środa, 4 kwietnia 2018

BAD COMPANY – Bad Company (Swan Song 1974)

Wyobraź sobie zespół. Niby nic trudnego. Mamy gitarę, dodamy bas, uzupełnimy to perkusją i aplikujemy wokal. Czyli typowo i tradycyjnie. Można rzec jak najbardziej rockowe instrumentarium. Pozornie nic nowego. Banalna sytuacja.

W Stanach zjednoczonych powstaje zespół rockowy złożony z Brytyjczyków. Klasyka - czterech długowłosych gości z całkiem niezłym muzycznym dorobkiem na nowo rozpoczyna swoją muzyczną przygodę. Panowie mają szczęście, bo ich wokalista potrafi śpiewać. I to jak!!! Wyróżnia się głębokim głosem o ciepłej barwie, ale z domieszką wytrawnej zadziorności, która niezmiennie do dziś intryguje. Taki głos to istny diament. Dodajmy, że jest środek lat 70-tych, czyli idealny moment na to, by rockową muzyką opartą na prostych riffach zawojować świat. Wielu tego próbowało, nieliczni odnieśli sukces.

Niektórzy próbują budować nową jakość, świadomie pomijając fundamenty. Zrywając z tradycją. Co kończy się często stylistycznym zagubieniem i zajściem w ślepy zaułek. Osobiście myślę, że muzyka najbardziej wartościowa nie powstaje w próżni. Nawiązuje do swobodnych, naturalnych źródeł. Na szczęście, opisywani wykonawcy zapuścili głęboko korzenie w żyznej glebie muzycznych tradycji. Aby wyssać stamtąd ożywcze mikroelementy i wydać soczyste, świeże owoce.
Pytanie: jakich tradycji?
Stojących okrakiem między kontynentami podzielonymi Atlantykiem. I taka postawa wyszła na dobre grupie, powstałej na gruzach słynnego Free, ciesząc słuchaczy przywiązanych do spuścizny zarówno amerykańskiej jaki i brytyjskiej. Bo tak się wtedy grało: czerpiąc całymi garściami z tego, co najlepsze w tych rejonach świata.



Może ktoś powiedzieć, że nie byli zbyt oryginalni, że nawet z deka wtórni. Być może to po części prawda. Ale czy w muzyce chodzi wyłącznie o to, by zaskakiwać czymś nowym? Czy eksperyment musi być ciekawszy od twórczego odczytania starych patentów?

Ano właśnie! Formacja pod przewodnictwem Paula Rodgersa nie musiała nic udowadniać. Najzwyczajniej sama się obroniła, swoją niewymuszoną, niewyszukaną stylistyką w dobrym znaczeniu tych słów! Muzyka szczera, organiczna, dynamiczna, niosąca ze sobą żywe poruszenie, a niekiedy subtelne emocje.



Połączone siły czterech muzyków „Złego Towarzystwa”, okazały się idealną symbiozą talentów i umiejętności, zamieniając je w dobrze nasmarowaną i bardzo inteligentną, nie do zatrzymania, muzyczną maszynę. Osiągnięcia te były wynikiem zdolności i doświadczenia muzyków. Prostego i względnie oszczędnego podejścia do rock and rolla, które naprawdę trafiło w gusta słuchaczy preferujących naturalne rockowe brzmienia, tak bardzo rozchwytywane w latach siedemdziesiątych. Z tego powodu, jak nie trudno wydedukować, osiągnęli natychmiast ogromny sukces artystyczny i równocześnie komercyjny. Powodzenie to trwało przez kilka lat, zwłaszcza w USA.

Przypominam – wokal (incydentalnie klawisze), gitara, gitara basowa i perkusja. Czy potrzeba coś więcej? Najzwyczajniej w tym przypadku „mniej znaczy więcej!”



I pomyśleć, że o mały włos Paul Rodgers zostałby wokalistą innego giganta rocka - Deep Purple - po odejściu Iana Gillana w 1973 roku. Na szczęście lub niestety, już wtedy, frontman Free był zaangażowany w formowanie nowego zespołu i grzecznie odmówił propozycji Purpurowych. Bad Company u zarania działalności stał się projektem wspomnianego wokalisty, a także pozostałych muzyków w osobach: ex-gitarzysty grupy Mott The Hoople Micka Ralphsa, perkusisty Free Simona Kirke’a i… brakowało tylko basisty. W roli tej po wyczerpującym castingu, został obsadzony były gitarzysta basowy zespołu King Crimson, Boz Burrell. Jednak zanim zatrudnili Boza, dzięki zaangażowaniu Paula Rodgersa, udało się trafić nowo zawiązanej formacji pod skrzydła legendarnego menagera Led Zeppelin.



Peter Grant, który jako ich niezwykle przedsiębiorczy opiekun, wyniósł nowo powstały zespół do miana gwiazdy rocka za sprawą firmowania kwartetu pod szyldem własnej, zbudowanej na potrzeby Led Zeppelin, firmy fonograficznej Swan Song. A debiutującej właśnie pierwszym wydawnictwem Bad Co. Już na wstępie ich działalności wszystko układało się niezwykle pomyślnie, gdyż dostali od losu błyskawiczną szansę rejestracji nowych, muzycznych pomysłów w mobilnym studiu - Headley Grange, okupowanym przez tytanów rocka Led Zeppelin (rejestrujących albumu Physical Graffiti). Z powodu przyziemnych problemów zdrowotnych John Paul Jonesa, cierpiącego w tym czasie na grypę, Zeppelini zmuszeni zostali do przerwy w nagrywaniu swojej płyty. Bad Company naładowany nowymi pomysłami błyskawicznie wykorzystali tę szansę z super skutkiem!



W czym tkwi siła muzyki kwartetu? Najłatwiej wskazać wokalistę Paula Rodgersa, jako siłę napędową zespołu i największą ozdobę tej muzyki. Obdarzonego świetnym, czystym i mocnym głosem. To nie jest przeciętny rockowy wokalista, to jest archetyp rockmana, zwierzę sceniczne – postawa, ekspresja, maniera znamionująca nietuzinkowych artystów. Bądźmy szczerzy. Wokalistów z taką charyzmą jest jak na lekarstwo.

Wiadomo, że Bad Company to nie Free i nigdy nie miało muzyki o takim ładunku surowości i romantyzmu. Nie ma wątpliwości, że na muzykę Bad Company o wiele mniejszy wpływ miał blues. Sprawcą takiego brzmienia, często opierający się na riffach gitarowych, okazał się Mick Ralphs, poszukujący nowej artystycznej drogi poza grupą Mott The Hoople, którą niedawno porzucił, ku rozpaczy dawnych kolegów z zespołu, dla nowego wyzwania o nazwie Bad Company.



Dawka muzyki z początków działalności Bad Company (okresu najbardziej płodnego, efektywnego) to rock zdecydowanie bardziej konwencjonalny, nastawiony na rytmiczne kołysanie i wspólne skandowanie refrenów (Can't Get Enough). A jednak te numery tak bardzo się nie zestarzały. Wręcz przeciwnie. Wiele z nich nabrało z wiekiem szlachetnej patyny.



Co jeszcze? Czysty dźwięk, fantastyczny, świetnie nagłośniony głos Paula, klarownie brzmiące gitary Micka, miękki bas Boza i klarowne bębny Simona. Po prostu rockowy kop! Solidna kontynuacja drogi obranej przez Free i poddana owocnej stylistycznej ewolucji, niosącej esencję rocka and rolla, przepełnionej witalnością i świeżością (Rock Steady). Przy tym bogata w wysmakowane brzmieniowe harmonie, ostre rockowe akcenty i jednocześnie łagodne aranże (Ready for Love, The Way I Choose) oraz towarzyszące całości niezwykle nośne linie melodyczne (Movin' On). Klasyczny rock niezmiennie w pełnym natarciu. Wyważony. Napełniony szlachetną zwiewnością (Seagull) i kontrastującą zmiennością brzmienia (Bad Company). Niezwykle spójny, a zarazem uduchowiony, mający w sobie chyba najwięcej uczucia spośród wszystkich albumów tego zespołu.

Ps. Płytę tę poznałem jako pierwszą z całego dorobku zespołu. W gruncie rzeczy absolutnie naturalnie zainteresowałem się nią za sprawą wspaniałej muzyki poprzedników, czyli formacji Free. W uzupełnieniu dodam, że obok instrumentalistów Bad Company gościnnie udzielał się Mel Collins na saksofonie, skądinąd znany z grupy King Crimson.



niedziela, 11 marca 2018

THE HARDER THEY COME (Original Soundtrack Recording) – (Island 1972)


THE HARDER THEY COME – reż. Perry Henzell (Xenon Pictures 1972) 

Gangsterzy nie będą dwa razy myśleć czy cię zastrzelić. Nie pozwól im, żeby Ciebie zauważyli, dopóki też nie będziesz miał broni.
Damian Marley (syn Boba Marleya) 

Wakacje pod palmami. Wylegujesz się na leżaku lub w hamaku. Pod tobą rozgrzana piaszczysta plaża. Słońce w pełni, lekka bryza. Gdzie okiem sięgnąć bezkresne morze jakby wyjęte żywcem z fotografii przewodnika biura turystycznego. Dookoła kompletny spokój i beztroska. Popijasz zimnego drinka. Jamajka w naszych wyobrażeniach jest rajem na Ziemi, miejscem bez trosk, pośpiechu. Krainą lenistwa. Ojczyzną najlepszego na świecie rumu i nie gorszej kawy - Blue Mountain. Gdzieś w tle majaczy niezwykle rajcowna i witalna muzyka reggae, do której zaraz powrócę. Wizja doprawdy pełna jasności. A jak jest naprawdę? Druga strona, ponura, napełniona ubóstwem, homofobią, przestępstwami i życiem na granicy prawa. Brudna ulica w zaniedbanej dzielnicy. Rywalizacja gangów. Młodociani bandyci grasują w ciemnych zakamarkach ulic. Walczą na noże. Ktoś ginie. Gdzieś dalej gangsterzy wyrównują porachunki za pomocą broni palnej. Ulice Kingston, stolicy Jamajki, często spływały krwią – nie tylko gangsterów, ale i niewinnych ludzi. Ale w powszechnej świadomości wciąż nie chcemy dostrzec, że Jamajka to nie tylko wyszukane drinki, trawka i Bob Marley. Choć pewnie teraz nie jest tak źle jak kiedyś. Tamtejsza rzeczywistość przypominała piekło jeszcze 40 lat temu, jeśli wziąć pod uwagę stan sprzed okresu wprowadzenia zakazu posiadania broni. Jak na dzisiejsze standardy są one jednymi z najbardziej drakońskich na świecie. Obywatel musi podać ważne powody, dla których ubiega się o pozwolenie. W latach 70-tych w wyniku działań podjętych przez władze Jamajka stała się enklawą bez pistoletów i innych „pukawek”. Ówczesny premier Michael Manley pod wpływem narastającej fali przestępstw wprowadził embargo na posiadanie broni bez żadnego limitu. Ale czy udało się powstrzymać skutecznie fale przemocy to już dyskusja na inną okazję?



Dla Jamajczyków tak naprawdę istnieją tylko dwa światełka w ciemnym tunelu: sport i muzyka. Ten pierwszy, spopularyzowany przez biegacza Usaina Bolta. Drugi chyba nie trzeba przypominać :-) Muzyka zazwyczaj jest ostatnim przyczółkiem nadziei dla Jamajczyków. Miejscem gdzie skumulowane emocje, zarówno te dobre jak i złe, dają upust ku uciesze wdzięcznych słuchaczy. Choć historia gatunku sięga kilku stuleci (wieki niewolnictwa), to swoimi korzeniami współcześnie rozumiane reggae sięga schyłku lat pięćdziesiątych i początku kolejnej dekady ubiegłego stulecia. To wtedy w dniu 6 sierpnia 1962 roku ta karaibska wyspa uzyskała niepodległość.

Wówczas to w Kingston na Jamajce jak grzyby po deszczu pojawiali się muzycy, którzy czerpali swoją inspirację z dawnych tradycji afrykańskich niewolników, tak licznie sprowadzanych na wyspę oraz kultury nyabinghi, a tym samym przeróżnych gatunków muzycznych: calypso, blues, mento, liczne rytmy afrykańskie, indyjskie raga, soca, ju–ju, salsa, muzyka Indian Południowej Ameryki, ska, rumba, cumina-burru i samby. Światowy rozgłos zyskało w latach siedemdziesiątych dzięki twórczości „ojca Reggae” Boba Marleya, który skutecznie wylansował ten gatunek.


Oczywiście nie był on prekursorem tej muzyki, gdyż wszystko odbywało się kilkanaście lat wcześniej. Sama ewolucja dokonała się za sprawą spowolnienia tempa muzyki ska i implementowanie elementów rocksteady. Ewolucja posuwała się dalej i dęciaki zostały zastąpione mięsistymi partiami gitary basowej, do tego pianino niespiesznie ustąpiło miejsca tłustym pasażom organów Hammonda. Ze względu na symetrię tempa, muzyka reggae grana jest przeważnie w parzystym metrum 4/4. Charakterystyczny dla reggae jest schemat rytmiczny, łączący wyrazistą linię basu i beat perkusyjny, który określa się mianem riddimu. Nadając reggae’owym kompozycjom z lekka transowy charakter. Określenie reggae zostało użyte najwcześniej przez lidera jamajskiego zespoły Toots & The Maytals Fredericka „Tootsa” Hibberta w 1967 roku. Istnieje parę wersji rodowodu tego terminu. Pierwszy z nich mówi, że pochodzi on od słowa Regga, nazwy plemienia zamieszkującego w okolicach afrykańskiego jeziora Tanganika. Natomiast jamajski gitarzysta wymienionej formacji Hux Brown, podaje inną definicję oznaczającą żartobliwy wyraz, które oznacza nieregularny rytm oraz sensualne brzmienie. Podczas gdy Bob Marley twierdził, że słowo to ma pochodzenie hiszpańskie i określa „króla muzyki”.



Przejdźmy do meritum sprawy.
Soundtrack do filmu The Harder They Come, który okazał się sukcesem wykraczającym swoim rozgłosem poza obszar Jamajki, powoli i skutecznie pozwolił się przebić odtwórcy głównej roli Jimmiemu Cliffowi do pierwszej ligi muzyki reggae. Same kompozycje zawarte w filmie The Harder They Come nie były specjalnie przygotowywane pod produkcję filmową, a raczej stanowiły składankę (także innych wykonawców) utworów skomponowanych i zarejestrowanych w ciągu 6 lat (1967-1972). Trzeba przyznać, że film wraz zawartą muzyką idealnie trafił w czas eksplozji popularności reggae.

To właśnie Bob Marley w tym samym czasie wypłynął na szerokie wody ogólnoświatowej popularności. Także dzięki temu filmowi muzyka rodem z Jamajki jak nigdy dotąd okazała się tak odświeżająca dla duszy melomanów. Melodyjny Głos Cliffa wzbija się w górę niczym szlachetny ptak (wystarczy posłuchać Many Rivers To Cross), co sprawia, że jego popisy wokalne są potężniejsze niż u prawie każdego innego artysty reggae, oczywiście poza bezkonkurencyjnym Bobem Marleyem i jego legendarnym The Wailers. Ta muzyka bezsprzecznie posiada magię i pozwala bezapelacyjnie zerwać więzy grawitacji. Słyszymy nie tylko korzenne reggae w postaci reprezentatywnych reggeaowych wykonawców takich jak The Maytals (Pressure Drop) i The Melodians (Rivers of Babylon). Mamy też do czynienia z soulowymi popisami Jimmy’ego Cliffa Many Rivers to Cross. Nie brakuje też nawiązań do pierwotnych elementów jamajskiej muzyki w postaci Scotty (Draw Your Brakes), czy też The Slickers (Johnny Too Bad).
 
Film okazał się jednym z pierwszych dzieł jamajskiej kinematografii wychodzącej poza słoneczną wyspę. Zaznaczam, że nie jest to coś nadzwyczajnego, jeśli chcemy doszukiwać się artystycznych wzlotów, najzwyczajniej obraz niesie urzekającą muzykę jamajskich wykonawców. Niskobudżetowa produkcja, jaki i przewidywalny, zakrawający o tandetę scenariusz, absolutnie nie mógł konkurować z innymi ambitniejszymi dziełami światowej kinematografii. Mimo to film okazał się objawieniem na Jamajce. Bez retuszu ukazywał prawdziwe oblicze czarnoskórych Jamajczyków uwikłanych niejednokrotnie w życiowe zawirowania losu. Scenariusz filmu, jakby żywcem wyjęty z filmów gangsterskich lat 40-tych, luźno bazuje na kanwie działalności autentycznej postaci Vincenta „Ivanhoe” Martina, zwanego Rhyging, a działającego w Kingston poza prawem bez mała ponad 70 lat temu. Nazwa Rhyging stanowiła również roboczy tytuł filmu, następnie przemianowana na Hard Road to Travel, by ostatecznie zabrzmieć The Harder They Come.

Sama fabuła opowiada o naiwnym chłopaku „bez grosza przy duszy” przybywającym z głębokiej prowincji. Ivan Martin, bo tak nazywa się pierwszoplanowa postać (w tej roli Jimmy Cliff), przybywa do Kingston w poszukiwaniu lepszego losu, ale też sławy. Nagrywa swój przebój, ale styl życia narzucony przez pozbawionego skrupułów impresario muzycznego jest bezlitosny. Zdesperowany bohater rzuca się w szaloną walkę z zastałym systemem: nieuczciwym producentem muzycznym, gangsterami, którzy działają poza prawem w biznesie narkotykowym oraz skorumpowanymi stróżami prawa. Szybko staje się najbardziej poszukiwanym człowiekiem na wyspie, ale także buntowniczym guru dla autsajderów jamajskich slumsów. Paradoksalnie, ten straceniec uwikłany w zbrodnie, podążający drogą bez wyjścia, dostaje się na szczyty list przebojów dzięki tytułowej kompozycji i jednocześnie staje się wyrazicielem ludu pozostającego poza marginesem społecznym. Bez mała jednostką wyrażającą głos zwykłych ludzi z nizin społecznych, desperację i bunt przeciw wszelakim formom arogancji dyktatorów patologicznych układów społecznych.



The Harder They Come idealnie odwzorowuje powyższe słowa zamieszczone na wstępie. Doskonale oddaje klimat eksplozji reggae na świecie, ale też „gęstą” atmosferę społeczno-mentalną Jamajczyków sprzed 45 lat. Reżyser Perry Henzell stanął na wysokości zadania znakomicie rozkładając akcenty muzyczne na całej przestrzeni swojej filmowej opowieści. Pierwszy film z Jamajki, który pozostawił po sobie w uszach wszystkich spoza Karaibów jedną ważną rzecz: muzykę reggae. Ścieżka dźwiękowa do dzisiaj jest uważana za przełom dla reggae w Stanach Zjednoczonych. Płyta z soundtrackiem uchwyciła reggae w chwili, gdy weszło w swój złoty okres na początku lat 70 - z różnorodnością stylów, witalnych rytmów i egzotycznych klimatów. The Harder They Come pomógł Jimmy'emu Cliffowi stać się międzynarodową postacią spod szyldu reggae. Przyczynił się do powstania czterech autorskich, znakomitych kompozycji do filmu: The Harder They Come, Many Rivers to Cross, You Can Get It If You Really Want, Sitting in Limbo



Na koniec coś budującego. Pomimo codziennych trosk i wbrew biedzie przeciętnego Jamajczyka, mieszkańcy ojczyzny reggae są nastawieni do świata optymistycznie. Coś, co z punktu widzenia Europejczyka jest skrajną nędzą, tam pozwala przeżyć. Z kolei to co stanowi u nas normę względnej stabilizacji i bezpieczeństwa tam może być jedynie pobożnym życzeniem. A może to żarliwe słońce powoduje, że uśmiech nigdy nie gaśnie z twarzy mieszkańców karaibskiej wyspy?!



sobota, 20 stycznia 2018

BUDKA SUFLERA – Za Ostatni Grosz (Tonpress 1982)

Pierwszy w pełni świadomy kontakt z żywym rockiem zanotowałem w 1981 lub 1982 roku. Dokładnie nie przypominam sobie jak to była pora roku. Natomiast pamiętam, że było dość chłodno. W klubie, w mojej miejscowości, grały dwa zespoły stawiające pierwsze kroki na rodzimym rynku muzycznym. Pierwszy z nich to grupa Korpus, grająca typowego rocka na solidnych wzorcach amerykańskich i brytyjskich. Co najbardziej zaskakujące, to debiutująca płytą Respekt dopiero... w 2017 roku!!! Drugim wykonawcą był zespół (chyba polski?), którego dokładnie nazwy nie pamiętam (coś mi majaczy „pod kopułą”, że to XXCZ, czy też XXTZ lub coś podobnie brzmiące), a którego na próżno szukać w Internecie. Grali również rocka, ale wyłącznie instrumentalnego i w dodatku zaawansowanego technicznie. Może ktoś kojarzy o co mi chodzi? Wspominając te koncerty jak przez mgłę pamięci, trzeba przyznać, że musiały wywrzeć na młodym człowieku duże wrażenie, skoro sięgam do tych chwil, pomimo upływu tylu lat.

Konkludując powiem kolokwialnie: obie kapele dały niezłego czadu! Mogę śmiało stwierdzić, że ów koncert stanowi cezurę dla mojego postrzegania całego zjawiska jakim stała się muzyka, szczególnie ta rockowa. Ta muza po prostu mnie kupiła! Minęło kilka miesięcy i ponownie w to samo miejsce zawitała już wtedy słynna Budka Suflera. Oczywiście była to dla mnie jazda obowiązkowa! Nie mogło mnie tam zabraknąć! Wówczas, co ciekawe, ta lubelska formacja była pozbawiona najsłynniejszego wokalisty - Krzysztofa Cugowskiego, który w tym czasie żył własnym projektem pod nazwą Cross. I można się zdziwić, ale faktycznie sprawdziło się przekonanie, że nie ma ludzi niezastąpionych. Mówię to z całkowitą odpowiedzialnością i choć bardzo cenię oraz lubię wokal Cugowskiego seniora, to w tym wypadku górę bierze moja słabość do tego wydawnictwa, któremu chciałbym poświecić te słowa.


Album Za Ostatni Grosz jest spójną, jednorodną produkcją, pozbawioną charakterystycznych, obrazowych i nasyconych partii klawiszów, tak bardzo obecnych we wcześniejszej twórczości Romualda Lipki i spółki. Co w gruncie rzeczy było niewymuszonym nawiązaniem do tego, co było wtedy na czasie, na szerokim, rockowym firmamencie. Nie żeby od razu całkiem zanikły dominujące, gęste brzmienia syntezatorowe, lecz tym razem zeszły one na plan dalszy, jakby zrównując się w swojej ekspozycji z pozostałymi instrumentami. W zamian z rezygnacji ze złożonych struktur rozbudowanych kompozycji, zespół proponuje zgrabne i zwięzłe, ale nie tandetne, przystępne w odbiorze utwory (Wszystko To Widział Świat, Roku Dwóch Żywiołów, Kto Zrobił Mi Ten Żart). Co wyraźnie świadczy o elastyczności stylistycznej jak i niezależności artystycznej zespołu.
 
Zaś niebanalnym ozdobnikiem okazało się niezwykle stylowe, czyste brzmienie gitary Fendera Jana Borysewicza, znamionujące jego nieprzeciętny już wtedy i nabierający rozpędu talent, a uwidoczniony w pełnej krasie w następnej koncepcji gitarzysty pod nazwą Lady Pank. Natomiast teksty, notabene całkiem dobrze zaśpiewane przez drugiego wokalistę Budki, które opatrzyły kompozycje z tego longa, to nic innego, jak bardzo trafne odbicie polskiej, niejednoznacznej codzienności. Ery niepokojów, niedostatków i nadziei początków lat osiemdziesiątych XX wieku. Taki specyficzny znak czasu, zastygły na czarnym winylu (album nagrywany od lutego do maja 1981, a wydany dopiero w kolejnym 1982 roku). 

"Był postacią charyzmatyczną, niezwykłą, najprawdziwszym artystą estradowym. Był tak wiarygodny w tym, co robił, że nie sposób było go nie lubić. Miał dar nawiązywania kontaktu z publicznością. Po trzech pierwszych minutach, niezależnie czy było to kilkadziesiąt, czy kilkaset osób, stawał się ich przyjacielem."
(Tomasz Zeliszewski (perkusista Budki) o Romualdzie Czystawie, śpiewającym na tym albumie.) 


Brodaty wokalista, idealnie pasujący do stylu grupy. Z wyglądu wzbudzający zaufanie i głębokie przeświadczenie u odbiorcy, że śpiewa ze szczerych pobudek i miłości do rocka, a nie jak to niestety dzisiaj często bywa, wyłącznie z komercyjnego asumptu. Świetnie czujący charakter i klimat utworów Budki. Przy dobrych zdolnościach muzycznych i ciekawej, niewymuszonej manierze głosowej, prezentował niepowtarzalny i charakterystyczny styl interpretacji wokalnej. Niestety, niebawem po nagraniu tej płyty, z przyczyn zdrowotnych (kłopoty z nadwerężonym głosem) opuścił formację i porzucił wokalną aktywność, choć jeszcze kilkakrotnie na własne życzenie pojawił się incydentalnie w niezapomnianych szlagierach Budki Suflera.

Muzycznie Za Ostatni Grosz, nawiązuje z lekka do twórczości Dire Straits, może trochę Floydów. Gdzieniegdzie pobrzmiewa mocniejsze rokowe granie, tak modne w tamtych czasach dzięki Whitesnake, czy też Foreigner. Tudzież wybrzmiewają nuty wczesnego Lady Pank dzięki Janowi B. w Nie wierz nigdy Kobiecie (o dziwo dołączony jedynie jako bonus do wydanej w 1996 r, wersji kompaktowej) i Nie Taki Znowu Wolny. Tytułowiec, wyposażony w świetny tekst Marka Dutkiewicza, do dziś może wywoływać szybszy puls, dzięki energii wyzwolonej przez ten znakomity riff i nośną gitarową solówkę. Pozbawiona archaiczności hard rockowa jazda w Mojemu miastu na do widzenia, doprawdy napędza wyrazistość kompozycji i do dziś ani na chwilę nie zdaje się być „przeterminowana”.

Dla niedowiarków, to wbrew pozorom, kawał naprawdę świetnej roboty, zarówno pod względem muzycznym, jak i literackim, dzięki doborowym, trzymającym znakomity poziom słowom kultowego tekściarza Janusza Mogielnickiego. 

Rock and roll na dobry początek

Wielkie lody ruszyły, disco wreszcie trafił szlag
Zima prawie się zmyła, rock'n'rollem pachnie kraj.
Wszędzie jakby był znów nowy duch, nowy luz,
Dobra stara muzyka między nami żyje znów.

Zrób coś też i ty dla rock'n'rolla,
Zrób coś też i ty dla rock'n'rolla.
Głupio byłoby czekać póki dobra passa trwa,
Życie szybko ucieka, nie ma sensu z boku stać.
Jeśli serio chcesz dalej w tym rytmie żyć,
Samo to się nie zrobi, jeśli ty nie zrobisz nic.

Zrób coś też i ty dla rock'n'rolla,
Zrób coś też i ty dla rock'n'rolla.

Wielkie lody ruszyły, ale to nie koniec z tym,
Chociaż licho się skryło, gdzieś po kątach jeszcze śpi.
Otwórz okna i drzwi, cały swój przewietrz dom,
Niech z przeciągiem wyleci stare, zasiedziałe zło.
Disco wreszcie trafił szlag,
Rock'n'rollem pachnie kraj.
Póki dobra passa trwa,
Nie ma sensu z boku stać. 

W uzupełnieniu, krótkie spostrzeżenie o dość osobliwej, pierwotnej okładce analogowego wersji „Grosza”. Głęboko osadzonej w historii polskiej fonografii. Gdyż wyglądem (lichej jakości tektura) budziła skojarzenia, z tak powszechnym w minionej epoce sprzed 35 lat, kryzysowym „opakowaniem zastępczym”, tym samym stwarzając pozory, jakby była wytworzona za przysłowiowy „ostatni grosz”. W konsekwencji spowodowało to kilkumiesięczny poślizg ukazania się albumu. Zwyczajnie cenzorom nie podobało się umieszczenie na ubogiej obwolucie albumu wizerunku monety o nominale jednego grosza, który jak nie trudno zgadnąć, symbolizował niewesołą w sferze społecznej jak i materialnej, kondycję naszej rodzimej polskiej rzeczywistości. No bo i jak… można było podważać słuszną linię „nieomylnej” ówczesnej ludowej władzy. 





niedziela, 7 stycznia 2018

PINK FLOYD – Wish You Were Here (Harvest 1975)




Pisać coś nowego, a zarazem mądrego i jednocześnie niebanalnego o czymś tak oczywistym jest, jak nie trudno się domyśleć, zadaniem wybitnie niełatwym. Być może popadnę w schemat wielu poprzedników, ale tym tekstem „żadnej ameryki” nie odkryję. Tak właściwe nie mam absolutnie chęci tak postąpić. No i jak tu podejść do tematu, który wydaje się całkowicie wyczerpany na wszystkie sposoby? Na pewno nie zamierzam poddać go dogłębnej analizie, czy tym bardziej wartościować, czy kategorycznie polecać komukolwiek. Bardziej chodzi mi o osobiste nastawienie do tego dzieła. Bo tak po prawdzie, inaczej nie sposób napocząć tej bez mała wielkiej muzy, nierozerwalnie istniejącej w symbiozie z warstwą tekstową, wyrażającą bardzo intymny aspekt ludzkiego życia jakim jest uczucie osamotnienia. Dokładnie - alienacji w kontekście ludzkiej egzystencji.

Wish you were here - chciałbym, żebyś tu był. Cały album Pink Floyd jest o utracie (w każdym znaczeniu tego słowa). Lodowatym dotyku uczucia izolacji. Ale też intencji niewyrażonej tęsknoty, niejako skierowanej do byłego muzyka formacji Syda Barretta.

"Barrett był symbolem wszystkich skrajności nieobecności, z którymi niektórzy muszą stoczyć walkę, ponieważ jest to jedyny sposób, w jaki mogą poradzić sobie z tym pieprzonym, smutnym współczesnym życiem."
Roger Waters

Podobnie jak zespół zmierzył się u zarania powstania tej płyty z niebotycznym poziomem, który zdefiniowała Ciemna Strona Księżyca, tak też zdecydowanie sporym, osobistym wyzwaniem jest próba wiwisekcji tego dzieła. Sam zespół próbując zmierzyć się ze swoim sukcesem zarówno artystycznym jak i komercyjnym poprzedniego krążka, obrał kierunek pierwotny swojego artystycznego poszukiwania, eksperymentalnego podejścia do dźwiękowej materii.
 
Jak pomyśleli tak postąpili, w prymarnym okresie tworzenia zrębów albumu, zaprzęgając do realizacji projektu w dosłownym znaczeniu tego terminu – przedmioty gospodarstwa domowego (household object). Co w rezultacie przeistoczyło się w bardzo twórczy, acz trudny i burzliwy czas spędzony w studiu od samego początku 1975 roku. W rezultacie pełnych ekstrawaganckich doświadczeń i ciężkich chwil związanych z coraz to gorszymi relacjami wewnątrz grupy (wyraźne tarcia na linii Waters-Gilmour) dostaliśmy, o dziwo, całkiem przystępny kawał zacnej muzyki. Wyraźnie jednorodnej, dojrzałej rockowej muzyki. Jedyną pamiątką ostałą z eksperymentalnego Household Object okazał się dźwięk wytworzony przez mokry palec ocierający się o brzeg kieliszka do wina.


W chwili ukazania się, jak i obecnie, płyta poprzez brzmienie, atmosferę i przekaz stanowi rzecz niezrównaną. Równocześnie trzeba wskazać, że album posiada drugie dno – wszystkie kompozycje zaopatrzone w tekst niekoniecznie należy rozpatrywać dosłownie. Trzeba zwrócić uwagę na ładunek emocjonalny autorów zawarty w przekazie literackim poszczególnych kompozycji, który zdaje się najmniej pretensjonalny spośród całego dorobku zespołu.



W myśl zasady, czas przejść od ogółu do szczegółu.

Klamrą spajającą całość podzieloną na dwie części jest suita Shine On You Crazy Diamond. Już na wstępie pierwszej części wspomnianej kompozycji otwierającej album, dochodzą nas narastające dźwięki subtelnej klawiszowej introdukcji.

Do tego w dalszej kolejności dochodzi niezapomniana gitara, stanowiąca fundament utworu. Aby po jakimś czasie ruszył bas wraz z perkusją. Doskonałość w najczystszej postaci przejawiająca się w odpowiednim kreowaniu nastrojów zaakcentowanych zwłaszcza przez klawisze Ricka Wrighta i tak samo cudowne gitarowe zagrywki Davida Gilmoura. I w końcu Waters poprzez śpiew Gilmoura, wzywający nieobecnego, starego kompana Syda Barretta znamiennymi słowami: Pamiętasz gdy byłeś młody, lśniłeś jak słońce...

Również podobne reminiscencje skierowane do byłego muzyka Floydów kontynuuje w tytułowej ponadczasowej balladzie. Przepełnionej przygnębieniem po bezpowrotnej stracie byłego kompana z zespołu, gdzie w ambiwalentnym epilogu symboliczna granica odczuwania pomiędzy tym, co sprawia radość i smutek, uległa w powolnemu zatarciu.

Więc myślisz, że potrafisz odróżnić niebo od piekła?
Przyjemność od bólu? Zielone pola od zimnych stalowych szyn?
Uśmiech od zasłony? Czy naprawdę myślisz, że potrafisz?
Czy zmusili cię , byś zmienił swych bohaterów na duchy?
Gorący popiół na drzewa? Gorące powietrze na chłodna bryzę?
Czy zamieniłeś marginalny udział w wojnie na główna role w zamkniętej klatce?
Tak bardzo bym chciałbym, abyś tu był
Jesteśmy niczym dwie zagubione dusze pływające w akwarium, rok po roku
Ganiając po tyje samej starej ziemi
I cóż tu znaleźliśmy? Te same stare lęki
Szkoda, ze cię tu nie ma



Dalej mamy niesamowicie lodowaty i odhumanizowany, zaopatrzony w stare analogowe syntezatory, otoczone akordowym dźwiękiem gitary akustycznej, Welcome To The Machine ze złowieszczymi słowami Watersa: Witaj synu, witaj w maszynie... . Mamy też Have a Cigar, z konkretnym gitarowym riffem i osobliwą słowną dygresją (wypowiedzianą kiedyś przez kogoś z otoczenia zespołu): A tak przy okazji, który z was to Pink? :-)

 
Okładka zaprojektowana przez słynną Hypgnosos Storma Thorgersona, również poniekąd zrównoważyła treść z formą, podkreślając swoją szatą graficzną, uczucie cytowanej izolacji i samotności. Pierwotnie anonimowa czarna folia maskująca zawartość i tylko niewielka nalepka z grafiką Georga Hardie’go. Używana od czasu wydania płyty jako logotyp zespołu, a przedstawiająca mechaniczne dłonie robotów, wymieniające uścisk otoczone przez cztery żywioły. W środku znany motyw dwóch mężczyzn podających sobie rękę, z których jeden płonie. Warto wspomnieć koncepcję powstania tego motywu. W jej tworzeniu wzięło udział dwóch kaskaderów, jeden ubrany był w ogniotrwałe ubrania imitujące garnitur. Niestety dalsze wydarzenia niepostrzeżenie wyszły błyskawicznie spod kontroli. Przyroda spłatała figla i nastąpiła zmiana kierunku wiatru, co w konsekwencji spowodowało rozprzestrzenienie płomieni bardziej niż planowano. Co więcej, „płonącemu” kaskaderowi przypaliły się… wąsy! Na szczęście cała historia zakończyła się pomyślnie i większych strat nie zanotowano.

ps. Bilety zakupione i już czekają od października 2017 r. ... a koncert w Krakowie dopiero w sierpniu 2018 r. Pozostało tyle czasu... ale myślę, że warto czekać, żeby zobaczyć, może nie Floydów, gdyż to z przyczyn całkowicie obiektywnych jest zupełnie niemożliwe, ale jednego z ojców tej muzyki - wielkiego Rogera Watersa i usłyszeć wyżej wymienione, jak sądzę na zawsze, niezapomniane kompozycje :)







sobota, 2 grudnia 2017

TAJ MAHAL – Taj Mahal (Columbia 1968)

„…ostatecznie to nie my gramy muzykę, to ona gra nas.”
Taj Mahal

Co to za facet? Henry Saint Clair Fredericks, znany bardziej jako Taj Mahal? Zdawkowa odpowiedź jest nierealna! Doraźnie można go nazwać pieśniarzem ludowym obsługującym długą listę wszelakich instrumentów. Oprócz tego twórcą muzyki do filmów, ale też  producentem muzyki wielu wykonawców. Skądinąd mentorem rzeszy artystów, dla których blues stał się punktem odniesienia. Podobno zapalonym wędkarzem, muzycznym komiwojażerem, ale również koneserem cygar. Jakby go nie nazwać, czy tym samym zaszufladkować jego osobę i twórczość, to i tak nic nie jest stanie oddać intensywności, żaru i artystycznego aksjomatu promieniującego z jego niejednorodnej muzyki. Choć omawiana płyta i tak jest bardzo spójna, ze względu na bliski charakter bluesowej nuty źródłom inspiracji Taja.

Urodził się w „czarnym” Harlemie Nowym Jorku. Dorastał w Springfield w stanie Massachusetts. Jego ojciec był jazzowym pianistą, kompozytorem pochodzącym z Jamajki. Natomiast mama była nauczycielką śpiewającą gospel i pochodziła z Karoliny Północnej. Żeby tego było mało, to jego dziadek (ojciec matki) poślubił kobietę z karaibskiej wyspy Saint Kitts. Jak nie trudno antycypować, taka scheda muzycznych korzeni i kulturowa eklektyczność jego rodziny nie mogła nie mieć decydującego wpływu na obraną drogę muzycznych eksploracji.
Słuchanie pierwszej płyty Taja to rzeczywiście czysta przyjemność dla wielbicieli bluesa. Widać od razu, że wspólna gra muzyków, obecnych na sesji nagraniowej, sprawiała im niekłamaną przyjemność. Wydaje się, że wszyscy traktowali swoje role całkiem poważnie i z należytą uwagą. Ale też każdy z osobna obecny w studiu, chciał choć odrobinę popisać się jakąś instrumentalną sztuczką, niebanalnym zagraniem. Widać w zespole jakby zdrową rywalizację o to, kto jest lepszy, kto więcej da całemu projektowi. Zdaje się, że wzajemnie się nakręcali udanymi zagraniami. To oczywiście pod wiodącą batutą samego Taj Mahala.

Debiutujący tym albumem muzyk, trzyma w ryzach grupę, w zamyśle opracowując dla niej oryginalny i dobrze działający system bluesowej gry. Sam lider oczywiście ma w nim sporo miejsca do pohasania, ale u jego boku podąża cała ekipa instrumentalistów, gotowych na nowe muzyczne wyzwania. Wsłuchując się uważnie w muzykę z płyty, nieodparcie odnoszę wrażenie, że Mahal jak na lidera przystało, w każdym elemencie zazwyczaj ma przewagę w inwencji kreowania naprawdę świeżych dźwięków. Trwając w korzeniach bluesa, dodaje trochę własnej wyobraźni, aby w efekcie uzyskać wyborną miksturę. Przy tym ma dobrą technikę i ten przyciągający z lekka wyrafinowany muzyczny luzik. Z miejsca zaraża swoistym entuzjazmem. Zachęca do zabawy, tańca, a czasem i śpiewu. I tu nasuwa się spostrzeżenie. Jeśli jesteś wystarczająco osłuchany w bluesie, to z pewnością zdajesz sobie sprawę, że geniusz niektórych graczy nie jest tak pokaźny w ich oryginalności. Raczej czyjąś wielkość można mierzyć wyłącznie tym, w jaki sposób rekonstruuje i rewitalizuje klasykę gatunku. Bo jak powiadają w bluesie już wszystko zostało wymyślone.
Od pierwszego słuchania, proponowana dawka muzyki  z tego krążka, przypadła mi całkowicie do gustu. Przepełniona czystą bluesową muzyką i pozornie wtórną, może czasem schematyczną, zalatującą naftaliną, ale w jego wykonaniu zgoła witalną i wprost żywiołową. Mieniącą się słynnymi melodiami bluesowymi, z których wydobywają się świeże, żywe i ciekawe wersje z tak oczekiwanym, korzennym feelingiem.

„...Jest wiele odmian muzyki, ale zawsze potrzebujesz kamienia węgielnego, na którym możesz potem budować wszystko. A tym kamieniem jest właśnie (akustyczny) blues”.
Taj Mahal


Przy całej swojej prostocie jest to niezwykle nieszablonowa muzyka. Charakterystyczne akordy i zagrywki znamionujące gatunek (Leaving Trunk), proste ballady o miłości i stracie. Czasem pełne niewymownej nostalgii, w tle opowieści o rzezimieszkach, grzesznikach i wszelkiej maści włóczykijach. Ale jest też głęboka,  wciągająca muza, stawiająca słuchacza wpół drogi, gdzieś pomiędzy głębią amerykańskiego południa, a gwarem chicagowskich spelunek i innych tego typu przybytków. Mamy skoczne bluesiska, jak i akustyczne, żywiczne, melodyjne przekazy. To wciąż tętniąca życiem  muzyka ludzi, biegnąca w krwiobiegu prawdziwych bluesfanów. Debiutancka płyta zatytułowana po prostu  Taj Mahal, ujrzała światło dzienne w 1968 roku.

Taj zaśpiewał i grał na gitarach akustycznej, elektrycznej, hawajskiej oraz harmonijce ustnej, a na gitarze i fortepianie pogrywał Jesse Ed Davis, odciskający swoje piętno na tym albumie - Ry Cooder śmigający na gitarze i mandolinie, Bill Boatman także na gitarze i do kompletu, trzymająca wszystko w miarowych ryzach, sekcja rytmiczna w osobach basisty Jamesa Thomasa i perkusisty Chucka Blackwella. Dla tych, którzy nigdy nie mieli okazję wysłuchać tej płyty, to znakomitym przykładem na to co wymieniłem wcześniej, jest świetna wersja Statesboro Blues, autorstwa Blinda Willie McTella. Pokazująca, że proponowana przez The Allman Brothers Band, nie musi być tą najlepszą wersją.

Statesboro Blues
Wake up mama, turn your lamp down low
Wake up mama, turn your lamp down low
Have you got the nerve to drive Papa McTell from your door
My mother died and left me reckless
My daddy died and left me wild, wild, wild
Mother died and left me reckless
Daddy died and left me wild, wild, wild
No, I'm not good lookin'
I'm some sweet woman's Angel child
You're a mighty mean woman, to do me this a way
You're a mighty mean woman, to do me this a way
When I leave this town, pretty mama, I'm going away to stay
While I loved a woman, better than even I'd ever seen
I once loved a woman, better than even I'd ever seen
Treat me like I was a king and she was a doggone queen
Sister, tell your brother, brother tell your auntie now
Auntie tell your uncle, uncle tell my cousin now, cousin tell my friend
Goin' up the country, mama, don't you want to go?
May take me a fair brown, may take me one or two more
Big Eighty left Savannah, Lord, and did not stop
You ought to saw that colored fireman when he got that boiler hot
You can reach over in the corner mama and hand me my travelin' shoes
You know by that, I've got them Statesboro blues
Mama, sister got 'em, auntie got 'em
Brother got 'em, friend got 'em, I got 'em
Woke up this morning, we had them Statesboro blues
I looked over in the corner, grandpa and grandma had 'em too

Chekin’Up On My Baby, czy energetyczny blues w postaci Celebrated Walkin 'Blues, to z innymi kawałkami różnych autorów (dzisiaj już klasykami bluesa) prawdziwe świadectwo tego, że Taj wszedł w wielki świat muzyki z potężnym wykopem. Potwierdza, że jest jednym z największych orędowników i profetów bluesa. Oddającym hołd poprzednikom, ale ufnie spoglądający w przyszłość rozwoju gatunku. Co doskonale słychać na późniejszych dokonaniach, gdzie w sposób trafiony zestawia ze sobą różne style: blues, cajun, gospel, bluegrass. Nawet hawajskie, afrykańskie i karaibskie muzyczne tradycje nie są mu obce. Muzyka wybrzmiewa jego głosem w nad wyraz barwny sposób. Raz ma posmak najczarniejszego bluesa z delty Misissipi (The Celebrated Walkin' Blues), kiedy indziej ekspresję mistrzów soulowego zaśpiewu a’la James Brown (Everybody's Got To Change Sometime).

Nie na darmo zresztą wielbiciele określili artystę muzycznym alchemikiem. Ale nie tylko fani szczerze pochlebiali Mahalowi. Sam wielki Jimmy Page powiedział: Jeśli nie możesz zamknąć sesji zaproś do studia nagrań Taj Mahala, a on w parę minut dokończy to, z czego ty w ogóle nie zdawałeś sobie sprawy, że istniej.



niedziela, 29 października 2017

WES MONTGOMERY - Full House (Riverside 1962)


"Miał dwa stawy w kciuku i potrafił wygiąć go tak, żeby dotknąć nadgarstka – co często robił, żeby nastraszyć ludzi”
George Benson – gitarzysta

Mając na uwadze jazz pierwsza myślą, która przychodzi mi do głowy to zasłyszany gdzieś-kiedyś dylemat. Od czego by tu rozpocząć eksplorację wyżej wspomnianego gatunku? Naturalnie Miles Davis. Również John Coltrane. Może jeszcze coś Stana Getza czy Dave’a Brubbecka. Ale tak właściwie warto rozpocząć od Wesa Mongomery’ego i jego niepowtarzalnego stylu. Jeśli od niego zaczniemy to właściwie można na nim skończyć. Sadzę, że starczy prawie każdemu do kresu żywota. Żeby zdefiniować w krótkich słowach jego, styl należy stwierdzić, że przy wybrzmiewającym ciepłym tonie wygrywał mięsiste, niezwykle płynne melodyjne frazy. Do tego trzeba dodać, że dzięki dużej sprawności technicznej i wyrazistej artykulacji, jego gra była niezwykle dynamiczna, co objawiało się tym, że gitara stała się samorzutnym przedłużeniem jego ręki.

Wes Mongomery grał szybkie pochody oktawowe i linie melodyczne z wyrafinowaną ekspresją i płynnością, używając zamiast kostki opuszka kciuka (tłumiąc jednocześnie palcami lewej ręki pozostałe struny). Łatwo można zapomnieć, jak potężnych umiejętności wymaga taki styl, aby zainspirować następne pokolenie gitarzystów pokroju m.in. Joe Passa, Georga Bensona, Jimi‘ego Hendrixa, czy Pata Metheny’ego. Dla tego ostatniego zresztą stał się na zawsze niedościgłym idolem. Gitara nie miała przed nim tajemnic, stając się w jego rękach narzędziem, za pomocą którego przekazywał to, co słyszał sercem i to, co grało mu w duszy. Miał talent do zajmującej i ekspresyjnej narracji, wyczucia harmonii i swingu. Zachowując swój charakterystyczny śpiewny ton i lekkość budowania skomplikowanych fraz.

Był urodzonym showmanem potrafiącym instynktownie zwrócić uwagę publiczności. Doskonałym konferansjerem własnych koncertów, z których tworzył niezapomniane przedstawienia. Rozpierała go energia, ale jednocześnie był człowiekiem bardzo życzliwym, komunikatywnym, pogodnie nastawionym do świata. A w zanadrzu zawsze miał kolejne błyskotliwe pomysły, które z całą konsekwencją realizował. W myśl zasady, iż improwizacja jazzowa nie sprowadza się do grania wyuczonych fraz, lecz jest komponowaniem melodii ad hoc, w oparciu o naszą jazzową wiedzę, wybraźnię i muzyczne umiejętności.

Instrumentem który kojarzy się z omawianym artystą jest Gibson L-5CES, który zapewniał mu gładkie, równoczesne i dynamiczne brzmienie, adekwatne do jego niewymiernego talentu. Co ciekawe, swoją przygodę z gitarą rozpoczął całkowicie samodzielnie (gry na gitarze uczył się ze słuchu) i podobno przy tym… nie znał nut,  podstaw techniki gry, ani podstawowych teoretycznych zasad muzyki !!! Po prostu był niezrównanym genialnym samorodkiem, podpartym mozolnym, wielogodzinnym szlifowaniem technik gry, co oznacza „ni mniej, ni więcej”, że grał na instrumencie to, co mu w głowie grało, a jego dłoń stanowiła naturalne przedłużenie myśli o melodii. Jego biegła i elegancka gra na gitarze mocno korelowała z bluesowym swingiem. 

Full House to spektakl uwieczniony na żywo w Tsubo w Berkeley w Kalifornii 25 czerwca 1962 roku przy doskonałej interakcji publiczności nie szczędzącej oklasków dla wspaniale usposobionych w tamten wieczór muzyków. W koncercie obok mistrza, brał udział „nie byle jaki” kwartet: Wynton Kelly na fortepianie, Johnny Griffin na saksofonie tenorowym, Paul Chambers na kontrabasie i Jimmy Cobb na perkusji. Z pozoru typowy kawał solidnej jazzowej roboty. Jednak to muzyka niezwykle wciągająca, wielowarstwowa, pozwalająca odkrywać za każdym razem coś nowego. Na pierwszy plan wysuwa się naturalne ciepło i emocjonalna bezpośredniość. Widać wyjątkowe porozumienie wszystkich muzyków i radość jaką czerpią ze wspólnego występu. Interakcja pomiędzy poszczególnymi ogniwami, jakie stanowią instrumentaliści, jest przepełniona żywiołowością. Od bujającego tytułowego utworu, aż po zamykający wolniak Born To Be Blue (dodany później na kompaktowych reedycjach albumu).


Zdumiewa, że wszystko zagrane zostało na żywo. Pochodzi od muzyków, którzy bez żadnego fałszu, z totalnym przekonaniem do własnych umiejętności i czystą odwagą, prezentują tak wartościową muzykę przed publicznością pewnie doskonale obytą z jazzowa nutą. Dźwięk tej płyty jest intensywny, jak chociażby w tętniącym życiem Blue 'n' Boogie, ale też lekki i kameralny, jak w przypadku I've Grown Accustomed To Her Face. Gitara jest ciepła, nasycona, a zarazem wyrazista (Come Rain or Come Shine). Dźwiękowe metrum jest również „niczego sobie”, co szczególnie zaakcentowane jest w popisach sekcji rytmicznej i klawiszowca w przepełnionym estetyką brazylijskiej słonecznej samby Cariba. Także instrumenty dęte są całkiem klarowne i nośne. Przestrzeń brzmieniowa jest bogata, zadbano o nią, dzięki czemu nagranie ma rozmach (np. S.O.S).



Niestety, pomimo wciąż rozwijającej się kariery oraz poszerzającego się grona fanów, John Leslie „Wes” Montgomery nie miał okazji długo okazywać swojego unikalnego talentu. Czerwcowym rankiem 1968 roku wstał z łóżka, oznajmiając, że czuje się źle. Po paru minutach zmarł na atak serca.

Swoją twórczością, potwierdził wrodzony talent. Grając na swojej gitarze robił to w sposób godny podziwu i naśladowania również dzisiaj. To właśnie jego lekkość połączona ze swobodną techniką, twórcze podejście do jazzowej transkrypcji, brzmienia, sprawiły, że po latach cały czas się do niego powraca. Wciąż się go odkrywa i szuka inspiracji z nim związanej. Doskonałym materiałem odzwierciedlającym powyższe, jest na sto procent omawiana płyta.

Na koniec posłużę się zasłyszaną gdzieś dewizą.
„Dyskusja na temat gitary jazzowej nie ma znaczenia, gdy nie dotyczy Montgomery’ego.”
Święta prawda!




niedziela, 24 września 2017

VAN MORRISON – Moondance (Warner Bros. 1970)

Piosenkarze mają wiele różnych stylów i musisz starać się zrozumieć, co robią w danym momencie. Wszystko, co usiłujemy zrobić, to uczynić barwy muzyki bardziej żywymi.

Lewis Merenstein - współproducent Moondance

Ludziska dzielą się na takich, którzy lubią Zenka Martyniuka i takich, którzy wolą Milesa Davisa. Na takich, którzy znajdują w muzyce jedynie tanią rozrywkę i takich, którzy poszukują w niej wyższych wartości i doznań. Także na takich, którzy przy obcowaniu z muzyką kierują się emocjami i takich, którzy szanują rzemiosło wykonania. Właśnie żeby dobrze wchłonąć muzykę zawartą na tej płycie trzeba kierować się zasadami zawartymi w uprzednim zdaniu.
George Ivan Morrison znany bardziej jako Van Morrison to jeden z najważniejszych światowej klasy pieśniarzy rockowych. Choć w swoistym credo muzycznym, sformułowanym w bogatej dyskografii, artysta niejako oznajmia, że śpiewa jazz, bluesa i soul (tu kolejność zupełnie dowolna)… lecz z tego składa się przecież cały rock and roll. Można długo dyskutować i spierać się, debatować nad tym, czy Irlandczyk z Północy jest wokalistką stricte rockowym. To w zasadzie dywagacja o istocie gatunku i o tym, jak daleko można rozciągać jego granice. Dla stylistycznych formalistów, cała twórczość byłego wokalisty brytyjskiej grupy Them, do soulu czy gospel pewnie nawet się nie zbliża. Jednak w obrębie szeroko pojętego rocka, album po prostu niezmiernie udany, mieści się z całą pewnością. Zresztą nawet jeśli by się nie mieścił, i tak byłby wyśmienity. A poza tym niezależnie od swojej wielkości jest zwyczajnie prawdziwy i spontaniczny, a tak nagrana muzyka obroni się sama poprzez emocje, jakie z sobą niesie każdy dźwięk.




Omawiany artysta to jeden z największych muzyków, którzy wyrośli na gruncie, co ciekawe, amerykańskiej muzycznej tradycji, mimo że sam pochodzi z Ulsteru, a dokładnie z Belfastu. Do dzisiaj uczestnik niezliczonej ilości ważnych około rockowych wydarzeń. Poruszający się w obszarze  rocka, rhythm`n`bluesa, country, jazzu i wielu innych szlachetnych, obecnie klasycznych muzycznych gatunków. A przede wszystkim jeden z największych białych wokalistów soulowych, jeden z tych muzyków, którzy niezależnie od aktualnej muzycznej mody, potrafi być tylko i aż sobą. Prawdziwy czarodziej muzyczny. Jest nim od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku do dziś… i myślę, że pozostanie wśród największych na zawsze, niezależnie od tego, w jakim kierunku podąży rozwój rocka w przyszłości. Dziś jest też jednym z największych żyjących i ciągle czasem pojawiających się na scenie muzyków, mimo faktu, że zbliża się już do sędziwego wieku. Jednak nawet eksponując próbki nowych pomysłów i od czasu do czasu pojawiając się na scenie, ciągle jest ważną współczesną postacią muzycznej sceny wzbudzającą niekłamany podziw.


Moondance, jak się wkrótce okazało, potrójnie platynowy w Stanach i złoty na wyspach brytyjskich, miał premierę w 1970 roku. Płytę zarejestrowano w Nowym Jorku. Stylistycznie nieco bliżej było jej do rhythm and bluesa, soulu i szeroko pojętej muzyki popularnej. To właśnie ten album wyznaczył styl Vana Morrisona na wiele kolejnych lat. Płyta modelowo reprezentatywna dla dorobku Morrisona powstała w jednym z magicznych okresów muzyki pachnącej epoką „dzieci kwiatów” tj. na przełomie sześćdziesiątych i siedemdziesiątych lat.
Moondance zachowuje pozytywną atmosferę, która rozgrzewa duszę jak pierwsze promienie słońca po długiej, samotnej mroźnej zimie. Ciepła atmosfera wyziera dosłownie z każdego dźwięku albumu i niemal ożywia wszystko wokół!

Morrison w 1969 roku skompletował skład, z którym trafił w przysłowiową dziesiątkę. Gitarzysta John Platania. Obok niego Garry Malabar na perkusji,Guy Masson na kongach, John Klingberg na basie, Jeff Labes na klawiszach, Jack Schrorer na saksofonie altowym i Collin Tilton na saksofonie tenorowym i flecie. Irlandczyk poprowadził wyżej przedstawionych muzyków genialnie. Grają dokładnie tak jak trzeba. Pozostawiając wystarczająco dużo przestrzeni dla wokalnych impresji lidera, wnosząc jednocześnie wiele od siebie. Najważniejszą, obok wokalnych interpretacji, wizytówką tego albumu  jest wspaniałe, oszczędne zagrywki instrumentalne. Tak samo genialne w momencie wydania w lutym 1970, jak i obecnie. Warto podkreślić, że w momencie premiery „winowajca całego zamieszania” był przez część słuchaczy i muzyków uważany za naśladowcę czarnoskórych soulowych odpowiedników. Wyraźnie zapatrzony w takich wielkich mistrzów jak Otis Redding, czy Wilson Pickett. Rozwój jego talentu, w szczególności kompozytorskiego, potwierdziło, że w żadnym wypadku nie jest jedynie imitatorem wyżej wymienionych, a tylko propagatorem pokrewnej muzyki, która stanowiła bazę dla własnej muzycznej twórczości.


Van Morrison z muzykami potrafił w tamtych czasach zrobić coś niezwykłego. Wykorzystać dawkę instrumentarium w postaci dęciaków swojego bandu i stworzyć świeżo brzmiące ballady. Powściągliwość w wykorzystaniu ciepłych brzmień spowodowała, że nagrana płyta od razu stała się ponadczasowym błyskotliwym klasykiem i pozostaje nim do dziś. Brzmień pełnych rozmachu, pomimo dość oszczędnych środków, zdominowanych przez oczywistą obecność wspaniałego głosu, któremu co i rusz dogaduje delikatna gitara, uzupełniona ujmującym saksofonem, ciepło plumkającym w tle instrumentem klawiszowym, czy też głosem dźwięcznej harmonijki ustnej (These Dreams of You). Uczestniczący w tworzeniu płyty muzycy nadali każdemu instrumentowi bogaty, naturalny ton, a przy tym rozdzieli je tak umiejętnie, by każdy z nich był wyraźnie słyszalny, a zarazem składały się na spójną całość. Subtelna moc przekazu tej płyty jest kolejnym dowodem nieocenionego talentu autora albumu i jego niebywałej zdolności powoływania do życia genialnych, eterycznych brzmień. Wyśmienitym rodzynkiem w wybornym cieście przygotowanym przez Morrisona są takie kompozycje, obok tytułowego songu, jak Into The Mystic, czy Caravan.

Moondance jest częścią kanonu szeroko pojętego rocka, ważną częścią muzycznej kultury. Historycznym albumem ciągle aktywnego muzyka, a przede wszystkim wyśmienitą płytą z fantastyczną, pełną pasji, nostalgii i inwencji muzyką, równie doskonałą w swojej balladowej części (Crazy Love, Brand New Day), jak i pełnych energii kompozycjach własnych lidera. Tańczący księżyc stanowi doskonałą kombinację bezpretensjonalnych melodii, pikanterii, oszczędnej, acz pełnej pasji gry i intrygujących subtelnością harmonii. I co ważne zaopatrzonych w wyśmienicie zbalansowany aranż instrumentalny. Bezsprzecznie album ten okazał się jednym  z wielkich autorskich dzieł Morrisona. Chciałoby się powiedzieć: nic dodać, nic ująć. To absolutnie konieczna i ważna muzyczna  opowieść. W efekcie zabaw z aranżacjami banalnych melodii powstał wyśmienity bezpretensjonalny album, tak właściwie z niczego. To potrafią tylko najwięksi. Do takich obowiązkowo zaliczyć trzeba muzyka pochodzącego z Zielonej Wyspy, brzmiącego czysto, zdecydowanie amerykańsko, co osobiście dla mnie jest tylko zaletą. Krótko mówiąc. Dobrze, że są takie płyty.