niedziela, 7 stycznia 2018

PINK FLOYD – Wish You Were Here (Harvest 1975)




Pisać coś nowego, a zarazem mądrego i jednocześnie niebanalnego o czymś tak oczywistym jest, jak nie trudno się domyśleć, zadaniem wybitnie niełatwym. Być może popadnę w schemat wielu poprzedników, ale tym tekstem „żadnej ameryki” nie odkryję. Tak właściwe nie mam absolutnie chęci tak postąpić. No i jak tu podejść do tematu, który wydaje się całkowicie wyczerpany na wszystkie sposoby? Na pewno nie zamierzam poddać go dogłębnej analizie, czy tym bardziej wartościować, czy kategorycznie polecać komukolwiek. Bardziej chodzi mi o osobiste nastawienie do tego dzieła. Bo tak po prawdzie, inaczej nie sposób napocząć tej bez mała wielkiej muzy, nierozerwalnie istniejącej w symbiozie z warstwą tekstową, wyrażającą bardzo intymny aspekt ludzkiego życia jakim jest uczucie osamotnienia. Dokładnie - alienacji w kontekście ludzkiej egzystencji.

Wish you were here - chciałbym, żebyś tu był. Cały album Pink Floyd jest o utracie (w każdym znaczeniu tego słowa). Lodowatym dotyku uczucia izolacji. Ale też intencji niewyrażonej tęsknoty, niejako skierowanej do byłego muzyka formacji Syda Barretta.

"Barrett był symbolem wszystkich skrajności nieobecności, z którymi niektórzy muszą stoczyć walkę, ponieważ jest to jedyny sposób, w jaki mogą poradzić sobie z tym pieprzonym, smutnym współczesnym życiem."
Roger Waters

Podobnie jak zespół zmierzył się u zarania powstania tej płyty z niebotycznym poziomem, który zdefiniowała Ciemna Strona Księżyca, tak też zdecydowanie sporym, osobistym wyzwaniem jest próba wiwisekcji tego dzieła. Sam zespół próbując zmierzyć się ze swoim sukcesem zarówno artystycznym jak i komercyjnym poprzedniego krążka, obrał kierunek pierwotny swojego artystycznego poszukiwania, eksperymentalnego podejścia do dźwiękowej materii.
 
Jak pomyśleli tak postąpili, w prymarnym okresie tworzenia zrębów albumu, zaprzęgając do realizacji projektu w dosłownym znaczeniu tego terminu – przedmioty gospodarstwa domowego (household object). Co w rezultacie przeistoczyło się w bardzo twórczy, acz trudny i burzliwy czas spędzony w studiu od samego początku 1975 roku. W rezultacie pełnych ekstrawaganckich doświadczeń i ciężkich chwil związanych z coraz to gorszymi relacjami wewnątrz grupy (wyraźne tarcia na linii Waters-Gilmour) dostaliśmy, o dziwo, całkiem przystępny kawał zacnej muzyki. Wyraźnie jednorodnej, dojrzałej rockowej muzyki. Jedyną pamiątką ostałą z eksperymentalnego Household Object okazał się dźwięk wytworzony przez mokry palec ocierający się o brzeg kieliszka do wina.


W chwili ukazania się, jak i obecnie, płyta poprzez brzmienie, atmosferę i przekaz stanowi rzecz niezrównaną. Równocześnie trzeba wskazać, że album posiada drugie dno – wszystkie kompozycje zaopatrzone w tekst niekoniecznie należy rozpatrywać dosłownie. Trzeba zwrócić uwagę na ładunek emocjonalny autorów zawarty w przekazie literackim poszczególnych kompozycji, który zdaje się najmniej pretensjonalny spośród całego dorobku zespołu.



W myśl zasady, czas przejść od ogółu do szczegółu.

Klamrą spajającą całość podzieloną na dwie części jest suita Shine On You Crazy Diamond. Już na wstępie pierwszej części wspomnianej kompozycji otwierającej album, dochodzą nas narastające dźwięki subtelnej klawiszowej introdukcji.

Do tego w dalszej kolejności dochodzi niezapomniana gitara, stanowiąca fundament utworu. Aby po jakimś czasie ruszył bas wraz z perkusją. Doskonałość w najczystszej postaci przejawiająca się w odpowiednim kreowaniu nastrojów zaakcentowanych zwłaszcza przez klawisze Ricka Wrighta i tak samo cudowne gitarowe zagrywki Davida Gilmoura. I w końcu Waters poprzez śpiew Gilmoura, wzywający nieobecnego, starego kompana Syda Barretta znamiennymi słowami: Pamiętasz gdy byłeś młody, lśniłeś jak słońce...

Również podobne reminiscencje skierowane do byłego muzyka Floydów kontynuuje w tytułowej ponadczasowej balladzie. Przepełnionej przygnębieniem po bezpowrotnej stracie byłego kompana z zespołu, gdzie w ambiwalentnym epilogu symboliczna granica odczuwania pomiędzy tym, co sprawia radość i smutek, uległa w powolnemu zatarciu.

Więc myślisz, że potrafisz odróżnić niebo od piekła?
Przyjemność od bólu? Zielone pola od zimnych stalowych szyn?
Uśmiech od zasłony? Czy naprawdę myślisz, że potrafisz?
Czy zmusili cię , byś zmienił swych bohaterów na duchy?
Gorący popiół na drzewa? Gorące powietrze na chłodna bryzę?
Czy zamieniłeś marginalny udział w wojnie na główna role w zamkniętej klatce?
Tak bardzo bym chciałbym, abyś tu był
Jesteśmy niczym dwie zagubione dusze pływające w akwarium, rok po roku
Ganiając po tyje samej starej ziemi
I cóż tu znaleźliśmy? Te same stare lęki
Szkoda, ze cię tu nie ma



Dalej mamy niesamowicie lodowaty i odhumanizowany, zaopatrzony w stare analogowe syntezatory, otoczone akordowym dźwiękiem gitary akustycznej, Welcome To The Machine ze złowieszczymi słowami Watersa: Witaj synu, witaj w maszynie... . Mamy też Have a Cigar, z konkretnym gitarowym riffem i osobliwą słowną dygresją (wypowiedzianą kiedyś przez kogoś z otoczenia zespołu): A tak przy okazji, który z was to Pink? :-)

 
Okładka zaprojektowana przez słynną Hypgnosos Storma Thorgersona, również poniekąd zrównoważyła treść z formą, podkreślając swoją szatą graficzną, uczucie cytowanej izolacji i samotności. Pierwotnie anonimowa czarna folia maskująca zawartość i tylko niewielka nalepka z grafiką Georga Hardie’go. Używana od czasu wydania płyty jako logotyp zespołu, a przedstawiająca mechaniczne dłonie robotów, wymieniające uścisk otoczone przez cztery żywioły. W środku znany motyw dwóch mężczyzn podających sobie rękę, z których jeden płonie. Warto wspomnieć koncepcję powstania tego motywu. W jej tworzeniu wzięło udział dwóch kaskaderów, jeden ubrany był w ogniotrwałe ubrania imitujące garnitur. Niestety dalsze wydarzenia niepostrzeżenie wyszły błyskawicznie spod kontroli. Przyroda spłatała figla i nastąpiła zmiana kierunku wiatru, co w konsekwencji spowodowało rozprzestrzenienie płomieni bardziej niż planowano. Co więcej, „płonącemu” kaskaderowi przypaliły się… wąsy! Na szczęście cała historia zakończyła się pomyślnie i większych strat nie zanotowano.

ps. Bilety zakupione i już czekają od października 2017 r. ... a koncert w Krakowie dopiero w sierpniu 2018 r. Pozostało tyle czasu... ale myślę, że warto czekać, żeby zobaczyć, może nie Floydów, gdyż to z przyczyn całkowicie obiektywnych jest zupełnie niemożliwe, ale jednego z ojców tej muzyki - wielkiego Rogera Watersa i usłyszeć wyżej wymienione, jak sądzę na zawsze, niezapomniane kompozycje :)







sobota, 2 grudnia 2017

TAJ MAHAL – Taj Mahal (Columbia 1968)

„…ostatecznie to nie my gramy muzykę, to ona gra nas.”
Taj Mahal

Co to za facet? Henry Saint Clair Fredericks, znany bardziej jako Taj Mahal? Zdawkowa odpowiedź jest nierealna! Doraźnie można go nazwać pieśniarzem ludowym obsługującym długą listę wszelakich instrumentów. Oprócz tego twórcą muzyki do filmów, ale też  producentem muzyki wielu wykonawców. Skądinąd mentorem rzeszy artystów, dla których blues stał się punktem odniesienia. Podobno zapalonym wędkarzem, muzycznym komiwojażerem, ale również koneserem cygar. Jakby go nie nazwać, czy tym samym zaszufladkować jego osobę i twórczość, to i tak nic nie jest stanie oddać intensywności, żaru i artystycznego aksjomatu promieniującego z jego niejednorodnej muzyki. Choć omawiana płyta i tak jest bardzo spójna, ze względu na bliski charakter bluesowej nuty źródłom inspiracji Taja.

Urodził się w „czarnym” Harlemie Nowym Jorku. Dorastał w Springfield w stanie Massachusetts. Jego ojciec był jazzowym pianistą, kompozytorem pochodzącym z Jamajki. Natomiast mama była nauczycielką śpiewającą gospel i pochodziła z Karoliny Północnej. Żeby tego było mało, to jego dziadek (ojciec matki) poślubił kobietę z karaibskiej wyspy Saint Kitts. Jak nie trudno antycypować, taka scheda muzycznych korzeni i kulturowa eklektyczność jego rodziny nie mogła nie mieć decydującego wpływu na obraną drogę muzycznych eksploracji.
Słuchanie pierwszej płyty Taja to rzeczywiście czysta przyjemność dla wielbicieli bluesa. Widać od razu, że wspólna gra muzyków, obecnych na sesji nagraniowej, sprawiała im niekłamaną przyjemność. Wydaje się, że wszyscy traktowali swoje role całkiem poważnie i z należytą uwagą. Ale też każdy z osobna obecny w studiu, chciał choć odrobinę popisać się jakąś instrumentalną sztuczką, niebanalnym zagraniem. Widać w zespole jakby zdrową rywalizację o to, kto jest lepszy, kto więcej da całemu projektowi. Zdaje się, że wzajemnie się nakręcali udanymi zagraniami. To oczywiście pod wiodącą batutą samego Taj Mahala.

Debiutujący tym albumem muzyk, trzyma w ryzach grupę, w zamyśle opracowując dla niej oryginalny i dobrze działający system bluesowej gry. Sam lider oczywiście ma w nim sporo miejsca do pohasania, ale u jego boku podąża cała ekipa instrumentalistów, gotowych na nowe muzyczne wyzwania. Wsłuchując się uważnie w muzykę z płyty, nieodparcie odnoszę wrażenie, że Mahal jak na lidera przystało, w każdym elemencie zazwyczaj ma przewagę w inwencji kreowania naprawdę świeżych dźwięków. Trwając w korzeniach bluesa, dodaje trochę własnej wyobraźni, aby w efekcie uzyskać wyborną miksturę. Przy tym ma dobrą technikę i ten przyciągający z lekka wyrafinowany muzyczny luzik. Z miejsca zaraża swoistym entuzjazmem. Zachęca do zabawy, tańca, a czasem i śpiewu. I tu nasuwa się spostrzeżenie. Jeśli jesteś wystarczająco osłuchany w bluesie, to z pewnością zdajesz sobie sprawę, że geniusz niektórych graczy nie jest tak pokaźny w ich oryginalności. Raczej czyjąś wielkość można mierzyć wyłącznie tym, w jaki sposób rekonstruuje i rewitalizuje klasykę gatunku. Bo jak powiadają w bluesie już wszystko zostało wymyślone.
Od pierwszego słuchania, proponowana dawka muzyki  z tego krążka, przypadła mi całkowicie do gustu. Przepełniona czystą bluesową muzyką i pozornie wtórną, może czasem schematyczną, zalatującą naftaliną, ale w jego wykonaniu zgoła witalną i wprost żywiołową. Mieniącą się słynnymi melodiami bluesowymi, z których wydobywają się świeże, żywe i ciekawe wersje z tak oczekiwanym, korzennym feelingiem.

„...Jest wiele odmian muzyki, ale zawsze potrzebujesz kamienia węgielnego, na którym możesz potem budować wszystko. A tym kamieniem jest właśnie (akustyczny) blues”.
Taj Mahal


Przy całej swojej prostocie jest to niezwykle nieszablonowa muzyka. Charakterystyczne akordy i zagrywki znamionujące gatunek (Leaving Trunk), proste ballady o miłości i stracie. Czasem pełne niewymownej nostalgii, w tle opowieści o rzezimieszkach, grzesznikach i wszelkiej maści włóczykijach. Ale jest też głęboka,  wciągająca muza, stawiająca słuchacza wpół drogi, gdzieś pomiędzy głębią amerykańskiego południa, a gwarem chicagowskich spelunek i innych tego typu przybytków. Mamy skoczne bluesiska, jak i akustyczne, żywiczne, melodyjne przekazy. To wciąż tętniąca życiem  muzyka ludzi, biegnąca w krwiobiegu prawdziwych bluesfanów. Debiutancka płyta zatytułowana po prostu  Taj Mahal, ujrzała światło dzienne w 1968 roku.

Taj zaśpiewał i grał na gitarach akustycznej, elektrycznej, hawajskiej oraz harmonijce ustnej, a na gitarze i fortepianie pogrywał Jesse Ed Davis, odciskający swoje piętno na tym albumie - Ry Cooder śmigający na gitarze i mandolinie, Bill Boatman także na gitarze i do kompletu, trzymająca wszystko w miarowych ryzach, sekcja rytmiczna w osobach basisty Jamesa Thomasa i perkusisty Chucka Blackwella. Dla tych, którzy nigdy nie mieli okazję wysłuchać tej płyty, to znakomitym przykładem na to co wymieniłem wcześniej, jest świetna wersja Statesboro Blues, autorstwa Blinda Willie McTella. Pokazująca, że proponowana przez The Allman Brothers Band, nie musi być tą najlepszą wersją.

Statesboro Blues
Wake up mama, turn your lamp down low
Wake up mama, turn your lamp down low
Have you got the nerve to drive Papa McTell from your door
My mother died and left me reckless
My daddy died and left me wild, wild, wild
Mother died and left me reckless
Daddy died and left me wild, wild, wild
No, I'm not good lookin'
I'm some sweet woman's Angel child
You're a mighty mean woman, to do me this a way
You're a mighty mean woman, to do me this a way
When I leave this town, pretty mama, I'm going away to stay
While I loved a woman, better than even I'd ever seen
I once loved a woman, better than even I'd ever seen
Treat me like I was a king and she was a doggone queen
Sister, tell your brother, brother tell your auntie now
Auntie tell your uncle, uncle tell my cousin now, cousin tell my friend
Goin' up the country, mama, don't you want to go?
May take me a fair brown, may take me one or two more
Big Eighty left Savannah, Lord, and did not stop
You ought to saw that colored fireman when he got that boiler hot
You can reach over in the corner mama and hand me my travelin' shoes
You know by that, I've got them Statesboro blues
Mama, sister got 'em, auntie got 'em
Brother got 'em, friend got 'em, I got 'em
Woke up this morning, we had them Statesboro blues
I looked over in the corner, grandpa and grandma had 'em too

Chekin’Up On My Baby, czy energetyczny blues w postaci Celebrated Walkin 'Blues, to z innymi kawałkami różnych autorów (dzisiaj już klasykami bluesa) prawdziwe świadectwo tego, że Taj wszedł w wielki świat muzyki z potężnym wykopem. Potwierdza, że jest jednym z największych orędowników i profetów bluesa. Oddającym hołd poprzednikom, ale ufnie spoglądający w przyszłość rozwoju gatunku. Co doskonale słychać na późniejszych dokonaniach, gdzie w sposób trafiony zestawia ze sobą różne style: blues, cajun, gospel, bluegrass. Nawet hawajskie, afrykańskie i karaibskie muzyczne tradycje nie są mu obce. Muzyka wybrzmiewa jego głosem w nad wyraz barwny sposób. Raz ma posmak najczarniejszego bluesa z delty Misissipi (The Celebrated Walkin' Blues), kiedy indziej ekspresję mistrzów soulowego zaśpiewu a’la James Brown (Everybody's Got To Change Sometime).

Nie na darmo zresztą wielbiciele określili artystę muzycznym alchemikiem. Ale nie tylko fani szczerze pochlebiali Mahalowi. Sam wielki Jimmy Page powiedział: Jeśli nie możesz zamknąć sesji zaproś do studia nagrań Taj Mahala, a on w parę minut dokończy to, z czego ty w ogóle nie zdawałeś sobie sprawy, że istniej.



niedziela, 29 października 2017

WES MONTGOMERY - Full House (Riverside 1962)


"Miał dwa stawy w kciuku i potrafił wygiąć go tak, żeby dotknąć nadgarstka – co często robił, żeby nastraszyć ludzi”
George Benson – gitarzysta

Mając na uwadze jazz pierwsza myślą, która przychodzi mi do głowy to zasłyszany gdzieś-kiedyś dylemat. Od czego by tu rozpocząć eksplorację wyżej wspomnianego gatunku? Naturalnie Miles Davis. Również John Coltrane. Może jeszcze coś Stana Getza czy Dave’a Brubbecka. Ale tak właściwie warto rozpocząć od Wesa Mongomery’ego i jego niepowtarzalnego stylu. Jeśli od niego zaczniemy to właściwie można na nim skończyć. Sadzę, że starczy prawie każdemu do kresu żywota. Żeby zdefiniować w krótkich słowach jego, styl należy stwierdzić, że przy wybrzmiewającym ciepłym tonie wygrywał mięsiste, niezwykle płynne melodyjne frazy. Do tego trzeba dodać, że dzięki dużej sprawności technicznej i wyrazistej artykulacji, jego gra była niezwykle dynamiczna, co objawiało się tym, że gitara stała się samorzutnym przedłużeniem jego ręki.

Wes Mongomery grał szybkie pochody oktawowe i linie melodyczne z wyrafinowaną ekspresją i płynnością, używając zamiast kostki opuszka kciuka (tłumiąc jednocześnie palcami lewej ręki pozostałe struny). Łatwo można zapomnieć, jak potężnych umiejętności wymaga taki styl, aby zainspirować następne pokolenie gitarzystów pokroju m.in. Joe Passa, Georga Bensona, Jimi‘ego Hendrixa, czy Pata Metheny’ego. Dla tego ostatniego zresztą stał się na zawsze niedościgłym idolem. Gitara nie miała przed nim tajemnic, stając się w jego rękach narzędziem, za pomocą którego przekazywał to, co słyszał sercem i to, co grało mu w duszy. Miał talent do zajmującej i ekspresyjnej narracji, wyczucia harmonii i swingu. Zachowując swój charakterystyczny śpiewny ton i lekkość budowania skomplikowanych fraz.

Był urodzonym showmanem potrafiącym instynktownie zwrócić uwagę publiczności. Doskonałym konferansjerem własnych koncertów, z których tworzył niezapomniane przedstawienia. Rozpierała go energia, ale jednocześnie był człowiekiem bardzo życzliwym, komunikatywnym, pogodnie nastawionym do świata. A w zanadrzu zawsze miał kolejne błyskotliwe pomysły, które z całą konsekwencją realizował. W myśl zasady, iż improwizacja jazzowa nie sprowadza się do grania wyuczonych fraz, lecz jest komponowaniem melodii ad hoc, w oparciu o naszą jazzową wiedzę, wybraźnię i muzyczne umiejętności.

Instrumentem który kojarzy się z omawianym artystą jest Gibson L-5CES, który zapewniał mu gładkie, równoczesne i dynamiczne brzmienie, adekwatne do jego niewymiernego talentu. Co ciekawe, swoją przygodę z gitarą rozpoczął całkowicie samodzielnie (gry na gitarze uczył się ze słuchu) i podobno przy tym… nie znał nut,  podstaw techniki gry, ani podstawowych teoretycznych zasad muzyki !!! Po prostu był niezrównanym genialnym samorodkiem, podpartym mozolnym, wielogodzinnym szlifowaniem technik gry, co oznacza „ni mniej, ni więcej”, że grał na instrumencie to, co mu w głowie grało, a jego dłoń stanowiła naturalne przedłużenie myśli o melodii. Jego biegła i elegancka gra na gitarze mocno korelowała z bluesowym swingiem. 

Full House to spektakl uwieczniony na żywo w Tsubo w Berkeley w Kalifornii 25 czerwca 1962 roku przy doskonałej interakcji publiczności nie szczędzącej oklasków dla wspaniale usposobionych w tamten wieczór muzyków. W koncercie obok mistrza, brał udział „nie byle jaki” kwartet: Wynton Kelly na fortepianie, Johnny Griffin na saksofonie tenorowym, Paul Chambers na kontrabasie i Jimmy Cobb na perkusji. Z pozoru typowy kawał solidnej jazzowej roboty. Jednak to muzyka niezwykle wciągająca, wielowarstwowa, pozwalająca odkrywać za każdym razem coś nowego. Na pierwszy plan wysuwa się naturalne ciepło i emocjonalna bezpośredniość. Widać wyjątkowe porozumienie wszystkich muzyków i radość jaką czerpią ze wspólnego występu. Interakcja pomiędzy poszczególnymi ogniwami, jakie stanowią instrumentaliści, jest przepełniona żywiołowością. Od bujającego tytułowego utworu, aż po zamykający wolniak Born To Be Blue (dodany później na kompaktowych reedycjach albumu).


Zdumiewa, że wszystko zagrane zostało na żywo. Pochodzi od muzyków, którzy bez żadnego fałszu, z totalnym przekonaniem do własnych umiejętności i czystą odwagą, prezentują tak wartościową muzykę przed publicznością pewnie doskonale obytą z jazzowa nutą. Dźwięk tej płyty jest intensywny, jak chociażby w tętniącym życiem Blue 'n' Boogie, ale też lekki i kameralny, jak w przypadku I've Grown Accustomed To Her Face. Gitara jest ciepła, nasycona, a zarazem wyrazista (Come Rain or Come Shine). Dźwiękowe metrum jest również „niczego sobie”, co szczególnie zaakcentowane jest w popisach sekcji rytmicznej i klawiszowca w przepełnionym estetyką brazylijskiej słonecznej samby Cariba. Także instrumenty dęte są całkiem klarowne i nośne. Przestrzeń brzmieniowa jest bogata, zadbano o nią, dzięki czemu nagranie ma rozmach (np. S.O.S).



Niestety, pomimo wciąż rozwijającej się kariery oraz poszerzającego się grona fanów, John Leslie „Wes” Montgomery nie miał okazji długo okazywać swojego unikalnego talentu. Czerwcowym rankiem 1968 roku wstał z łóżka, oznajmiając, że czuje się źle. Po paru minutach zmarł na atak serca.

Swoją twórczością, potwierdził wrodzony talent. Grając na swojej gitarze robił to w sposób godny podziwu i naśladowania również dzisiaj. To właśnie jego lekkość połączona ze swobodną techniką, twórcze podejście do jazzowej transkrypcji, brzmienia, sprawiły, że po latach cały czas się do niego powraca. Wciąż się go odkrywa i szuka inspiracji z nim związanej. Doskonałym materiałem odzwierciedlającym powyższe, jest na sto procent omawiana płyta.

Na koniec posłużę się zasłyszaną gdzieś dewizą.
„Dyskusja na temat gitary jazzowej nie ma znaczenia, gdy nie dotyczy Montgomery’ego.”
Święta prawda!




niedziela, 24 września 2017

VAN MORRISON – Moondance (Warner Bros. 1970)

Piosenkarze mają wiele różnych stylów i musisz starać się zrozumieć, co robią w danym momencie. Wszystko, co usiłujemy zrobić, to uczynić barwy muzyki bardziej żywymi.

Lewis Merenstein - współproducent Moondance

Ludziska dzielą się na takich, którzy lubią Zenka Martyniuka i takich, którzy wolą Milesa Davisa. Na takich, którzy znajdują w muzyce jedynie tanią rozrywkę i takich, którzy poszukują w niej wyższych wartości i doznań. Także na takich, którzy przy obcowaniu z muzyką kierują się emocjami i takich, którzy szanują rzemiosło wykonania. Właśnie żeby dobrze wchłonąć muzykę zawartą na tej płycie trzeba kierować się zasadami zawartymi w uprzednim zdaniu.
George Ivan Morrison znany bardziej jako Van Morrison to jeden z najważniejszych światowej klasy pieśniarzy rockowych. Choć w swoistym credo muzycznym, sformułowanym w bogatej dyskografii, artysta niejako oznajmia, że śpiewa jazz, bluesa i soul (tu kolejność zupełnie dowolna)… lecz z tego składa się przecież cały rock and roll. Można długo dyskutować i spierać się, debatować nad tym, czy Irlandczyk z Północy jest wokalistką stricte rockowym. To w zasadzie dywagacja o istocie gatunku i o tym, jak daleko można rozciągać jego granice. Dla stylistycznych formalistów, cała twórczość byłego wokalisty brytyjskiej grupy Them, do soulu czy gospel pewnie nawet się nie zbliża. Jednak w obrębie szeroko pojętego rocka, album po prostu niezmiernie udany, mieści się z całą pewnością. Zresztą nawet jeśli by się nie mieścił, i tak byłby wyśmienity. A poza tym niezależnie od swojej wielkości jest zwyczajnie prawdziwy i spontaniczny, a tak nagrana muzyka obroni się sama poprzez emocje, jakie z sobą niesie każdy dźwięk.




Omawiany artysta to jeden z największych muzyków, którzy wyrośli na gruncie, co ciekawe, amerykańskiej muzycznej tradycji, mimo że sam pochodzi z Ulsteru, a dokładnie z Belfastu. Do dzisiaj uczestnik niezliczonej ilości ważnych około rockowych wydarzeń. Poruszający się w obszarze  rocka, rhythm`n`bluesa, country, jazzu i wielu innych szlachetnych, obecnie klasycznych muzycznych gatunków. A przede wszystkim jeden z największych białych wokalistów soulowych, jeden z tych muzyków, którzy niezależnie od aktualnej muzycznej mody, potrafi być tylko i aż sobą. Prawdziwy czarodziej muzyczny. Jest nim od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku do dziś… i myślę, że pozostanie wśród największych na zawsze, niezależnie od tego, w jakim kierunku podąży rozwój rocka w przyszłości. Dziś jest też jednym z największych żyjących i ciągle czasem pojawiających się na scenie muzyków, mimo faktu, że zbliża się już do sędziwego wieku. Jednak nawet eksponując próbki nowych pomysłów i od czasu do czasu pojawiając się na scenie, ciągle jest ważną współczesną postacią muzycznej sceny wzbudzającą niekłamany podziw.


Moondance, jak się wkrótce okazało, potrójnie platynowy w Stanach i złoty na wyspach brytyjskich, miał premierę w 1970 roku. Płytę zarejestrowano w Nowym Jorku. Stylistycznie nieco bliżej było jej do rhythm and bluesa, soulu i szeroko pojętej muzyki popularnej. To właśnie ten album wyznaczył styl Vana Morrisona na wiele kolejnych lat. Płyta modelowo reprezentatywna dla dorobku Morrisona powstała w jednym z magicznych okresów muzyki pachnącej epoką „dzieci kwiatów” tj. na przełomie sześćdziesiątych i siedemdziesiątych lat.
Moondance zachowuje pozytywną atmosferę, która rozgrzewa duszę jak pierwsze promienie słońca po długiej, samotnej mroźnej zimie. Ciepła atmosfera wyziera dosłownie z każdego dźwięku albumu i niemal ożywia wszystko wokół!

Morrison w 1969 roku skompletował skład, z którym trafił w przysłowiową dziesiątkę. Gitarzysta John Platania. Obok niego Garry Malabar na perkusji,Guy Masson na kongach, John Klingberg na basie, Jeff Labes na klawiszach, Jack Schrorer na saksofonie altowym i Collin Tilton na saksofonie tenorowym i flecie. Irlandczyk poprowadził wyżej przedstawionych muzyków genialnie. Grają dokładnie tak jak trzeba. Pozostawiając wystarczająco dużo przestrzeni dla wokalnych impresji lidera, wnosząc jednocześnie wiele od siebie. Najważniejszą, obok wokalnych interpretacji, wizytówką tego albumu  jest wspaniałe, oszczędne zagrywki instrumentalne. Tak samo genialne w momencie wydania w lutym 1970, jak i obecnie. Warto podkreślić, że w momencie premiery „winowajca całego zamieszania” był przez część słuchaczy i muzyków uważany za naśladowcę czarnoskórych soulowych odpowiedników. Wyraźnie zapatrzony w takich wielkich mistrzów jak Otis Redding, czy Wilson Pickett. Rozwój jego talentu, w szczególności kompozytorskiego, potwierdziło, że w żadnym wypadku nie jest jedynie imitatorem wyżej wymienionych, a tylko propagatorem pokrewnej muzyki, która stanowiła bazę dla własnej muzycznej twórczości.


Van Morrison z muzykami potrafił w tamtych czasach zrobić coś niezwykłego. Wykorzystać dawkę instrumentarium w postaci dęciaków swojego bandu i stworzyć świeżo brzmiące ballady. Powściągliwość w wykorzystaniu ciepłych brzmień spowodowała, że nagrana płyta od razu stała się ponadczasowym błyskotliwym klasykiem i pozostaje nim do dziś. Brzmień pełnych rozmachu, pomimo dość oszczędnych środków, zdominowanych przez oczywistą obecność wspaniałego głosu, któremu co i rusz dogaduje delikatna gitara, uzupełniona ujmującym saksofonem, ciepło plumkającym w tle instrumentem klawiszowym, czy też głosem dźwięcznej harmonijki ustnej (These Dreams of You). Uczestniczący w tworzeniu płyty muzycy nadali każdemu instrumentowi bogaty, naturalny ton, a przy tym rozdzieli je tak umiejętnie, by każdy z nich był wyraźnie słyszalny, a zarazem składały się na spójną całość. Subtelna moc przekazu tej płyty jest kolejnym dowodem nieocenionego talentu autora albumu i jego niebywałej zdolności powoływania do życia genialnych, eterycznych brzmień. Wyśmienitym rodzynkiem w wybornym cieście przygotowanym przez Morrisona są takie kompozycje, obok tytułowego songu, jak Into The Mystic, czy Caravan.

Moondance jest częścią kanonu szeroko pojętego rocka, ważną częścią muzycznej kultury. Historycznym albumem ciągle aktywnego muzyka, a przede wszystkim wyśmienitą płytą z fantastyczną, pełną pasji, nostalgii i inwencji muzyką, równie doskonałą w swojej balladowej części (Crazy Love, Brand New Day), jak i pełnych energii kompozycjach własnych lidera. Tańczący księżyc stanowi doskonałą kombinację bezpretensjonalnych melodii, pikanterii, oszczędnej, acz pełnej pasji gry i intrygujących subtelnością harmonii. I co ważne zaopatrzonych w wyśmienicie zbalansowany aranż instrumentalny. Bezsprzecznie album ten okazał się jednym  z wielkich autorskich dzieł Morrisona. Chciałoby się powiedzieć: nic dodać, nic ująć. To absolutnie konieczna i ważna muzyczna  opowieść. W efekcie zabaw z aranżacjami banalnych melodii powstał wyśmienity bezpretensjonalny album, tak właściwie z niczego. To potrafią tylko najwięksi. Do takich obowiązkowo zaliczyć trzeba muzyka pochodzącego z Zielonej Wyspy, brzmiącego czysto, zdecydowanie amerykańsko, co osobiście dla mnie jest tylko zaletą. Krótko mówiąc. Dobrze, że są takie płyty.




poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Pink Floyd: Live at Pompeii – (Universal 1972)

reż. Adrian Maben


„To niezwykłe miejsce, ponieważ jest zachowane dokładnie tak, jak było. Istnieje wiele innych miejsc. Jeśli odwiedzisz jakiekolwiek inne miejsca tego typu na całym świecie, są one bardzo zniszczone tym, co trwało przez stulecia, odkąd zostały porzucone. Ale ten był po prostu zapieczętowany, więc patrzysz na powierzchnie skalne, na przedmioty utrwalone w kamieniach, które wyglądają tak, jakby to zrobiono wczoraj.”
                                                                 David Gilmour

Mamy najcieplejszą porę roku. Lato dojrzałe. Z zeschniętą trawa. Sucho jak diabli. Dni nieco krótsze. Noce jakby chłodniejsze niż kilka tygodni temu. Może to nie odkrywcze co powiem, ale cieszmy się tym co mamy, bo w listopadzie jeszcze nie raz zatęsknimy za takim rozgrzanym sierpniowym fluidem. 

W podobnej scenerii, no może na bardziej zmęczonej spiekotą ziemi, ale prawie 2 tysiące kilometrów od nas, w 1971 roku w pierwszych dniach października Pink Floyd rejestruje obraz połączony z dźwiękiem u podnóża wulkanu Wezuwiusz. Właściwie jest to koncert w magicznym otoczeniu natury i starożytnej architektury... ale bez tradycyjnej publiczności!






Dokładnie zdjęcia do filmu były rejestrowane w dniach 4 - 7 października 1971 roku. Zespół zagrał kilka utworów przed zgoła innym audytorium, w skład którego wchodzili: obsługa filmowa, ekipa techniczna, personel logistyczny i przypadkowo obecne dzieci z okolic antycznego miasta.
Sam pomysł autorstwa francuskiego reżysera Adriana Mabena został urzeczywistniony przy wydatnym finansowym i organizacyjnym wsparciu telewizji znad Sekwany. Pierwotnie nietypowym pomysłem było zrobienie filmu z wykorzystaniem nieszablonowych obrazów Paula Delvauxa, Giorgia de Chirico czy René Magritte’a jako surrealistycznych dekoracji. Jednak porzucono ten pomysł za intencją managera zespołu, jak i samych muzyków, co wpłynęło korzystnie na oddanie wielopłaszczyznowej i nowatorskiej muzycznej filozofii Pink Floyd w finalnej produkcji.

Warto wspomnieć, że idea starożytnych ruin jako scenografii wcale nie zostałaby urzeczywistniona z powodu początkowego weta włoskich administratorów Pompejów nierozumiejących idei autorów muzycznego przedsięwzięcia. Na szczęście Włosi jak to Włosi – niepoprawni romantycy, zdołali się przekonać do pomysłu ponownego, symbolicznego ożywienia niemych świadków minionej historii antycznego świata, który istniał w tamtym miejscu do zabójczej erupcji pobliskiego wulkanu w 79 r. n.e.
Warstwa muzyczna zawarta w tym obrazie to kombinacja barwnej nostalgii, przy tym pełna wyobraźni, surrealistyczna i prekursorska - doskonale dopełniająca propozycje wizualne autorów filmu. Ujęcia trwale zarejestrowane na taśmie filmowej wokół i wewnątrz starożytnego amfiteatru, pośród ruin Pompejów wraz z kreacją Pink Floyd, to niepowtarzalne audiowizualne doświadczenie. Mistrzowski zapis tego wydarzenia rozpięty jest pomiędzy skąpaną w słońcu areną, tajemniczo lśniącym nocnym światłem, a dymiącymi wulkanicznymi pozostałości. Jest perfekcyjnym wzajemnym przenikaniem obrazu i dźwięku przy wydatnym uwzględnieniu śladów rzymskiej kultury. Czasem demonicznym, zaskakującym i dynamicznym wyborem ujęć filmowych.

Koncert rozpoczyna się i kończy, spinającą klamrą w całość, pełną ekspresji kompozycją Echoes z albumu Meddle. Na arenie amfiteatru grupa prezentuje również A Saucerful Of Secrets oraz One Of These Days.

Następne utwory wykorzystane w filmie dograno w Studiu Europa-Sonor w stolicy Francji w drugiej dekadzie grudnia 1971 r. (Careful with That Axe, Eugene i Set the Controls for the Heart of the Sun). Tam również, zdaje się zupełnie pod wpływem chwili, zaimprowizowano bluesowo-żartobliwy Mademoiselle Nobs, gdzie swój talent wokalny zaprezentował… pies wabiący się  Seamus, który skowycząc wtórował grającemu na harmonijce Davidowi Gilmourowi.



Trzeba zaznaczyć, że film ukazał się we wrześniu 1972 roku. Początkowo planowano wyłącznie jednorazowe emisje w telewizji francuskiej, belgijskiej i zachodnioniemieckiej. Jednak z powodu większej popularność jaką zdobył, trafił także do kin innych krajów w 1974 r. w rozszerzonej reżyserskiej wersji wzbogaconej o fragmenty z sesji nagraniowej (też poza muzycznej – rozmowy muzyków itp.) Ciemnej Strony Księżyca (On the Run, Us and Them, Brain Damage, Eclipse).
Niestety dotychczas nie ukazał się oficjalny soundtrack filmu, a samych wersji „piratów” można naliczyć przynajmniej 62!


Istnieje takie powiedzenie, że historia lubi się powtarzać. Tak więc po 45 latach filar Pink Floyd - David Gilmour ponownie pojawił się nieopodal Neapolu, by zagrać w pompejańskim amfiteatrze w dniach 7 i 8 lipca 2016 roku. Koncerty, które odbyły się w ramach trasy Rattle That Lock Tour w wybudowanej w 90 roku p.n.e. arenie walk gladiatorów, były pierwszymi występami z udziałem publiczności od czasu wybuchu pobliskiego Wezuwiusza.



„To magiczne miejsce. Powrót tutaj, zobaczenie tej sceny, było czymś przytłaczającym. To miejsce pełne duchów..." 
                                                                                                                           David Gilmour

Sam amfiteatr odwiedziłem w czerwcu 2011 roku i pierwsze skojarzenia miałem nieco inne… a związane z pamiętnym filmem Pana Mabena.




czwartek, 3 sierpnia 2017

The Moody Blues - Days of Future Passed (Deram 1967)

Nights in white satin
Never reaching the end
Letters I’ve written
Never meaning to send

Beauty I’d always missed
With these eyes before
Just what the truth is
I can’t say any more

‘Cause I love you
Yes I love you
Oh how I love you


Jest to płyta dla mnie szczególna, której powinno się słuchać wyłącznie w całości. Magiczna i jakby baśniowa. Rzecz sama w sobie niepowtarzalna! Więc zaopatrzę ją tym razem w lakoniczną informację na temat muzyki i okoliczności w jakich powstała i, co może wydać się ekstrawaganckie (tak mnie trochę poniosło 😁), w poezję niejako luźno korespondującą z treścią wymienionego dzieła.


Można zadać pytanie: Dlaczego? Ponieważ takie informacje, jak w większości z wspominanych płyt na tym blogu, bez większego trudu można odnaleźć w wszędobylskim Internecie, a pomysł z cytowanymi utworami lirycznymi pojawił się podczas leniwej, wakacyjnej letniej kanikuły i niejako narodził się inspirowany dziełem The Moody Blues.




Krążek wydany pół wieku temu, 11 listopada 1967 roku, to album niezwykle kreatywny, zawierający aspekt upływu czasu. Każdy utwór odzwierciedla etap dnia, którego w żadnym wypadku nie wypada utracić.
Same utwory osadzone są w klimacie końca lat 60-tych w kategoriach energii jak i atmosfery. Przy tym z płynnie zmieniającą się dynamiką oraz tonacjami. Wyczucie rytmu, piękne frazowanie, cudne wyczucie klimatu, świetne wyczucie brzmienia i tyle uczucia włożonego w efekt finalny.



Za repertuar płyty obok członków grupy odpowiadał śmiały producent Tony Clark oraz dyrygent, aranżer i kompozytor Peter Knight. To on uzupełnił melodyjne piosenki napisane przez muzyków zespołu o finezyjne wątki orkiestrowe. W efekcie powstała płyta zwięzła i urzekająca pomimo kontrastu dwóch tak odległych stylów muzycznych. To dzięki fragmentom symfonicznym komplet nagrań doskonale się zharmonizował.



Całość otwiera symfoniczne preludium (The Day Begins), które z wolna zrywa zasłonę snu. Kolejny (Dawn: Dawn Is A Feeling) ujmuje pięknem oczekiwanego, nieuniknionego świtu. Ożywczej energii daje poranek (The Morning: Another Morning), który staje się wstępem w odmęt codziennej gonitwy. W apogeum dnia dokładnie w punkcie słońca w zenicie (Lunch Break: Peak Hour), wpadamy w wir aktywności, który rewelacyjnie oddaje brzmienie orkiestry. Melodyjna popołudniowa sjesta (The Afternoon: Forever Afternoon (Tuesday?) / Time To Get Away), wprawia nas w oczekiwanie na kuszący wieczór. Ów schyłek dnia (Evening: The Sun Set: Twilight Time) poprzez metafizyczny klimat zachęca do uczestnictwa w wielobarwnym misterium. Ten spacer wieńczy upragniona pora nocy, która otula nas satynową, senną aurą (The Night: Nights In White Satin).

Tyle o płycie. Czas na zapowiedzianą poezję 😏!


Przed świtem
Trwa jeszcze ciemne rano -
Śpi niebo nad altaną.
Staw błysnął o dwa kroki -
Już widać, że głęboki.
W łopuchu czy w pokrzywie
Świerszcz dzwoni przeraźliwie!
Rozpoznajże w ciemnocie,
Czy wróbel tkwi na płocie?
Kształt wielki wybrnął z cienia,
Lecz nie chce mieć imienia.
Chce snom się jeszcze przydać:
Nie widać nic, a - widać.
(Bolesław Leśmian)

Świt
Tu bliziutko - coś zawołało,
A daleko - odróżowiało,
Nie wiem co, bo ni to ni owo,
Na ćwierć ptasio, na trzy ćwierci różowo.
Szeptem przeszło tuż - tuż w sitowiu,
Zaliściło liśćmi w listowiu
I rozniosło się, i frunęło,
I po stawie ogniem huknęło.
(Julian Tuwim)

Ranek
Tysiącami twarzy
policzkami chmur
oczami słońc
wargami powietrza
uszami wiatru
dziwi się ranek
coraz wyżej
a my
dziwimy się wraz z nim
(Rose Ausländer z tomu „Głośne milczenie/ Schallendes Schweigen”, 2008,
tłum. z niemieckiego Ryszard Wojnakowski)

Budząc się ze snu
W głębi żył są statki wyruszające w podróż,
Drobne eksplozje na linii zanurzenia
I mewy wzlatujące nawietrznej słonej krwi.
Jest ranek. Wieś przespała całą zimę.
Ławy pod oknem przykryte były futrami, na podwórku
Kręciły się zmarznięte psy, ręce z trudem trzymały ciężkie książki.
Teraz się budzimy, wstajemy z łóżek i zasiadamy do śniadania.
Okrzyki niosą się w portach krwi,
Jest mglisto, dźwigają się maszty, w słonecznym blasku słychać uderzenia drzewców.
Teraz śpiewamy i tańczymy drobiąc po kuchennej podłodze.
Całe nasze ciało jest jak port o świcie.
Wiemy, że nasz pan zachował nas, byśmy dożyli tego dnia.
(Robert Bly z tomu „Silence in the Snowy Fields”, 1962, tłum. Julia Hartwig)

Półdzień
Sroży się w bezdroża chustek złotych pól
braterskim uściskiem ze słońcem niesiony
bezruchy Pafnucy co przeklina wrony
- półdnia myśliciel.
W suchej ziół koronie, uplecionej trawy
myszkuje swobodnie ziarnem prowadzona
kuleczka popieli węchem wywiedziona
- półdnia harcownik.
Znikł w odmętach czasu obnażając świat
codziennej zabawy już nieco znużony
bezpański mgły cień zenitem straszony
- półdnia odkupiciel.
Wespół z tym obrazem w objęcia wejdź czułe
Im ciszej pokochasz, tym więcej zmalują
że hej, (...)
(Kacper Potocki)

Wieczór
Żonie Marysi

Pejzaż tak lekki bez ciężaru słów
w mroku drzew świeci pusty stół Sanu
żona pięknieje za różę jaskółek pościg
przymierza sen do jej twarzy
nie śpij przez liści wielki kapelusz spójrz
jaki mróz gwiazd i na dachu powój
noc cała wędruje za nas
(Jerzy Harasymowicz)

II
Zmierzch, z ametystu przemieniony,
Niebieski jest, ciemnieje;
Latarni blask bladozielony
Rośnie wśród drzew alei.
W starym pianinie pieśń rozbrzmiewa
Powolna; godna, miła;
W klawisze żółte zapatrzona
Głowę ku nim skłoniła.
Myśl błądzi, dłonie zasłuchane,
Oczy wielkie i czyste...
W zmierzchu niebieskim, ciemniejącym
Światełka ametystu.
(James Joyce 1907, tłum. z angielskiego Maciej Słomczyński, w wersji oryginalnej pt. „II [The twilight turns from amethyst…]”)

Letnia noc
Piękna letnia noc.
Wysokie domy zostawiają
Okiennice swoich balkonów otwarte
Na duży plac starej wioski.
Opustoszał długi skwer,
Koło kamiennych ławek
Krzaki jasieńca i akacji
Kreślą swoje długie cienie
Symetrycznie na białym piasku.
W zenicie księżyc, na wieży
Oświetlona tarcza zegara.
Idę przez antyczną wioskę
Sam jeden, jak duch.
(Antonio Machado, tłum. Czesław Miłosz)




niedziela, 18 czerwca 2017

DEEP PURPLE – Made In Japan ( Purple Records 1972)

Głęboka Purpura zawitała ponownie do Polski. Dzięki bliskiemu kumplowi (bratniej duszy) ponownie dałem się namówić na ich koncert. Co by dużo mówić... Naprawdę nie żałuję, że już trzeci raz miałem wielką przyjemność uczestniczyć w ich występie. Powiem więcej, niech żałują Ci, co nie byli teraz albo kiedykolwiek. Deep Purple to jazda obowiązkowa dla wielbicieli rocka. Żywa legenda, dobiegająca już kresu koncertowego swego żywota, przynajmniej jeśli wierzyć nazwie aktualnego, pożegnalnego i ogólnoświatowego tournée (Goodbye Tour). Daj Boże niech każdy kończy swoje zawodowe istnienie w ten sposób. Z tak potężnym przytupem i niebywałym wdziękiem towarzyszącym wybrańcom rockowego panteonu. Bez bufonady, z dystansem, bez odrywania kuponów dawnej chwały. Wciąż cieszą zmysły. Poruszają emocje. Powodują fale wzruszeń i obezwładniają własną czystą szczerością. Chciałoby się rzec: niech tak nie ustają w swojej trasie koncertowej i wciąż na nowo pobudzają wyobraźnie odbiorców tej niesamowicie smacznej muzycznej strawy.

Pierwszy koncert Deep Purple zaliczyłem 23 września 1991 r. w Poznańskiej Arenie. Tak się składa, że był to pierwszy występ legendy w Polsce. W końcu pojawili się u Nas, choć słuchano ich w Polsce, z tego co wiem, od początku lat siedemdziesiątych. Niestety mur dzielący ówczesny świat, utrudnił Ich wcześniejszą obecność w naszej ojczyźnie. Nie był to występ w szczycie ich kariery. Nawet personalia mogły pozostawiać wiele do życzenia, nie ujmując nic muzykom ówczesnego składu zespołu. Wtedy wokalistą był znany już z formacji Rainbow Joe Lynn Turner. Z drugiej strony ciągłe zmiany personale Deep Purple stanowią jakby naturalną metamorfozę w całym ciągu kariery formacji. Bo przecież tych wersji składów było bez liku. Począwszy od  pierwszej z Rodem Evansem na wokalu, a skończywszy na Donie Airey’u obsługującym klawisze po odejściu na wieczny odpoczynek niezapomnianego Johna Lorda. Występ był znakomity i nawet wokalista Joe Lynn Turner stanął na wysokości zadania, a sam Ritchie Blackmore dwoił się i troił dając niewątpliwy popis wirtuozerii. Dobrze pamiętam jak niczym walec drogowy przejechał po nas Perfect Strangers, czy oszołomił spontaniczny Black Night



Kolejna, moja druga styczność  z purpurowymi to kontakt z bodajże najbardziej wytrawną konstelacją zespołu w Zabrzu, ostatniego dnia października 1993 roku. Już wcześniej wspominałem ten koncert przy okazji omawiania Machine Head. Żeby w pełni oddać wrażenia z tamtego jesiennego wieczoru, trzeba przenieść się te prawie ćwierć wieku wstecz. Totalny odlot. Koncert marzenie. Niezapomniane wrażenia. 

No i przyszła pora na ten najbardziej aktualny, który miał miejsce w Łodzi 23 maja 2017 r. Właściwie, myślę  że każdy obecny w Hali Atlas Arena otrzymał co chciał. Kawał solidnej dawki purpurowej muzyki. Od promocji nowych kawałków aż do poruszających starych klasyków: Fireball, Bloodsucker, Strange Kind Of Woman, Space Truckin’, Lazy, Perfect Strangers czy Hush i Black Night. Muzyka co się zowie!



Na kanwie moich własnych wspomnień z koncertów Deep Purple, piszę dziś o koncercie, którego zarejestrowana ścieżka na trwałe weszła do kanonu gatunku.
Made In Japan, jak sam nazwa wskazuje, stanowi rejestrację koncertów z kraju kwitnącej wiśni 45 lat temu. Wydaje się szczytem skondensowanej energii zespołu. W sierpniowe wieczory 1972 roku, w stolicy Japonii i Osace purpurowym udało się uwolnić niewiarygodną moc z towarzyszącą jej permanentną precyzją wykonawczą. Nie jest to absolutnie li tylko błahy dźwiękowy strumień przeznaczony wyłącznie dla najbardziej zagorzałych wielbicieli takiego grania. Jest to nadzwyczajna totalna jazda,  perfekcyjnie wkomponowana w ramy hardrockowej konwencji. Niebotyczny poziom techniczny poszczególnych purpurowych  muzyków,  wzmacnia porażająca dramaturgia wykonawcza. Z pewnością w tym wypadku grupa wybitnie dogadza słuchaczom. Całość, mimo upływu wielu lat, wciąż brzmi odpowiednio ostro i dynamicznie. Żyleta! Tak nad podziw dosadnie z potężnym wykopem! Do tego ukazuje bezgraniczną wyobraźnię, nieskrepowaną kreatywność i co za tym idzie bezsprzeczną klasę zespołu. Podwójna płyta, obwołana absolutnie rockowym majstersztykiem, znalazła się zasłużenie w zbiorze najlepszych albumów cięższej odmiany rocka nagranych na żywo.



A jednak muzycy początkowo nie byli do niej specjalnie przekonani. Do tego stopnia, że album miał być wydany jedynie w kraju samurajów. Wokalista Ian Gillan miał tu spore wątpliwości do jakości własnego głosu z powodu towarzyszącego koncertom pechowego zapalenia oskrzeli. O zgrozo! Ponoć ani razu w całości nie wysłuchał Made In Japan, co na pewno stanowi dosyć oryginalne kuriozum z punktu widzenia miłośników twórczości Deep Purple.
O zawartości napisano zapewne całe tony analiz i wszelakich recenzji, ale warto zaakcentować, że utwory znane z krążków studyjnych stanowiły fundament do szerszych, scenicznych interpretacji. Kawałki dobrze znane i osłuchane z wcześniejszych płyt, a wykonane podczas koncertów, zabrzmiały odmiennie i co za tym idzie dostarczyły zupełnie innych wrażeń. Generalnie punkt ciężkości spoczywał na indywidualnych, porywających popisach i improwizacjach wszystkich muzyków. Mamy tutaj cały wachlarz artystycznych atrybutów brytyjskiego kwintetu.



Wysmakowana solówka Blackmore'a w Highway Star, czy też napędzający bas Glovera w przytoczonym utworze, świetne popisy Iana Paice'a na perkusji w The Mule. Efektowne dialogi gitarowo-organowe w rockowym hymnie Smoke On The Water, świetne gitarowo-wokalne dialogi w Strange Kind Of Woman. Uroczo bluesujący Lazy. Totalnie rozimprowizowany, najmocniejszy, najbardziej rozpędzony i zagrany z wyjątkową dzikością i drapieżnością Space Truckin' to coś co już na zawsze zapada w pamięci. A przysłowiową wisienką na torcie w większości kompozycji stanowią instrumentalne droczenia Lorda z Blackmore'em, do których z pełnych pasji popisami wokalnymi dołącza charyzmatyczny Ian Gillan. Wyraźnie da się odczuć, że muzycy grupy rozumieli się bez zbędnych słów, przy tym świetnie bawili się wspólnym graniem.

Made In Japan to idealny wizerunek drugiego wcielenia Purpli i to w punkcie kulminacyjnym zarówno artystycznej formy jak i niegdysiejszego, przeogromnego uwielbienia ze strony szalejącej na ich punkcie publiczności. Wstyd nie znać!