tull. Mamy harmonijną kombinację elektrycznych i akustycznych gitar. Są zawsze cudownie brzmiące organy Hammonda i realny nastrój pieśni wędrownych minstreli przemierzających zakątki Anglii. Prawdziwa uczta dla uszu. Ojciec duchowy formacji, (wywodzącej swą nazwę od pioniera angielskiej agronomii), Ian Anderson zgodnie z frywolnym podejściem do swojej twórczości rzekł mawiać, że ten ponad 40 minutowy tytułowy utwór – suita, był rzekomo grany w całości na koncertach jedynie dla rozgrzewki przed zasadniczą częścią występu. Ładna mi rozgrzewka! He, he! W tym samym dowcipnym tonie można interpretować zamiar, który stał za powstaniem tego albumu. Prowokacja? Zapewne, gdyż tym wydawnictwem chciał lekko zdemaskować bufonadę i sztuczną pretensjonalność rocka progresywnego początku lat siedemdziesiątych. Co ciekawe, ironiczne intencje autora minęły się z rzeczywistością i album stał się jednym z klasyków tegoż… progresywnego rocka.



Muzyka wciąga. Dosłownie wszystkie elementy tej dźwiękowej układanki przepełnione są zmianami rytmów, tudzież żonglowaniem nastrojów. O dziwo pasują do siebie jak ulał. Wyborni muzycy brylują w instrumentalnych popisach, przy czym wszystko jest zachowane w jarzmie kompozycyjnym i żaden oddzielny detal nie wydaje się odmienny od całej opowiedzianej słowno – muzycznej historii. Wykreowanej w pozytywnej atmosferze. Zespół nigdy wcześniej ani później nie miał tak równego wkładu w końcowy efekt. Prawdzie kolektywny album. Bez cienia nadmiernej dominacji ze strony któregokolwiek muzyka.



W tym duchu muzycy wiele razy dają upust nagromadzonej energii poprzez cięższy ładunek gitarowy, by przejść łagodnie do delikatnych zagrywek gitary akustycznej wspomaganej niepodrabialnym fletem samego lidera. I ten z miejsca rozpoznawalny wokal Andersona doskonale wtórujący dźwiękowej uczcie! Doprawdy nie sposób nudzić się przy tak sporządzonej muzycznej miksturze! Również towarzyszącej, niebanalnej zawartości literackiej. Słów, których sprawcą miał być fikcyjny kilkuletni geniusz Gerald Bostock. Historię tego chłopca, jednocześnie sprawcy skandalu, przedstawia osobliwa okładka albumu stylizowana na stronę tytułową brukowca. Wedle artykułu zamieszczonego w tej gazecie młokos, okrzyknięty „Małym Miltonem" na cześć siedemnastowiecznego angielskiego poety Johna Miltona, bierze udział w konkursie literackim, gdzie zbiera nad wyraz pochlebne opinie za własny poemat zatytułowany Thick As A Brick. Idylla nie trwa długo. Niebawem zostaje zdyskwalifikowany podczas prezentacji swojego dzieła na antenie stacji BBC, gdzie jury wraz z lekarzami mylnie orzekają, że jest on niezrównoważony, gdyż używa cytując swój utwór… domniemanych niecenzuralnych sformułowań. Taka koncepcja to sarkastyczno – karykaturalne spojrzenie na skostniałe społeczeństwo, na zachowawczy system edukacji i wychowania, który stopuje rozwój człowieka. Istotna kwestia, niemniej jednak eksponowana finezyjnie i z komizmem, niejako inspirowana Latającym Cyrkiem Monty Pythona, wedle przewrotnego literackiego zamysłu autora – lidera. 


Widziałem Iana wraz ze swoim zespołem w listopadzie ubiegłym roku w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie i muszę przyznać, że jak na Jegomościa z przeszło „siedemdziesiątką na karku” wzbudza niekłamany szacunek oraz podziw za niespożytą witalność, poczucie humor i artystyczną biegłość. Podaje w ten sposób naturalną wskazówkę jak należy przyjmować doczesność mimo nieuchronnego upływu czasu.

czwartek, 31 stycznia 2019

CAMEL - Moonmadness (Janus/Decca 1976)

A wise man changes his mind, a fool never will - jak powiadają Anglicy. Jedni zaprzeczają, inni przyznają się bez wahania. Są tacy, którzy dojrzewają do zmian i ci, którzy przeżywają nagły zwrot w swoich przekonaniach.

Tylko krowa nie zmienia poglądów. Takie właśnie powiedzonko ciśnie się mi przed szereg, kiedy myślę o muzyce Wielbłąda. Kiedyś naprawdę sceptycznie podchodziłem do muzycznego nurtu (reprezentującego Camela), mając na uwadze jakieś dziwne, zakręcone i wysublimowane, czytaj przekombinowane, dźwięki. Potrzebowałem trochę czasu, aby się w nią wgłębić. Cierpliwość stała się moim powiernikiem w drodze do tej muzycznej krainy. Obszaru, który powoli zgłębiałem i trawiłem z taką skutecznością, że zawładnął mną chyba na zawsze. Dojrzałem do Nich. Do emocji, które niesie ich muzyczna podróż, nie zawsze dostrzegalnych przy obcowaniu z innymi wykonawcami. 





Pierwsze swoje kontakty z Camelem zanotowałem prawie trzy dekady temu, u znajomego w akademiku , wówczas jeszcze Akademii Rolniczej w Lublinie. Godzinami katował płyty Brytyjczyków przez co najwyraźniej zaintrygował mój aparat słuchowy. Po tym incydencie odłożyłem moją fascynację co najmniej na kilka kolejnych lat. Camel jakby przestał istnieć w moim własnym muzycznym katalogu. Jednak do czasu. Kolejne spotkanie z ich twórczością nastąpiło za sprawą znajomego z Prudnika, który był, jest i z pewnością będzie zakochany w ich muzyce po same uszy! Mówi się, że „do trzech razy sztuka”. Więc ostatecznie spotkanie nastąpiło niedawno, przy odkurzaniu starych nagrań wymienionego zespołu. Co najważniejsze bardzo mnie poruszyło! I jeszcze mnie wciąż mocno trzyma. Mam nadzieje, że teraz już tak pozostanie.



Tak jak na wszystkich płytach Camela, podobnie na Moonmadness mamy do czynienia z kompozycjami charakteryzującymi się wyrafinowaną i złożoną konstrukcją utworów, stosowaniem skomplikowanego, przeważnie nieparzystego dźwiękowego schematu, czyli następstw akcentów porządkujących rytm. Wprowadzaniem do rocka elementów charakterystycznych dla innej muzyki, w szczególności jazzu, bluesa, muzyki poważnej, a nawet muzyki awangardowej. Eklektyzm stylów i rozpoznawalne brzmienia są tym, co definiuje styl grupy. Co wznosi finalnie taką muzykę na artystyczne wyżyny.


Absolutnie wykonawcza biegłość, nie rzadko na poziomie wirtuozerii, tak bardzo adekwatna i reprezentatywna dla progresji dźwięków generowanych przez naprawdę znakomitych muzyków. Właściwie muzycznych wirtuozów zapamiętałych w improwizacyjnych partiach instrumentalnych (Song Within A Song) wiodących nas do motywów zbudowanych na jazzującej i melodyjnej gitarowej grze (Chord Change) spajającej całość. Przy tym harmonijnie rozwijającej się dźwiękowej kaskady instrumentów klawiszowych. No i ten magiczny flet (Air Born) zestawiający jednocześnie własną nutę z motywem wiodącym w poszczególnych utworach. Do tego połamany i zaskakująco zmienny muzyczny schemat oraz mistrzowska żonglerka rytmiką (Lunar Sea). Co ciekawe, przy tak indywidualnym podejściu do kreowania muzyki wcale nie unikają grania zespołowego. Wręcz przeciwnie - te wszystkie kreowane przez poszczególnych muzyków dźwięki w ostateczności tworzą niepowtarzalną całość. Naturalnym dopełnieniem staje się kojący i niosący poetyckie treści śpiew wokalisty. Niejednokrotnie wspomagany zbiorowymi, śpiewanymi na głosy, partiami wokalnymi. Sama struktura utworu tworząca tak bardzo charakterystyczny schemat stylu grupy, opiera się w przeważającej większości na subtelnym początku, przechodzącym w sposób progresywny w energiczną i zrytmizowaną gonitwę, podążającą za najwyższej próby popisami poszczególnych muzyków. Istne kosmiczne „księżycowe szaleństwo”!



Aby osiągnąć taki efekt zespół musiał najpierw zmierzyć się z oczekiwaniami wytwórni płytowej, która dążyła do tego, aby kolejny album formacji był bardziej tradycyjny tzn. „piosenkowy” niż stanowił jedną wielką zamkniętą całość tzw. concept album. Na szczęście zespół nie uległ naciskom i postawił na swoim, wydając rzecz godną trwałej pamięci. W pełni tożsamą z intencją muzyków. Nieustannie zaznaczam, że już wówczas bardzo dojrzałych muzyków pod względem twórczym, ale też warsztatowym. Pozbawionych zbędnej pretensjonalności przekazu, a zarazem szczerych w swoich artystycznych intencjach.

Konsekwencja muzyków zaowocowała wielobarwną, zróżnicowaną i jednocześnie wypracowaną stylistycznie płytą na trwale wpisując się w kanon muzyki rockowej.



niedziela, 2 grudnia 2018

PERFECT – Perfect (1981 Polskie Nagrania Muza)


„Ze sta­nu dos­ko­nałości nie wie­dzie żad­na dro­ga w przyszłość. Osiągnąwszy dos­ko­nałość można się tyl­ko cofnąć.”
Carl Gustav Jung

Cytat ten pasuje jak ulał do historii grupy Perfect ze Zbigniewem Hołdysem.

Jest rok 1983. Olbrzymia popularność Perfectu i nagle lider formacji w osobie Hołdysa decyduje się na drastyczny krok o zawieszeniu działalności na prawie pięć długich lat. Analogie do myśli klasycznego szwajcarskiego psychologa cisną się same!

Od niebytu w byt i powrót w pierwotny stan. W międzyczasie „co nieco zdziałali” ;-) I to nie byle jak. Po prostu perfekcyjnie! Ale żeby dojść do doskonałości (lub zbliżyć się do niej) niestety trzeba się natrudzić. Podobnie rzecz się miała z procesem powstawania zarówno zespołu, jak i kultowej debiutanckiej płyty. Jak wspominają muzycy praca nad debiutem była też uciążliwa organizacyjnie.

Tworząca się konstelacja muzyków co rusz napotykała niedogodności. Sprzęt do studia Polskich Nagrań Muza mieszczącego się przy ulicy Okaryny 1 (inne źródła podają ul. Myśliwiecką i Program 3 ) w Warszawie tachała sama. O technicznych mogła wtedy tylko pomarzyć. Ustawianie wzmacniaczy, strojenie instrumentów, czy sterowanie mikserem należało w całości do poszczególnych muzyków Perfectu. Nie rzadko sesja rozpoczynała się o 10 wieczorem… Właściwie 3 sesje: w lutym, maju i czerwcu 1981 roku. Sami muzycy wspominają, że wszystko rodziło się w bólach i może dlatego przyniosło tak wiele satysfakcji i niekłamanej radości.

Ale wcześniej cały materiał był przećwiczony do… perfekcji. Tak mozolnie, dzień w dzień, przez prawie 6 godzin. Najzwyczajniej ogrywali, w jesienne dni 1980 r., do bólu nowy materiał przygotowywany z myślą o pierwszej płycie i czekali rozemocjonowani i nieco niepewni na swoje pierwsze wejście do warszawskiego studia nagraniowego. Wszystkiemu towarzyszyła wszechobecna konstruktywna motywacja i pełna mobilizacja.



Te i wszystkie przeszłe dni poprzedziło powstanie grupy w czerwcu tego samego roku zaraz po powrocie Zbigniewa Hołdysa ze Stanów Zjednoczonych. Jak wieść niesie od razu na gorąco po przyjeździe zza oceanu postanawia założyć rockowy zespół. Taki co da „takiego czadu, że powali wszystkich na kolana”.

Ten doskonały artystycznie zespół wyłonił się na gruzach poprzedniej formacji o podobnej, dłuższej nazwie. Nie wgłębiając się w szczegóły powiem tylko, że u zarania działalności, na przełomie 1977 i 78 r., zespół zajmował się wykonywaniem ówczesnych coverów muzyki popularnej towarzysząc piosenkarkom w rodzaju Ireny Santor, czy Haliny Frąckowiak. Nie śmiem oceniać i nawet nie próbuję jak to wszystko brzmiało, czy informować, gdzie było wykonywane, ale warto wspomnieć, że pierwszy skład tworzyli bardzo wartościowi instrumentaliści pochodzący z grupy Breakout: perkusista Wojciech Morawski i basista Zdzisław Zawadzki. Wokalistek z formacji Alibabki: Ewy Konarzewskiej i słynnej na całym świecie w późniejszym czasie Barbary „Basi” Trzetrzelewskiej. Ważną rolę wówczas pełnił Paweł Tabaka. Twórca pierwszej nazwy Perfect Super Show and Disco Band. Podobno taka nazwa pochodziła od części nazwiska obsługującej instrumenty klawiszowe wokalistki Fleetwood Mac: Christine Perfect-McVie.

Pierwszy słynny skład tej grupy to oczywiście Zbigniew Hołdys (gitara), Piotr Szkudelski (perkusja), Zdzisław Zawadzki (bas) i Ryszard Sygitowicz (gitara). Grzegorz Markowski dołączył później – on z kolei rozpoczynał już kilkanaście miesięcy wcześniej w zespole Victoria Singers, przeistoczonego wkrótce w formację VOX ( …tej od Ryszarda Rynkowskiego). Pierwszym otarciem się o wielką scenę frontmana Perfectu był epizod związany z użyczeniem wokalu do pierwszoplanowego utworu ścieżki dźwiękowej niezapomnianego serialu „07 złoś się”.


Pierwszy koncert składzie Hołdys / Markowski / Sygitowicz / Zawadzki / Szkudelski, zespół zagrał 1980 roku, w klubie akademickim w Poznaniu. W tym miejscu trzeba oddać głos wokaliście Grzegorzowi Markowskiemu:
„Pojechaliśmy do Poznania. Tam w domu studenckim, w takim bardzo małym klubie przyjechał Perfect oraz dwóch technicznych: kierowca i akustyk. Było nas dziewięciu, a publiczności całe siedem osób – czyli siedmiu studentów. Za zdobyte honorarium siedmiu biletów, zakupiliśmy dziesięć win po 3, 50 i upiliśmy się wraz z widownią. Wykonaliśmy pierwszy koncert na lekkim „rauszu”.

Wkrótce wszystko nabrało niebywałego rozpędu. W ciągu pół roku nastąpiła eskalacja popularności wymieszana z iście totalnym uwielbieniem. Parę miesięcy potem, tłumy fanów wybiły wszystkie szyby, aby dostać się do środka kilkutysięcznej poznańskiej hali Areny. Kolejnym świadectwem miłości słuchaczy był incydent w Toruniu, gdzie ciężaru oddanych fanów nie wytrzymały gałęzie drzew okalających amfiteatr. Na ucieczkach muzyków do kieleckich piwnic przed fanami kończąc.



Tymczasem zapotrzebowanie na koncerty wzrastało proporcjonalnie do gigantycznego wzrostu popularności. Ale niestety nie przekładało się to na sukces finansowy grupy. Zespół w tamtym czasie otrzymywał głodowe tantiemy za swoje występy. Bez względu na frekwencję na koncertach stawki oscylowały między 400 a 700 zł, więc muzycy niejednokrotnie grali dwa i więcej razy w ciągu jednego dnia!



Tę fenomenalną pod względem popularności, ale też niezwykle forsowną koncertową przygodę, przerwał brutalnie 13 grudnia i grupa zmuszona została do zawieszenia działalności do końca 1981 roku. Jednak generał Jaruzelski nie obrzydził im muzycznego życia, bo grupa funkcjonowała i tak jeszcze dwa lata. W tym czasie zespół znalazł się na cenzurowanym przez aparat bezpieczeństwa ludowej władzy. To wpłynęło negatywnie na relacje wewnątrz grupy i spowodowało powolny rozpad integracji zespołu w latach 1982- 83 .

Pierwsza płyta zespołu Perfect ukazała się na rynku w pamiętnym roku stanu wojennego – miesięcy niepokojów społecznych i rosnącej świadomości społecznych zmian. Generalnie płyta „Perfect” była protestem przeciwko ówczesnej rzeczywistości i stanowiła głos pokolenia. Była też niejako odbiciem obserwacji ówczesnej Polski. Również tej materialnej, związanej z radzeniem sobie z otaczającym ubóstwem, jak chociażby w tekście Lokomotywy z ogłoszenia. Słowa zawarte w utworach niejednokrotnie obnażały absurdy ówczesnego, sztucznie podtrzymywanego systemu społeczno-politycznego. A utwór Chcemy być sobą, śpiewany (a właściwie skandowany) był przez publiczność na koncertach słowami „Chcemy bić ZOMO” stając się tym samym formą manifestacji przeciwko ówczesnej sytuacji w Polsce. Autorem tak inteligentnych i ciętych tekstów był Bogdan Olewicz, który z roli tekściarza wywiązał się doskonale.



Słuchając wciąż na nowo tej muzyki, nie trudno o opinię, że ówczesny skład Perfektu pod wodzą Hołdysa, stworzył balans między swobodnymi popisami wokalnymi, a selektywną i dominującą od pierwszych do ostatnich chwil słuchania, dynamiczną warstwą dźwiękową.

Wśród moich faworytów trzeba wymienić otwierającą zawadiacką Lokomotywę z ogłoszenia, dynamiczne Ale w koło jest wesoło, czy liryczne Niewiele ci mogę dać i Nie płacz Ewka. Niemniej jednak, wszystkie pozostałe utwory wryły się naturalnie w pamięć za sprawą niepowtarzalnego stylu zespołu, który mógł, a raczej powinien konkurować z ówczesnymi zachodnimi kapelami.

Album ten zaopatrzony został w skromną pod względem graficznym okładkę, autorstwa znanego grafika-karykaturzysty Edwarda Lutczyna, który w centralnym punkcie białej obwoluty umieścił napis - logo grupy. Stąd umowna nazwa płyty „biały album”. Perfekt w składzie znanym z debiutu nagrał jeszcze dwie, całkiem udane płyty, i zawiesił działalność. Po kilku latach dokonał reaktywacji, ale już bez swojego pierwszego lidera w osobie Zbigniewa Hołdysa.




czwartek, 4 października 2018

HYDRA – Rock The World (Polydor 1977)

Bywają różne płyty. Pretensjonalne, niezmiernie zawiłe w swojej strukturze. Obok nich istnieją takie, gdzie zgoła odmienne cechy wiodą prym: najważniejsza jest prostota, moc, spontaniczność oraz charyzma. Mówiąc krótko atrybuty czystego rock and rolla.

Rock The World to trzeci i niestety ostatni studyjny album grupy w składzie: Spencer Kirkpatrick – gitara, Wayne Bruce – gitara basowa i wokal, Steve Pace – perkusja. Prawdopodobnie najlepszy w twórczości zespołu. Znajdziemy na nim garść muzycznych tematów, które emanują czystą energią. Sprawią, że będziemy cieszyć się rockowym pięknem. Grają jakby na żywo podczas koncertu przed publicznością. Bez zbędnych dogrywek i nakładek. Bez specjalnych ceregieli. Wycyzelowania wysublimowanych dźwięków. Uczciwie, bez ściemy. Prosto i do przodu! Mam poczucie, że zwyczajnie robią swoje z potężnym ładunkiem entuzjazmu.
Bliżej nieznane trio. Jeśli nie całkowicie, to zapewne częściowo. Idące w konkury ze słynniejszymi amerykańskimi zespołami. Kompaktowe utwory z chwytliwymi riffami i motorycznymi rytmami są wykonywane w zawadiacki sposób przez naprawdę dobrych muzyków. Rasowy, chrapliwy wokal i dobra gra zaledwie trzech muzyków. Klasyczne „Power Trio”. 




Można ubolewać, że obecnie niestety podobnych zespołów ze starej szkoły jest jak na lekarstwo. Ciekawe, że nigdy nie koncertowali poza USA. Jak już jesteśmy przy Ameryce, to w czasie swojej świetności, Hydra wspierała na koncertach zespoły takie jak ZZ Top, The Allman Brothers Band, Lynyrd Skynyrd, itp. Nieprzypadkowo więc podpisali swój kontrakt ze sztandarową wytwórnią southern rocka Capricorn Records, gdzie wydała dwie pierwsze płyty (jeszcze jako kwartet), by opisywaną wydać pod szyldem Polydor Records.


Zaznaczam, że utwory zaprezentowane na tej płycie nie mają może tej klasy co sztandarowe dzieła wyżej wymienionych zespołów, i to zarówno pod względem wykonawczym jak i twórczym. Pomimo tego świadczą o tym, że trio z Atlanty na własnej muzycznej drodze nie miało do zaoferowania jedynie przeciętnego wykonania i sztampowego odegrania własnych pomysłów. Może nie w pełni dorównali rockowym klasykom, ale w zamian, pod względem wyemitowanej pozytywnej energii, mogą równać się z najlepszymi dokonaniami słynnych rockmanów. Partie poszczególnych instrumentów stanowią zamkniętą całość. Niejednokrotnie z głośników zieje ogniem. Co w końcowym efekcie przydaje rumieńców ich twórczości.


Z czym może się kojarzyć muzyka grupy? Wczesne Bad Company spotyka Mott the Hoople wspomagany przez Robina Trowera, skrzyżowanego z Tedem Nugentem i podlany nutą Outlaws oraz Lynyrd Skynyrd. Opisuję to jako mieszankę country (może lepiej do nich pasuje termin „americana”), rocka, bluesa. Czyli fajne, bujające, niezwykle żywiołowe i pełne radości klimaty. No cóż, w kategorii klasycznego rocka spisali się bezapelacyjnie na medal!



sobota, 22 września 2018

MOXY – Moxy (Polydor 1975)

Zapraszam Was do nowego działu na blogu. Więcej o zamyśle jego powstania przeczytacie w zakładce: MAŁO ZNANE, MAŁO GRANE.
Na start - płyta, która trochę zainspirowała mnie do stworzenia takiego zakątka na blogu - dla muzyki niezbyt znanej szerokiej publiczności, a zdecydowanie wartej poznania. Jest taka fajna, że nie wypada przejść obok niej obojętnie.


MOXY – Moxy (Polydor 1975)
Trochę wczesny Rush, troszkę Budgie. Kto lubi twórczość wspomnianych, na pewno z entuzjazmem przyjmie dźwięki zawarte na debiucie kanadyjskiej fomacji Moxy. Czarna okładka, a na niej napis - logo zespołu. Nic więcej, bez zbędnych ozdobników. Oszczędnie i wyraziście. Bez współczesnej sterylności. Naturalnie i z wyczuciem, jak to bywało w złotych latach 70-tych. Rasowy hard rock. Dla mnie rewelacja!
Nagrany w niecałe czternaście dni na początku 1975 roku w dzielnicy Van Nuys w Dolinie San Fernando, w rejonie Los Angeles. Tak trochę przez przypadek za ścianą realizował swój projekt gitarzysta Tommy Bolin (m. in. James Gang, Deep Purple), który z wielką chęcią przyłączył się do sesji nagraniowej Kanadyjczyków. Co wyszło z muzycznego przymierza nie trudno się domyśleć. Bolin poprzez bajeczne solówki nadał całości unikalny, gitarowy sznyt (udział w 6 z 8 kompozycji zawartych na krążku) i zapewne zainspirował zespół do wzniesienia się już w debiucie na  artystyczne wyżyny. Zapewne tak dobrej płyty nie udało się Moxy powtórzyć, gdyż poziomem i jakością grania podnieśli sobie poprzeczkę, której nigdy nie pokonali. Nic, tylko się delektować graniem. Ale oddając całą prawdę, trzeba wspomnieć, że innym mocnym walorem twórczości zespołu, był głos niepowtarzalnego wokalisty Buzza Shearmana. Prawdziwego frontmana z krwi i kości. Takiego, co ma jakby wrodzoną technikę, czuja i do tego  gardło jak dzwon. W uzupełnieniu dodam, że wokalista ten dwa lata później z powodu kłopotów ze strunami głosowymi musiał zawiesić współpracę z zespołem na kolejne dwie „wiosenki”. Innym ciekawym wątkiem jego kariery była poważna przymiarka do AC/DC po śmierci Bona Scotta w 1980 roku.

Oprócz muzyki Buzz Shearman miał jeszcze inną miłość, którą były motocykle. Niestety uczucie to doprowadziło do sytuacji nieodwracalnej. Wypadku drogowego (16 czerwca 1983 r.) w wyniku czego Shearman zakończył doczesną wędrówkę.
„Czarny Album” aka „Moxy I” stał się błyskawicznie hitem w Kanadzie i USA, między innymi dzięki gościnnej grze gitarowej Tommy'ego Bolina i sile pierwszego singla, promującego album Can Not You See I'm A Star. Moxy z dnia na dzień stał się, jednym z najbardziej obiecujących formacji hard rockowych pochodzących z kraju klonowego liścia. Został nawet okrzyknięty „Canada's Led Zeppelin”.


Koncertował z powodzeniem po całej Ameryce północnej, dzieląc sceną z AC/DC, Black Sabbath, Styx, Rainbow i Boston. Mimo to nie zdobył takiego rozgłosu, na który zwyczajnie zasługiwał.
Sądzę, że na dobry początek to wystarczy. Po prostu niech przemówi muzyka.