Ostatnie
dzieło zespołu z Jimem Morrisonem. Wydane tuż przed Jego śmiercią. Symboliczne
pożegnanie „Króla Jaszczura” z doczesnością. Zanim znalazł wieczną przystań na
paryskim cmentarzu Père-Lachaise. Chyba lepszego, o ironio, nie mógł sobie
wymyśleć. Płyta będąca ukoronowaniem lat świetności grupy. Muzyka zawarta na longplayu
to znakomita dawka rock and bluesa, jeśli można użyć takiego pokręconego
terminu. Od samego początku najbardziej spójny wytwór w dorobku bandu. Pełny
niezapomnianego feelingu. Jest zarówno najbardziej dojrzałym, jak i niezmiernie
równym, pozbawionym słabych fragmentów albumem. Sądzę, że potwierdziliby to
nawet Ci, którzy nie przepadają za twórczością zespołu. Na taki stan złożyła
się odkrywcza samodzielność produkcyjna kwartetu, a także gościnna obecność dwóch obcych instrumentalistów –
Jerry’ego Scheffa, basisty zespołu króla rock and rolla Elvisa Presleya oraz
gitarzysty rytmicznego Marca Benno.
Muzyka
zawarta na L.A. Womanposiada na
pozór niewyczuwalną intensywność. Przy pierwszym wrażeniu niewyraźnie zauważalną.
Cechą dominującą jest zwrócenie się do pierwotnej siły The Doors. Niepokojącej,
ale niebywale intymnej i przejmującej. Członkowie grupy, poprzez swojego
charyzmatycznego frontmana, jak obłąkani ekshibicjoniści, odsłaniają w utworach
za pomocą swoistego słowno-dźwiękowego misterium, fobie, manie, urazy. Budzą
skryte lęki mrocznym tonem wypowiedzi i surowością przekazu. Metaforycznie
odwzorowują magnetyczną, a zarazem mętną atmosferę nocnego Miasta Aniołów (Los
Angeles).
Jim
Morrison – artysta, poeta, muzyk – więcej niż wokalista, któremu w tamtych
pamiętnych dniach najwięcej satysfakcji sprawiała praca nad wspomnianą płytą.
Zawierającą ku Jego radości ogromną dawkę bluesa zinterpretowaną w szorstki sposób.
Podobne odczucia towarzyszyły wszystkim zaangażowanym w proces tworzenia L.A. Woman. Stąd prawie cały materiał
zarejestrowano w iście ekspresowym tempie 10 dni. Prawie na żywo i bez
nakładek. W odróżnieniu od poprzednich sesji realizowanych w wycyzelowanym Sunset Sound Recording Studios, muzycy
pracowali spontanicznie, w spartańskich, „garażowych” warunkach w swojej
ulubionej sali prób nazywanej The Doors
Workshop. Bez presji i z bezpretensjonalnym luzem. I jak tu nie mówić o
magicznej sile bluesa!? Tylko szkoda, że dopiero u kresu swojej drogi odnaleźli
się Oni tak wyraziście w tej muzycznej formie.
Dźwięki
zapisane na albumie przywołują wspomnienia. Czas nastoletniej młodości. Okres
fascynacji „Doorsami”. Bezkrytycznego pochłaniania każdej nuty wyśpiewanej oraz
zagranej przez Morrisona i spółkę. Przejawiająca się w pokątnie zdobywanych
tomikach poezji Jima. Często lichej jakości odbitkach powielanych na prostych kserokopiarkach.
Czy fragmentach występów zespołu zapisanych na taśmach magnetowidowych VHS.
Płytach winylowych przywożonych ukradkiem z Berlina Zachodniego. Albo od święta
upolowane w komisie muzycznym, czy na giełdzie płytowej za niebagatelne
pieniądze. Innym wyrazem uwielbienia dla muzyków były „robione” metodą
chałupniczą (malowane ręcznie lub od szablonu)
różnorakie koszulki (t – shirty)
z logo grupy i podobizną lidera. To wszystko, dobrych kilka lat przed
modą na The Doors wywołaną pamiętnym filmem Olivera Stone’a. Aż się łezka w oku
kręci :)
LADIES AND GENTLEMAN
FROM LOS ANGELES, CALIFORNIA: THE
DOORS !!!
Ps.
W 2012 roku została wydana najnowsza urodzinowa edycja albumuL.A. Woman. 40th Anniversary Editon wzbogacona o niepublikowane robocze fragmenty
z niezapomnianej sesji, a także rarytas w postaci dwóch dotychczas
niepublikowanych kompozycji „She Smells So Nice” i bluesowy standard „Rock Me”.
Natomiast wcześniej w 2007 roku wznowioną wersję wzbogacono o klasyk Williego
Dixona „(You Need Meat) Don't Go No
Further” oraz nieznaną kompozycję „Orange County Suite”.