wtorek, 24 lipca 2018

DIRE STRAITS – Communique (Vertigo 1979)

Znowu na osnowie tegorocznego lata coś, co kojarzy się z tą przez wielu ulubioną porą roku. Drugi krążek Brytyjczyków (nagrany w tym samym składzie co debiut) mimowolnie łączy się z atmosferą słonecznej aury poprzez nieprzypadkowe, zdecydowanie klarowne brzmienie uzyskane podczas rejestracji muzyki, które dokonane zostało, a jakże… na tropikalnych Bahamach! Dokładnie w grudniu 1978 roku w Studiu Compass Point znajdującym się w Nassau, stolicy tego państwa położonego na wyspie New Providence.
Zaznaczam natychmiast, że nie tylko miejsce narodzin tej muzyki (słoneczne Bahamy), może stanowić skuteczną, kojącą receptę na czasami nieznośne upały. Ale i cały zgiełk rzeczywistości, cokolwiek miałoby to oznaczać. W myśl zasady: Trzeba się wyciszyć, aby posłuchać. Trzeba wsłuchać się, aby się wyciszyć.


Ktoś powie, że to niby dość blada kopia, podobnego przecież w stylistyce i nastroju debiutu. Ale nic mylnego! Ale po kolei.

Po pierwsze „Komunikat” nie ma tak intensywnych, pełnych dynamiki kompozycji jak pierwszy album, ale według mnie nie jest to żaden zarzut, lecz tylko lepiej wyprodukowana, zrównoważona i spokojniejsza, a na pewno dojrzalsza wersja ich twórczości. Na albumie w większości wodzą prym łagodnie rozchodzące się, ścielące z magiczną finezyjną muzyczne historie. Tu wszystko wydaje się bardziej stonowane, powiem, że nawet bardziej wyrafinowane, oczywiście w pozytywnym znaczeniu. Ukazujące całą paletę sporych możliwości twórczych muzyków obracających się w bluesrockowym obszarze, tak barwnie przedstawionych w kalejdoskopie wielu odcieni dojrzałych gitarowych brzmień braci Knopflerów i spółki. Przy tym obaj gitarzyści nie chcą nachalnie epatować nienaganną techniką warsztatową, czy też czymś podobnym zaimponować. Wręcz przeciwnie, ukazują formację w wiarygodnym i świadomym, bardziej zaawansowanym akcie twórczym, otwierającym drogę do plejady ważnych rockowych wykonawców. 


Obcując z muzyką nie trudno dostrzec wyjątkowy element, który wkrótce zespół dopracował prawie do doskonałości. Chodzi o wprawne używanie dynamiki. Na tym albumie możemy podziwiać kunszt instrumentalistów, którzy z wyczuciem i perfekcyjnym feelingiem dozują nam wrażenia, balansując pomiędzy stłumionymi, delikatnymi urywkami, a mocniejszymi akcentami. Przy tym brylujący Mark Knopfler, jedyny w swoim rodzaju gitarowy wyga, produkujący najwyższej próby dźwiękowe treści liryczne, jednakowoż zanurzone w poetyckim słowie utworów z tego albumu.

Podobnie jak na debiutanckiej płycie w dalszym ciągu mamy do czynienia z nutami wyrastającymi z tradycji bluesowego grania. Świadczą o tym, gitarowe popisy braci Knopflerów, a szczególnie Marka. Pozbawione przejaskrawienia, proste i klarowne. Co ciekawe, istota rzeczy tkwi w artykulacji tych dźwięków, czyli czymś, co wyróżnia wyłącznie najlepszych gitarzystów. Również istotnym faktem jest to, że gra na gitarze palcami. Istnieje taki przekaz, że ponoć swego czasu na próbę zapomniał kostki do gry i tak się już ostało. Niekwestionowany lider formacji Mark Knopfler potrafił i nadal umie stworzyć bajeczny klimat. To jeden z gitarowych malarzy, tak pięknie opowiadający, rysujący osobiste opowieści na gitarze. Trzeba przyznać, potrafi to niewielu. Z tym chyba trzeba się urodzić?! Za pomocą kilku prostych dźwięków wyraża masę emocji. Tak jest do dzisiaj. Niewątpliwie Knopfler inspirowany różnymi dźwiękami (np. brytyjska i irlandzka muzyka ludowa, blues, country) wplótł w nie własny kunszt muzyczny. Nie potrzebuje gadżetów, specjalnej promocji, czy wyszukanej oprawy. Wystarczy, że wyjdzie na scenę w jeansach, koszulce i po prostu zrobi zawsze to, co potrafi najlepiej. Zagra tak, że szczęki same opadną!



Tak wytrawna muzyka nie mogła być opakowana w coś trywialnego. Tak samo jak w wypadku debiutanckiego albumu (zamglona, tajemnicza sylwetka kobiety), na frontowej okładce Communique zauważamy w oddali na tle koperty, enigmatyczną, samotną postać w scenerii nocnej plaży. Daje to odbiorcy wolność interpretacji, zaś treść listu wydaje się wiecznie nieodgadniona.

Wyjątkowo nie będę wyróżniał specjalnie żadnej kompozycji. Z pewnością cały album brzmi bez zarzutu. Ekspresyjne, bezpretensjonalne i co ważne, jest to po prostu komunikatywne granie. Dokładnie tak jak w tytule.

Zatem, miłego słuchania!


środa, 4 lipca 2018

PETER GREEN – In The Skies (Creole/PVK 1979)



Na wstępie taka osobista dygresja. Zastrzegam, nie bardzo adekwatna do tematyki preferowanej 
na blogu, ale… 
No właśnie:
Tak jak nasza nieszczęsna ;-) reprezentacja w piłce nożnej na mundialu w Rosji zagrała źle i wydaje się teraz, że dwa lata wcześniej na Euro we Francji zagrała ponad stan polskiego futbolu (obym się mylił?!), tak też podobnie jawi się płyta wykonawcy, którą dzisiaj biorę na tapetę.

Peter Green będąc w poważnym kryzysie, po prawie dekadzie niebytu, stworzył ewidentnie ponad własne, ówczesne możliwości niespodziewanie udaną płytę, która nijak się miała do jego złej formy mentalnej, psychicznej, jak i instrumentalnej. Nasuwa się pytanie: skąd taki dobry, finalny artystyczny efekt, tak bardzo odmienny od sportowego wyniku naszej „repry”? Ano także z powodu nad wyraz udanej obecności na tym krążku wyśmienitego gitarzysty Snowy White’a , doskonale zastępującego głównego bohatera w partiach gitarowych (genialne Slabo Day), który pchnął całe przedsięwzięcie na pozytywne tory.    

Mniemam i mam nadzieję, że nad całością czuwał wielki „Zielony Piotruś”, wywiązując się owocnie z roli lidera. Żal, że u biało-czerwonych zabrakło takiego wodzireja i wirtuoza zdolnego odmienić rzeczywistość in plus, choć wszyscy upatrywali w tej roli Roberta Lewandowskiego. Kończąc te aluzje co do miernego występu naszych orłów na futbolowym championacie to nadmienię, że Peter Green mimo swoich poważnych kłopotów był w stanie wspiąć się wraz z kompanami na swoje muzyczne wyżyny i zaproponować wspaniałą podróż w muzyczną krainę, podczas gdy nasza drużyny reprezentacyjna zafundowała wszystkim kibicom spektakl podłej jakości. A podobno wystarczy chcieć, a chcieć to móc... Ale, że blog nie jest o tematyce sportowej na razie nie będę rozwijał tematu, który wciąż boli i jeszcze trochę pewnie pouwiera każdego polskiego fana „kopanej”. Peter Green, faktycznie Peter Allen Greenbaum, to artysta wielce zasłużony na światowej bluesowej scenie. Znakomity w pierwszym wcieleniu formacji Fleetwood Mac. Później niestety wyłączony na lata z aktywności twórczej ze względu na kłopoty ze zdrowiem. Odradza się z niebytu pod koniec lat 70-tych w postaci tego albumu, pełnego świeżości i ukojenia, który jawi się niczym oaza na twórczej pustyni tamtego ciemnego okresu życia „Zielonego Piotrka”.


Powiem krótko: czapki z głów! Na przekór losowi potrafił wykreować album w znacznym stopniu lepszy, niż można było się spodziewać. Samo pojawienie się longplaya na półkach sklepowych okazało się być bardzo pozytywnym wydarzeniem, ukazującym wiele odcieni „greenowego” bluesa.

Album ma wyluzowany i relaksacyjny charakter. Green wraz z pozostałymi muzykami niemalże w sposób minimalistyczny udowadnia, że muzyka to nie wyścigi albo zaciekła rywalizacja. Próżno tu doszukiwać się jakiejkolwiek gitarowej pirotechniki, czy też szaleńczych instrumentalnych popisów. To właśnie stanowi o sile i wartości muzyki.

Cała płyta zdominowana jest przez letni, ciepły, popołudniowy klimat. Muzyka uwodzi i nie przytłacza swoją zawartością, leniwie płynie, dając ukojenie po ciężkim, lepkim, upalnym dniu. Odbiera się to z dużą dozą ulgi i przyjemności. Ożywczy muzyczny okład. Słuchając A Fool No More, Seven Stars, Just
For You czy In The Skies łatwo zapomnieć się i odpłynąć w dźwiękowe pejzaże wykreowane przez zespół Greena. Wszystko wydaje się absolutnie na miejscu, z akcentami muzycznej wrażliwości lidera całego przedsięwzięcia. Sugestywnie wyrażające nastrój gitary, plus aksamitny, ale mocny tembr wokalu, idealnie dopełniają optymistyczną i nader refleksyjną aurę dominującą na całym dziele. Podobne odczucia towarzyszą kompozycji Slabo Day, gdzie wyraźnie emocjonalnie odczuwamy udane zagrywki gitarowe. W utworach Tribal Dance i Proud Pinto na plan pierwszy wysuwa się sekcja rytmiczna wspomagana przez bębny w stylu Santany, które podkreślają wyluzowany karaibski nastrój i ukazują latynoskie upodobania Petera Greena.

W nagraniu albumu uczestniczyli m.in. klawiszowiec Peter Bardens (znany z Them i Camel) i gitarzysta Snowy White (w tamtym czasie koncertowy gitarzysta Pink Floyd i późniejszy instrumentalista Thin Lizzy).

W uzupełnieniu dodam, że miałem przyjemność poznać tę muzykę za sprawą składanki Portrait, wydanej przez polski Tonpress w połowie lat osiemdziesiątych, gdzie zgromadzono kompozycje z 4 albumów Greena wydanych na przestrzeni lat 79-82, w tym z omawianej płyty. Już wtedy, muzyka z tego krążka bardzo mi się spodobała i utkwiła jak widać na trwale w pamięci.

No i na koniec ponownie pewna analogia „Zielonego Piotrka” do naszej piłkarskiej reprezentacji. Duży potencjał zawarty w drużynie jak i w opisywanym artyście. Ale niestety zbyt dużo oczekiwań i chyba zmarnowanych nadziei pokładanych w piłkarzach, ale pewnie też w samym muzyku, którego mimo wszystko stać było osiągnąć artystyczne tytułowe niebiosa. Dlaczego nie stać było na to naszych „orłów”? Ech… 


Ku pokrzepieniu serc, dla odmiany, muzyczne wspomnienie Maryli Rodowicz z Mundialu 1974 roku, najlepszego dla polskiej piłki. Choć jeszcze w hiszpańskich mistrzostwach 1982 r. nasze „orły” powtórzyły sukces, zajmując 3 miejsce, to jednak gra ich nie miała takiego polotu jak na niemieckich boiskach. 

  

Zdaję sobie sprawę, że w tym odcinku pojechałem trochę „nie na temat”, ale trudno jest mi przejść obok aktualnej piłkarskiej rzeczywistości, gdyż po prostu, najzwyczajniej jestem kibicem futbolu, a zwłaszcza w wydaniu reprezentacji narodowej. 

Ps. Może ktoś uzna, że takie moje subiektywne zestawienie nie jest zbyt trafione, ale proszę zwrócić uwagę, że najlepsza muzyka powstawała w czasach kiedy „nasza” piłka święciła trumfy, a teraz (może poza wyjątkami) dobrego, esencjonalnego grania (natury sportowej jak i muzycznej) jakoś szukać na próżno. Tak dygresja do refleksji, przemyśleń i być może do dyskusji. 





czwartek, 31 maja 2018

MAREK GRECHUTA & ANAWA - Marek Grechuta & Anawa (Polskie Nagrania Muza 1970)


„Postanowiliśmy nie tworzyć byle czego, bo na to szkoda czasu. Chcieliśmy pisać piosenki niebanalne, piękne i wzniosłe”. 
Marek Grechuta 

Tak jak dla człowieka smakiem bliżej nieokreślonym jest umami, tak podobnie dla muzyki, a właściwie jej zaszufladkowania, jest dźwiękowa kraina Grechuty. Nie jest to przecież stricte muzyka teatralna, czy też ewidentnie czysta poezja śpiewana, choć bezpośrednio z nią koresponduje. Nie jest to typowy jazz, tradycyjny rock&roll, ani tym bardziej klasyczna muzyka poważna. Smak umami uważamy za coś niezwykłego w pozytywnym znaczeniu. Pozostawia długotrwałe wrażenie sytości. W efekcie owocuje wyważonym smakiem wraz z dopełnieniem woni jadła. Umami polepsza jakość szerokiej gamy potraw. Podobnie rzecz się ma z twórczą niszą Grechuty, która tylko nielicznych nie zdoła poruszyć i zniewolić. Ujmuje tajemniczym i ulotnym liryzmem powodując wyraźny dreszcz emocji. Efektywnie wywierając piętno na wyobraźni i inspiracji kolejnych pokoleń. To wszystko z powodu swoistego, oryginalnego stylu, tak przecież odległego od koniunkturalnych trendów kolejnych dekad. Kompozytor, nietuzinkowy muzyk zaopatrzony w charakterystyczny głos. Do tego, co najważniejsze nie do podrobienia wysokich lotów artystyczny manifest, którego nie sposób wypracować, z tym trzeba się zwyczajnie urodzić! Połączenie wykwintnej liryki i łatwo przyswajalnych dźwięków, wykształciła w nim kunszt wykonywania wielce wartościowej muzyki z niebywałą eteryczną płynnością. 


Czym był debiut artysty? Jako żywo bezpośrednią i świeżą artystyczną wizytówką autora. Pierwszy album okazał się zbiorem utworów przepełnionych poetycką aurą. Przy tym całkiem jednorodny, gdzie trzon stanowiły błyskotliwie zaaranżowane ballady, piosenki poetyckie i coś dla kontrastu: frywolne i satyryczne kantyleny stworzone przez spółkę autorską Pawluśkiewicz - Grechuta (np. W dzikie wino zaplątani, Będziesz moją Panią, Nie dokazuj). Inspiracją dla Grechuty były wiersze rodzimych polskich poetów (m.in. Wesele S. Wyspiańskiego, Twoja postać T. Micińskiego, J. Czechowicza) urokliwie wkomponowane w intrygujący zestaw klasycznych instrumentów smyczkowych, które bez wątpienia musiały oczarowywać. Na plan pierwszy wychodziła wiolonczela i wtórujące jej skrzypce z altówką. Do tego kontrabas, fortepian i akompaniująca gitara. Takie zestawienie instrumentów dopełnione specyficzną aranżacją intrygowało, a co ważniejsze - chwytało za serce. Celowo nie wyróżnię żadnej kompozycji, bo w istocie całość wymyka się spod oceny. Osobiście uważam, że wszystkie utwory są bez mała wyborne i jedyne w swoim rodzaju.









A sam śpiew lidera to „jak gdyby nigdy nic”. Opanowany i stoicki, niezwykle naturalny. Nie słychać w jego głosie zadyszki, zmęczenia tekstem nasyconym liryzmem. Utrwalanym na zawsze w słowie, które są odbiciem uczuć, marzeń, spostrzeżeń, wyobrażeń oraz metafor. Ten zamiar jest odbiciem czegoś nieuchwytnego, a zarazem delikatnego i pięknego. Najczęściej są to interpretacje o głębokiej treści, często delikatnej melodii oraz skromnej aranżacji.



Sensualistyczne doświadczenia związane z przenikaniem się poezji i muzyki są nierozerwalnie związane z artyzmem tak wysoce wrażliwego artysty jakim był Grechuta. W tym przypadku poezja wraz z muzyką kształtuje nierozerwalną całość. Muzyka, poezja, formowały integralną całość przy nieodzownym wsparciu rytmu i melodii, co z kolei w ostatecznym efekcie daje nowy i świeży sens twórczej, jakże oryginalnej materii.
Z każdym przesłuchaniem, coraz dobitniej upewniam się, że mam do czynienia z nieprzeciętnie ujmującą muzyką, która powstała za sprawą spotkania studenta Politechniki Krakowskiej Marka Grechuty ze starszym kolegą z tego samego wydziału, instrumentalistą i nietuzinkowym kompozytorem zamiłowanym w jazzie - Janem Kantym Pawluśkiewiczem. Jak legenda niesie doskonale do siebie pasujący muzycy (przeznaczenie!?) zaraz po pierwszej styczności stworzyli kompozycję do wiersza J. Tuwima „Pomarańcze i Mandarynki. Wyszło świetnie, wiec oczywistością było powołanie do życia kabaretowej formacji o nazwie Anawa od francuskiego wyrażenia „en avant” oznaczającego naprzód.
Tak oto ujrzała światło dzienne całkiem nowa, trudna do zaszeregowania wartość, tak bardzo wyeksponowana na debiutanckiej płycie i rozwijana na kolejnych albumach.

„Niepewność”
Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę,
Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę;
Jednakże gdy cię długo nie oglądam,
Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam;
I tęskniąc sobie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?
Adam Mickiewicz



Debiut debiutem, a po nim równie fantastyczna płyta, ale już bardziej różnorodna Korowód, ale to już temat na inne spotkanie…




poniedziałek, 30 kwietnia 2018

AC/DC – Back In Black (Atlantic 1980)


Dezynwoltura. Raczej rockowa dezynwoltura. Bo jakżeby inaczej określić to „pięknej urody rękodzieło” chłopaków spod znaku AC/DC!
Ciężkość, ale i energetyczna lekkość, zawadiackość i rubaszność, ale też powaga i smutek spowodowany niepowetowaną stratą. Hołd i pomnik w postaci muzyki dla odchodzącego w wieczność byłego wokalisty Bona Scotta. Rasowego wokalisty, którego niezwykle trudno zastąpić. I pojawia się On – Brian Johnson, obdarzony przeszywająca chrypką jakby mu czołg przejechał po stopach! Doskonale uzupełniający muzykę.
A tej płyty mogło przecież nie być! Zespół zdruzgotany po hiobowej wieści utraty frontmana mógł w sposób niejako naturalny zaprzestać dalszej działalności. Szczęśliwie dla wszystkich wielbicieli, jak i dla siebie samych wybrali inaczej! Ta swoista terapia przyniosła wprost nieoczekiwane... a może paradoksalnie spodziewane efekty. Pozostali członkowie zespołu po prostu zanurzyli się w akcie twórczym, przygotowując ten doskonały album, zawierający zbiór konkretnych kawałków, które są zaraźliwą rockową energią w najczystszej postaci.


Jednak nie wszystko wyglądało tak kolorowo. Bo jak wspomina Angus Young:
Gdy nagrywaliśmy Back in Black początkowo wyglądało to dość żałośnie... Malcolm grał non-stop akordy AC/DC, Brian darł się, jak nieboskie stworzenie zagłuszając Phila na perkusji, który walił w nią tak, że prawie popękały talerze, Cliff krzyczał, że z taką hołotą nie da się pracować. Ja patrzyłem na ten kabaret i zastanawiałem się, czy zadzwonić do jakiegoś Eddiego Van Halena, by nagrał za mnie solówkę, bo mi się nie chcę... Na szczęście wszystko się jakoś ułożyło.” 


Należy od razu dodać, że przecież krążek ten poprzedził rewelacyjny Highway to Hell. Chłopaki z kraju kangurów na pewno musieli być naładowani pomysłami aż iskry leciały. Wrota sukcesu i sławy stały otworem. To musiało się udać nawet wbrew przeciwnościom losu… i powiodło się bardziej niż oczekiwano. To co zapoczątkowali wcześniejszym krążkiem, w całej rozciągłości ugruntowali tą dosłownie czarną płytą (okładka), jak przystało w hołdzie po straconym przyjacielu.  


Ciężko doszukać się słabych punktów. „Powrót w Czerni” był przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. A zgromadzone tu utwory stały się w większości żelaznym punktem koncertowym AC/DC po wsze czasy.
Back in Black pozostaje wiecznie niebanalnym, świeżo brzmiącym albumem, który jest odkrywany przez kolejne pokolenia. To świadectwo wielkiej muzycznej formy zespołu i to mimo tych niezmiernie przykrych okoliczności. Nie widzę potrzeby głosić komunałów jakim to wiekopomnym dziełem jest ten album. Większość ludzi najzwyczajniej zna te kawałki na pamięć. Utwory wśród, których doprawdy ciężko znaleźć coś słabego albo przeciętnego. Dosłownie wszystkie kompozycje eksponują skondensowane, żwawe, donośne i mięsiste brzmienie, a przy tym trzymają od początku do końca równy, wysoki poziom. Z pewnością nie byłoby tego bez spiritus movens całego zamieszania, czyli  braci Youngów tak wspaniale uzupełniających się. Nieodżałowany Malcolm na gitarze Gretsch Firebird wygrywa riffowy akompaniament, zaś niespożyty Angus daje popis wirtuozerii na Gibsonie SG. Gibson i Gretsch wyraźnie są różni, lecz połączenie monstrualnego brzmienia tej pierwszej z klarownym dźwiękiem drugiej, daje siarczystego kopniaka, aż kamasze spadają! Istnie szalony i niepowtarzalny duet!
Cały ten zbiór utworów, to czyste mistrzostwo i kwintesencja stylu AC/DC, tak sprawnie wyprodukowane przez producenta Roberta Johna „Mutt” Lange’a, którego wpływ na ostateczny kształt należy znacząco podkreślić, zarówno na Back In Black, jaki i na poprzedniej płycie Highway To Hell.



Na koniec ciekawostka na temat nietypowego, acz skutecznego wykorzystania muzyki „Ejsów” ze wspomnianej płyty.

„Dawniej, gdy armia amerykańska otoczyła w Panamie generała Noriegę, puszczano naszą muzykę, żeby doprowadzić go do szału. Ostatnio korzystano z niej, aby zdezorientować grupę rebeliantów w Bagdadzie, niczym jakiejś szalonej broni ogłuszającej i niszczącej".
                           Brian Johnson




środa, 4 kwietnia 2018

BAD COMPANY – Bad Company (Swan Song 1974)

Wyobraź sobie zespół. Niby nic trudnego. Mamy gitarę, dodamy bas, uzupełnimy to perkusją i aplikujemy wokal. Czyli typowo i tradycyjnie. Można rzec jak najbardziej rockowe instrumentarium. Pozornie nic nowego. Banalna sytuacja.

W Stanach zjednoczonych powstaje zespół rockowy złożony z Brytyjczyków. Klasyka - czterech długowłosych gości z całkiem niezłym muzycznym dorobkiem na nowo rozpoczyna swoją muzyczną przygodę. Panowie mają szczęście, bo ich wokalista potrafi śpiewać. I to jak!!! Wyróżnia się głębokim głosem o ciepłej barwie, ale z domieszką wytrawnej zadziorności, która niezmiennie do dziś intryguje. Taki głos to istny diament. Dodajmy, że jest środek lat 70-tych, czyli idealny moment na to, by rockową muzyką opartą na prostych riffach zawojować świat. Wielu tego próbowało, nieliczni odnieśli sukces.

Niektórzy próbują budować nową jakość, świadomie pomijając fundamenty. Zrywając z tradycją. Co kończy się często stylistycznym zagubieniem i zajściem w ślepy zaułek. Osobiście myślę, że muzyka najbardziej wartościowa nie powstaje w próżni. Nawiązuje do swobodnych, naturalnych źródeł. Na szczęście, opisywani wykonawcy zapuścili głęboko korzenie w żyznej glebie muzycznych tradycji. Aby wyssać stamtąd ożywcze mikroelementy i wydać soczyste, świeże owoce.
Pytanie: jakich tradycji?
Stojących okrakiem między kontynentami podzielonymi Atlantykiem. I taka postawa wyszła na dobre grupie, powstałej na gruzach słynnego Free, ciesząc słuchaczy przywiązanych do spuścizny zarówno amerykańskiej jaki i brytyjskiej. Bo tak się wtedy grało: czerpiąc całymi garściami z tego, co najlepsze w tych rejonach świata.



Może ktoś powiedzieć, że nie byli zbyt oryginalni, że nawet z deka wtórni. Być może to po części prawda. Ale czy w muzyce chodzi wyłącznie o to, by zaskakiwać czymś nowym? Czy eksperyment musi być ciekawszy od twórczego odczytania starych patentów?

Ano właśnie! Formacja pod przewodnictwem Paula Rodgersa nie musiała nic udowadniać. Najzwyczajniej sama się obroniła, swoją niewymuszoną, niewyszukaną stylistyką w dobrym znaczeniu tych słów! Muzyka szczera, organiczna, dynamiczna, niosąca ze sobą żywe poruszenie, a niekiedy subtelne emocje.



Połączone siły czterech muzyków „Złego Towarzystwa”, okazały się idealną symbiozą talentów i umiejętności, zamieniając je w dobrze nasmarowaną i bardzo inteligentną, nie do zatrzymania, muzyczną maszynę. Osiągnięcia te były wynikiem zdolności i doświadczenia muzyków. Prostego i względnie oszczędnego podejścia do rock and rolla, które naprawdę trafiło w gusta słuchaczy preferujących naturalne rockowe brzmienia, tak bardzo rozchwytywane w latach siedemdziesiątych. Z tego powodu, jak nie trudno wydedukować, osiągnęli natychmiast ogromny sukces artystyczny i równocześnie komercyjny. Powodzenie to trwało przez kilka lat, zwłaszcza w USA.

Przypominam – wokal (incydentalnie klawisze), gitara, gitara basowa i perkusja. Czy potrzeba coś więcej? Najzwyczajniej w tym przypadku „mniej znaczy więcej!”



I pomyśleć, że o mały włos Paul Rodgers zostałby wokalistą innego giganta rocka - Deep Purple - po odejściu Iana Gillana w 1973 roku. Na szczęście lub niestety, już wtedy, frontman Free był zaangażowany w formowanie nowego zespołu i grzecznie odmówił propozycji Purpurowych. Bad Company u zarania działalności stał się projektem wspomnianego wokalisty, a także pozostałych muzyków w osobach: ex-gitarzysty grupy Mott The Hoople Micka Ralphsa, perkusisty Free Simona Kirke’a i… brakowało tylko basisty. W roli tej po wyczerpującym castingu, został obsadzony były gitarzysta basowy zespołu King Crimson, Boz Burrell. Jednak zanim zatrudnili Boza, dzięki zaangażowaniu Paula Rodgersa, udało się trafić nowo zawiązanej formacji pod skrzydła legendarnego menagera Led Zeppelin.



Peter Grant, który jako ich niezwykle przedsiębiorczy opiekun, wyniósł nowo powstały zespół do miana gwiazdy rocka za sprawą firmowania kwartetu pod szyldem własnej, zbudowanej na potrzeby Led Zeppelin, firmy fonograficznej Swan Song. A debiutującej właśnie pierwszym wydawnictwem Bad Co. Już na wstępie ich działalności wszystko układało się niezwykle pomyślnie, gdyż dostali od losu błyskawiczną szansę rejestracji nowych, muzycznych pomysłów w mobilnym studiu - Headley Grange, okupowanym przez tytanów rocka Led Zeppelin (rejestrujących albumu Physical Graffiti). Z powodu przyziemnych problemów zdrowotnych John Paul Jonesa, cierpiącego w tym czasie na grypę, Zeppelini zmuszeni zostali do przerwy w nagrywaniu swojej płyty. Bad Company naładowany nowymi pomysłami błyskawicznie wykorzystali tę szansę z super skutkiem!



W czym tkwi siła muzyki kwartetu? Najłatwiej wskazać wokalistę Paula Rodgersa, jako siłę napędową zespołu i największą ozdobę tej muzyki. Obdarzonego świetnym, czystym i mocnym głosem. To nie jest przeciętny rockowy wokalista, to jest archetyp rockmana, zwierzę sceniczne – postawa, ekspresja, maniera znamionująca nietuzinkowych artystów. Bądźmy szczerzy. Wokalistów z taką charyzmą jest jak na lekarstwo.

Wiadomo, że Bad Company to nie Free i nigdy nie miało muzyki o takim ładunku surowości i romantyzmu. Nie ma wątpliwości, że na muzykę Bad Company o wiele mniejszy wpływ miał blues. Sprawcą takiego brzmienia, często opierający się na riffach gitarowych, okazał się Mick Ralphs, poszukujący nowej artystycznej drogi poza grupą Mott The Hoople, którą niedawno porzucił, ku rozpaczy dawnych kolegów z zespołu, dla nowego wyzwania o nazwie Bad Company.



Dawka muzyki z początków działalności Bad Company (okresu najbardziej płodnego, efektywnego) to rock zdecydowanie bardziej konwencjonalny, nastawiony na rytmiczne kołysanie i wspólne skandowanie refrenów (Can't Get Enough). A jednak te numery tak bardzo się nie zestarzały. Wręcz przeciwnie. Wiele z nich nabrało z wiekiem szlachetnej patyny.



Co jeszcze? Czysty dźwięk, fantastyczny, świetnie nagłośniony głos Paula, klarownie brzmiące gitary Micka, miękki bas Boza i klarowne bębny Simona. Po prostu rockowy kop! Solidna kontynuacja drogi obranej przez Free i poddana owocnej stylistycznej ewolucji, niosącej esencję rocka and rolla, przepełnionej witalnością i świeżością (Rock Steady). Przy tym bogata w wysmakowane brzmieniowe harmonie, ostre rockowe akcenty i jednocześnie łagodne aranże (Ready for Love, The Way I Choose) oraz towarzyszące całości niezwykle nośne linie melodyczne (Movin' On). Klasyczny rock niezmiennie w pełnym natarciu. Wyważony. Napełniony szlachetną zwiewnością (Seagull) i kontrastującą zmiennością brzmienia (Bad Company). Niezwykle spójny, a zarazem uduchowiony, mający w sobie chyba najwięcej uczucia spośród wszystkich albumów tego zespołu.

Ps. Płytę tę poznałem jako pierwszą z całego dorobku zespołu. W gruncie rzeczy absolutnie naturalnie zainteresowałem się nią za sprawą wspaniałej muzyki poprzedników, czyli formacji Free. W uzupełnieniu dodam, że obok instrumentalistów Bad Company gościnnie udzielał się Mel Collins na saksofonie, skądinąd znany z grupy King Crimson.



niedziela, 11 marca 2018

THE HARDER THEY COME (Original Soundtrack Recording) – (Island 1972)


THE HARDER THEY COME – reż. Perry Henzell (Xenon Pictures 1972) 

Gangsterzy nie będą dwa razy myśleć czy cię zastrzelić. Nie pozwól im, żeby Ciebie zauważyli, dopóki też nie będziesz miał broni.
Damian Marley (syn Boba Marleya) 

Wakacje pod palmami. Wylegujesz się na leżaku lub w hamaku. Pod tobą rozgrzana piaszczysta plaża. Słońce w pełni, lekka bryza. Gdzie okiem sięgnąć bezkresne morze jakby wyjęte żywcem z fotografii przewodnika biura turystycznego. Dookoła kompletny spokój i beztroska. Popijasz zimnego drinka. Jamajka w naszych wyobrażeniach jest rajem na Ziemi, miejscem bez trosk, pośpiechu. Krainą lenistwa. Ojczyzną najlepszego na świecie rumu i nie gorszej kawy - Blue Mountain. Gdzieś w tle majaczy niezwykle rajcowna i witalna muzyka reggae, do której zaraz powrócę. Wizja doprawdy pełna jasności. A jak jest naprawdę? Druga strona, ponura, napełniona ubóstwem, homofobią, przestępstwami i życiem na granicy prawa. Brudna ulica w zaniedbanej dzielnicy. Rywalizacja gangów. Młodociani bandyci grasują w ciemnych zakamarkach ulic. Walczą na noże. Ktoś ginie. Gdzieś dalej gangsterzy wyrównują porachunki za pomocą broni palnej. Ulice Kingston, stolicy Jamajki, często spływały krwią – nie tylko gangsterów, ale i niewinnych ludzi. Ale w powszechnej świadomości wciąż nie chcemy dostrzec, że Jamajka to nie tylko wyszukane drinki, trawka i Bob Marley. Choć pewnie teraz nie jest tak źle jak kiedyś. Tamtejsza rzeczywistość przypominała piekło jeszcze 40 lat temu, jeśli wziąć pod uwagę stan sprzed okresu wprowadzenia zakazu posiadania broni. Jak na dzisiejsze standardy są one jednymi z najbardziej drakońskich na świecie. Obywatel musi podać ważne powody, dla których ubiega się o pozwolenie. W latach 70-tych w wyniku działań podjętych przez władze Jamajka stała się enklawą bez pistoletów i innych „pukawek”. Ówczesny premier Michael Manley pod wpływem narastającej fali przestępstw wprowadził embargo na posiadanie broni bez żadnego limitu. Ale czy udało się powstrzymać skutecznie fale przemocy to już dyskusja na inną okazję?



Dla Jamajczyków tak naprawdę istnieją tylko dwa światełka w ciemnym tunelu: sport i muzyka. Ten pierwszy, spopularyzowany przez biegacza Usaina Bolta. Drugi chyba nie trzeba przypominać :-) Muzyka zazwyczaj jest ostatnim przyczółkiem nadziei dla Jamajczyków. Miejscem gdzie skumulowane emocje, zarówno te dobre jak i złe, dają upust ku uciesze wdzięcznych słuchaczy. Choć historia gatunku sięga kilku stuleci (wieki niewolnictwa), to swoimi korzeniami współcześnie rozumiane reggae sięga schyłku lat pięćdziesiątych i początku kolejnej dekady ubiegłego stulecia. To wtedy w dniu 6 sierpnia 1962 roku ta karaibska wyspa uzyskała niepodległość.

Wówczas to w Kingston na Jamajce jak grzyby po deszczu pojawiali się muzycy, którzy czerpali swoją inspirację z dawnych tradycji afrykańskich niewolników, tak licznie sprowadzanych na wyspę oraz kultury nyabinghi, a tym samym przeróżnych gatunków muzycznych: calypso, blues, mento, liczne rytmy afrykańskie, indyjskie raga, soca, ju–ju, salsa, muzyka Indian Południowej Ameryki, ska, rumba, cumina-burru i samby. Światowy rozgłos zyskało w latach siedemdziesiątych dzięki twórczości „ojca Reggae” Boba Marleya, który skutecznie wylansował ten gatunek.


Oczywiście nie był on prekursorem tej muzyki, gdyż wszystko odbywało się kilkanaście lat wcześniej. Sama ewolucja dokonała się za sprawą spowolnienia tempa muzyki ska i implementowanie elementów rocksteady. Ewolucja posuwała się dalej i dęciaki zostały zastąpione mięsistymi partiami gitary basowej, do tego pianino niespiesznie ustąpiło miejsca tłustym pasażom organów Hammonda. Ze względu na symetrię tempa, muzyka reggae grana jest przeważnie w parzystym metrum 4/4. Charakterystyczny dla reggae jest schemat rytmiczny, łączący wyrazistą linię basu i beat perkusyjny, który określa się mianem riddimu. Nadając reggae’owym kompozycjom z lekka transowy charakter. Określenie reggae zostało użyte najwcześniej przez lidera jamajskiego zespoły Toots & The Maytals Fredericka „Tootsa” Hibberta w 1967 roku. Istnieje parę wersji rodowodu tego terminu. Pierwszy z nich mówi, że pochodzi on od słowa Regga, nazwy plemienia zamieszkującego w okolicach afrykańskiego jeziora Tanganika. Natomiast jamajski gitarzysta wymienionej formacji Hux Brown, podaje inną definicję oznaczającą żartobliwy wyraz, które oznacza nieregularny rytm oraz sensualne brzmienie. Podczas gdy Bob Marley twierdził, że słowo to ma pochodzenie hiszpańskie i określa „króla muzyki”.



Przejdźmy do meritum sprawy.
Soundtrack do filmu The Harder They Come, który okazał się sukcesem wykraczającym swoim rozgłosem poza obszar Jamajki, powoli i skutecznie pozwolił się przebić odtwórcy głównej roli Jimmiemu Cliffowi do pierwszej ligi muzyki reggae. Same kompozycje zawarte w filmie The Harder They Come nie były specjalnie przygotowywane pod produkcję filmową, a raczej stanowiły składankę (także innych wykonawców) utworów skomponowanych i zarejestrowanych w ciągu 6 lat (1967-1972). Trzeba przyznać, że film wraz zawartą muzyką idealnie trafił w czas eksplozji popularności reggae.

To właśnie Bob Marley w tym samym czasie wypłynął na szerokie wody ogólnoświatowej popularności. Także dzięki temu filmowi muzyka rodem z Jamajki jak nigdy dotąd okazała się tak odświeżająca dla duszy melomanów. Melodyjny Głos Cliffa wzbija się w górę niczym szlachetny ptak (wystarczy posłuchać Many Rivers To Cross), co sprawia, że jego popisy wokalne są potężniejsze niż u prawie każdego innego artysty reggae, oczywiście poza bezkonkurencyjnym Bobem Marleyem i jego legendarnym The Wailers. Ta muzyka bezsprzecznie posiada magię i pozwala bezapelacyjnie zerwać więzy grawitacji. Słyszymy nie tylko korzenne reggae w postaci reprezentatywnych reggeaowych wykonawców takich jak The Maytals (Pressure Drop) i The Melodians (Rivers of Babylon). Mamy też do czynienia z soulowymi popisami Jimmy’ego Cliffa Many Rivers to Cross. Nie brakuje też nawiązań do pierwotnych elementów jamajskiej muzyki w postaci Scotty (Draw Your Brakes), czy też The Slickers (Johnny Too Bad).
 
Film okazał się jednym z pierwszych dzieł jamajskiej kinematografii wychodzącej poza słoneczną wyspę. Zaznaczam, że nie jest to coś nadzwyczajnego, jeśli chcemy doszukiwać się artystycznych wzlotów, najzwyczajniej obraz niesie urzekającą muzykę jamajskich wykonawców. Niskobudżetowa produkcja, jaki i przewidywalny, zakrawający o tandetę scenariusz, absolutnie nie mógł konkurować z innymi ambitniejszymi dziełami światowej kinematografii. Mimo to film okazał się objawieniem na Jamajce. Bez retuszu ukazywał prawdziwe oblicze czarnoskórych Jamajczyków uwikłanych niejednokrotnie w życiowe zawirowania losu. Scenariusz filmu, jakby żywcem wyjęty z filmów gangsterskich lat 40-tych, luźno bazuje na kanwie działalności autentycznej postaci Vincenta „Ivanhoe” Martina, zwanego Rhyging, a działającego w Kingston poza prawem bez mała ponad 70 lat temu. Nazwa Rhyging stanowiła również roboczy tytuł filmu, następnie przemianowana na Hard Road to Travel, by ostatecznie zabrzmieć The Harder They Come.

Sama fabuła opowiada o naiwnym chłopaku „bez grosza przy duszy” przybywającym z głębokiej prowincji. Ivan Martin, bo tak nazywa się pierwszoplanowa postać (w tej roli Jimmy Cliff), przybywa do Kingston w poszukiwaniu lepszego losu, ale też sławy. Nagrywa swój przebój, ale styl życia narzucony przez pozbawionego skrupułów impresario muzycznego jest bezlitosny. Zdesperowany bohater rzuca się w szaloną walkę z zastałym systemem: nieuczciwym producentem muzycznym, gangsterami, którzy działają poza prawem w biznesie narkotykowym oraz skorumpowanymi stróżami prawa. Szybko staje się najbardziej poszukiwanym człowiekiem na wyspie, ale także buntowniczym guru dla autsajderów jamajskich slumsów. Paradoksalnie, ten straceniec uwikłany w zbrodnie, podążający drogą bez wyjścia, dostaje się na szczyty list przebojów dzięki tytułowej kompozycji i jednocześnie staje się wyrazicielem ludu pozostającego poza marginesem społecznym. Bez mała jednostką wyrażającą głos zwykłych ludzi z nizin społecznych, desperację i bunt przeciw wszelakim formom arogancji dyktatorów patologicznych układów społecznych.



The Harder They Come idealnie odwzorowuje powyższe słowa zamieszczone na wstępie. Doskonale oddaje klimat eksplozji reggae na świecie, ale też „gęstą” atmosferę społeczno-mentalną Jamajczyków sprzed 45 lat. Reżyser Perry Henzell stanął na wysokości zadania znakomicie rozkładając akcenty muzyczne na całej przestrzeni swojej filmowej opowieści. Pierwszy film z Jamajki, który pozostawił po sobie w uszach wszystkich spoza Karaibów jedną ważną rzecz: muzykę reggae. Ścieżka dźwiękowa do dzisiaj jest uważana za przełom dla reggae w Stanach Zjednoczonych. Płyta z soundtrackiem uchwyciła reggae w chwili, gdy weszło w swój złoty okres na początku lat 70 - z różnorodnością stylów, witalnych rytmów i egzotycznych klimatów. The Harder They Come pomógł Jimmy'emu Cliffowi stać się międzynarodową postacią spod szyldu reggae. Przyczynił się do powstania czterech autorskich, znakomitych kompozycji do filmu: The Harder They Come, Many Rivers to Cross, You Can Get It If You Really Want, Sitting in Limbo



Na koniec coś budującego. Pomimo codziennych trosk i wbrew biedzie przeciętnego Jamajczyka, mieszkańcy ojczyzny reggae są nastawieni do świata optymistycznie. Coś, co z punktu widzenia Europejczyka jest skrajną nędzą, tam pozwala przeżyć. Z kolei to co stanowi u nas normę względnej stabilizacji i bezpieczeństwa tam może być jedynie pobożnym życzeniem. A może to żarliwe słońce powoduje, że uśmiech nigdy nie gaśnie z twarzy mieszkańców karaibskiej wyspy?!



sobota, 20 stycznia 2018

BUDKA SUFLERA – Za Ostatni Grosz (Tonpress 1982)

Pierwszy w pełni świadomy kontakt z żywym rockiem zanotowałem w 1981 lub 1982 roku. Dokładnie nie przypominam sobie jak to była pora roku. Natomiast pamiętam, że było dość chłodno. W klubie, w mojej miejscowości, grały dwa zespoły stawiające pierwsze kroki na rodzimym rynku muzycznym. Pierwszy z nich to grupa Korpus, grająca typowego rocka na solidnych wzorcach amerykańskich i brytyjskich. Co najbardziej zaskakujące, to debiutująca płytą Respekt dopiero... w 2017 roku!!! Drugim wykonawcą był zespół (chyba polski?), którego dokładnie nazwy nie pamiętam (coś mi majaczy „pod kopułą”, że to XXCZ, czy też XXTZ lub coś podobnie brzmiące), a którego na próżno szukać w Internecie. Grali również rocka, ale wyłącznie instrumentalnego i w dodatku zaawansowanego technicznie. Może ktoś kojarzy o co mi chodzi? Wspominając te koncerty jak przez mgłę pamięci, trzeba przyznać, że musiały wywrzeć na młodym człowieku duże wrażenie, skoro sięgam do tych chwil, pomimo upływu tylu lat.

Konkludując powiem kolokwialnie: obie kapele dały niezłego czadu! Mogę śmiało stwierdzić, że ów koncert stanowi cezurę dla mojego postrzegania całego zjawiska jakim stała się muzyka, szczególnie ta rockowa. Ta muza po prostu mnie kupiła! Minęło kilka miesięcy i ponownie w to samo miejsce zawitała już wtedy słynna Budka Suflera. Oczywiście była to dla mnie jazda obowiązkowa! Nie mogło mnie tam zabraknąć! Wówczas, co ciekawe, ta lubelska formacja była pozbawiona najsłynniejszego wokalisty - Krzysztofa Cugowskiego, który w tym czasie żył własnym projektem pod nazwą Cross. I można się zdziwić, ale faktycznie sprawdziło się przekonanie, że nie ma ludzi niezastąpionych. Mówię to z całkowitą odpowiedzialnością i choć bardzo cenię oraz lubię wokal Cugowskiego seniora, to w tym wypadku górę bierze moja słabość do tego wydawnictwa, któremu chciałbym poświecić te słowa.


Album Za Ostatni Grosz jest spójną, jednorodną produkcją, pozbawioną charakterystycznych, obrazowych i nasyconych partii klawiszów, tak bardzo obecnych we wcześniejszej twórczości Romualda Lipki i spółki. Co w gruncie rzeczy było niewymuszonym nawiązaniem do tego, co było wtedy na czasie, na szerokim, rockowym firmamencie. Nie żeby od razu całkiem zanikły dominujące, gęste brzmienia syntezatorowe, lecz tym razem zeszły one na plan dalszy, jakby zrównując się w swojej ekspozycji z pozostałymi instrumentami. W zamian z rezygnacji ze złożonych struktur rozbudowanych kompozycji, zespół proponuje zgrabne i zwięzłe, ale nie tandetne, przystępne w odbiorze utwory (Wszystko To Widział Świat, Roku Dwóch Żywiołów, Kto Zrobił Mi Ten Żart). Co wyraźnie świadczy o elastyczności stylistycznej jak i niezależności artystycznej zespołu.
 
Zaś niebanalnym ozdobnikiem okazało się niezwykle stylowe, czyste brzmienie gitary Fendera Jana Borysewicza, znamionujące jego nieprzeciętny już wtedy i nabierający rozpędu talent, a uwidoczniony w pełnej krasie w następnej koncepcji gitarzysty pod nazwą Lady Pank. Natomiast teksty, notabene całkiem dobrze zaśpiewane przez drugiego wokalistę Budki, które opatrzyły kompozycje z tego longa, to nic innego, jak bardzo trafne odbicie polskiej, niejednoznacznej codzienności. Ery niepokojów, niedostatków i nadziei początków lat osiemdziesiątych XX wieku. Taki specyficzny znak czasu, zastygły na czarnym winylu (album nagrywany od lutego do maja 1981, a wydany dopiero w kolejnym 1982 roku). 

"Był postacią charyzmatyczną, niezwykłą, najprawdziwszym artystą estradowym. Był tak wiarygodny w tym, co robił, że nie sposób było go nie lubić. Miał dar nawiązywania kontaktu z publicznością. Po trzech pierwszych minutach, niezależnie czy było to kilkadziesiąt, czy kilkaset osób, stawał się ich przyjacielem."
(Tomasz Zeliszewski (perkusista Budki) o Romualdzie Czystawie, śpiewającym na tym albumie.) 


Brodaty wokalista, idealnie pasujący do stylu grupy. Z wyglądu wzbudzający zaufanie i głębokie przeświadczenie u odbiorcy, że śpiewa ze szczerych pobudek i miłości do rocka, a nie jak to niestety dzisiaj często bywa, wyłącznie z komercyjnego asumptu. Świetnie czujący charakter i klimat utworów Budki. Przy dobrych zdolnościach muzycznych i ciekawej, niewymuszonej manierze głosowej, prezentował niepowtarzalny i charakterystyczny styl interpretacji wokalnej. Niestety, niebawem po nagraniu tej płyty, z przyczyn zdrowotnych (kłopoty z nadwerężonym głosem) opuścił formację i porzucił wokalną aktywność, choć jeszcze kilkakrotnie na własne życzenie pojawił się incydentalnie w niezapomnianych szlagierach Budki Suflera.

Muzycznie Za Ostatni Grosz, nawiązuje z lekka do twórczości Dire Straits, może trochę Floydów. Gdzieniegdzie pobrzmiewa mocniejsze rokowe granie, tak modne w tamtych czasach dzięki Whitesnake, czy też Foreigner. Tudzież wybrzmiewają nuty wczesnego Lady Pank dzięki Janowi B. w Nie wierz nigdy Kobiecie (o dziwo dołączony jedynie jako bonus do wydanej w 1996 r, wersji kompaktowej) i Nie Taki Znowu Wolny. Tytułowiec, wyposażony w świetny tekst Marka Dutkiewicza, do dziś może wywoływać szybszy puls, dzięki energii wyzwolonej przez ten znakomity riff i nośną gitarową solówkę. Pozbawiona archaiczności hard rockowa jazda w Mojemu miastu na do widzenia, doprawdy napędza wyrazistość kompozycji i do dziś ani na chwilę nie zdaje się być „przeterminowana”.

Dla niedowiarków, to wbrew pozorom, kawał naprawdę świetnej roboty, zarówno pod względem muzycznym, jak i literackim, dzięki doborowym, trzymającym znakomity poziom słowom kultowego tekściarza Janusza Mogielnickiego. 

Rock and roll na dobry początek

Wielkie lody ruszyły, disco wreszcie trafił szlag
Zima prawie się zmyła, rock'n'rollem pachnie kraj.
Wszędzie jakby był znów nowy duch, nowy luz,
Dobra stara muzyka między nami żyje znów.

Zrób coś też i ty dla rock'n'rolla,
Zrób coś też i ty dla rock'n'rolla.
Głupio byłoby czekać póki dobra passa trwa,
Życie szybko ucieka, nie ma sensu z boku stać.
Jeśli serio chcesz dalej w tym rytmie żyć,
Samo to się nie zrobi, jeśli ty nie zrobisz nic.

Zrób coś też i ty dla rock'n'rolla,
Zrób coś też i ty dla rock'n'rolla.

Wielkie lody ruszyły, ale to nie koniec z tym,
Chociaż licho się skryło, gdzieś po kątach jeszcze śpi.
Otwórz okna i drzwi, cały swój przewietrz dom,
Niech z przeciągiem wyleci stare, zasiedziałe zło.
Disco wreszcie trafił szlag,
Rock'n'rollem pachnie kraj.
Póki dobra passa trwa,
Nie ma sensu z boku stać. 

W uzupełnieniu, krótkie spostrzeżenie o dość osobliwej, pierwotnej okładce analogowego wersji „Grosza”. Głęboko osadzonej w historii polskiej fonografii. Gdyż wyglądem (lichej jakości tektura) budziła skojarzenia, z tak powszechnym w minionej epoce sprzed 35 lat, kryzysowym „opakowaniem zastępczym”, tym samym stwarzając pozory, jakby była wytworzona za przysłowiowy „ostatni grosz”. W konsekwencji spowodowało to kilkumiesięczny poślizg ukazania się albumu. Zwyczajnie cenzorom nie podobało się umieszczenie na ubogiej obwolucie albumu wizerunku monety o nominale jednego grosza, który jak nie trudno zgadnąć, symbolizował niewesołą w sferze społecznej jak i materialnej, kondycję naszej rodzimej polskiej rzeczywistości. No bo i jak… można było podważać słuszną linię „nieomylnej” ówczesnej ludowej władzy.