
Szybko słomiany zapał dał o sobie znać, no i parę
miesięcy później „ożeniłem” ten szmelc kolejnemu koledze, który co nie co kumał
grę na perkusji. Zadowolony z owocnej transakcji udałem się do Wa-wy na zakupy
płytowe do słynnego Helikonu usytuowanego na ulicy Freta.

To nie pomyłka - cała kwota za instrument starczyła ledwo
na ten zakup! W tamtych czasach ceny oryginalnych płyt osiągały niebotyczne
sumy.
Wtedy to poznałem prawdziwe oblicze ojca brytyjskiego
bluesa. Płytę mam do dzisiaj. Super wydanie
z doskonale wytłoczonymi dwoma winylami. Od tamtej pory cenię twórczość
Johna, dla którego blues był punktem wyjścia I jak się zdaje także punktem
docelowym twórczości. Bluesmanem zawsze wierny stylowi. Napełniony entuzjazmem.
Niosący kaganek oświecenia bluesowego adeptom tego rodzaju sztuki. Mayall
posiada niezwykłą zdolność odkrywania i kreowania nieprzeciętnych talentów, by
wymienić chociażby Erica Claptona,
Petera Greena czy Coco Montoyę.
Minęło kilka lat i w moje ręce wpadła płyta, nad którą
chciałbym się teraz pochylić. Blues z laurowego kanionu. Moim skromnym zdaniem
najciekawsza propozycja z bogatego dorobku artysty.
Jeśli chcecie posłuchać czystego bluesa we wszelkich jego
formach, to bezwzględnie wszystko tu otrzymacie.
Ale po kolei.
Wszystkie zgromadzone kompozycje na tymże krążku w
warstwie muzycznej zostały stworzone przez Mayalla. Podobnie warstwa literacka,
która jest autobiograficzna. Tytuł albumu pochodzi od nazwy słynnej dzielnicy
Los Angeles - Laurel Canyon. Stanowi zapis pełnej przygód wizyty Mayalla, w
„przeddzień” jego przeprowadzki z Anglii do Stanów, w magiczne i słynne w
środowisku miejsce – właśnie Laurel Canyon. Miejsce, stanowiące mekkę
artystycznej muzycznej bohemy przełomu lat sześćdziesiątych i
siedemdziesiątych.
Estetyka bluesowa mayallowskego „Laurel Canyon”, stanowi
bazę wypadową w dziewicze muzyczne obszary. Można sobie wyobrazić wiejskiego
bluesmana z Delty Missisipi wrzuconego do psychodelicznego Los Angeles roku
’68. Taki to właśnie dźwiękowy roztwór buduje atmosferę tej płyty.
Mayall wyzwolony od ciężaru i oczekiwania fanów
Bluesbreakers, znalazł w sprawdzonej bluesowej stylistyce nowe terytoria,
dotychczas jeszcze nie odkryte. A nowy rozdział w życiu (wyjazd do USA) i w
twórczości artysty sprzyjał świeżej i owocnej muzycznej aktywności
zapoczątkowanej omawianą płytą.
Jednak kluczową postacią był nowy gitarzysta. Mayall
zwerbował niejakiego Micka Taylora, którego pełna pasji i wigoru gra zaowocował
w niedalekiej przyszłości zasileniem szeregów giganta rock’n’rolla - The
Rolling Stones.
Album był innowacyjny dla swoich czasów, zwłaszcza w
standardach bluesowych nagrań. Przejawiało się to w niespotykanych wcześniej
efektach dźwiękowych (np. lądowanie samolotu odrzutowego, wyraziste przejścia
akustyczne z jednego kanału głośnika do drugiego, brak widocznych podziałów
utworów na płycie).
Na koniec taka ciekawostka. Jest to jedna z najbardziej
ulubionych płyt herosa heavy metalu Roba Halforda - frontmana Judas Priest. I
jak tu nie twierdzić, że blues jest inspirujący dla różnych muzyków nawet tych,
z tak odległych muzycznych biegunów.