„Sztuka, w najszerszym tego słowa znaczeniu, jest czymś naprawdę niezmiernie ważnym. Premierzy i ministrowie finansów, to wielkie figury. Wówczas, gdy są w rządzie, ale gdy schodzą ze sceny, nikt o nich nie pamięta. Tylko artyści są nieśmiertelni”.
A. Fleming – amerykański pisarz.

Nie będę odkrywczy jeśli powiem, że treść i forma muzyczna zawarta na prezentowanej płycie wciąż zachwyca. Doprawdy… tyle jest tam fajnych kompozycji! Po latach wiemy, że zespół rejestrując materiał na album oddał się bardzo naturalnej, absolutnie szczerej i bardzo luźnej jamowej atmosferze, która z niebagatelną obróbką „nadwornego” producenta The Beatles George’a Martina, dała tak znakomity końcowy efekt. Nie przesadzone są achy i ochy nad tym dziełem. Za każdym razem kiedy słucham Abbey Road, szczegóły tej muzycznej podróży pobudzają niegasnącą fascynację dźwiękową miksturą spreparowaną przez legendarny kwartet. Trudno mi oceniać, czy jedna kompozycja jest lepsza od drugiej. Na pewno kilka z nich to niekwestionowane przeboje, klasyki muzyki rockowej. Pozostałe zaś niewiele im ustępują, co w całości daje rewelacyjny efekt przy każdorazowym odsłuchu. Zresztą sami posłuchajcie.
Może nie jest tak wyrafinowana i wyszukana stylistycznie jak sztandarowe dzieło, za które jest uważany Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band; tak bardzo różnorodne, jak „biały album”, czy też spontaniczne, jak pierwsze płyty zespołu. Ale pod względem konsekwencji stylistycznej przewyższa wyżej wymienione.
Z całą pewnością najbardziej dopracowana instrumentalnie. Punkt odniesienia i skarbnica pomysłów – od strony kompozytorskiej. Z kolei do samej dźwiękowej treści też trudno się przyczepić i znaleźć jakiekolwiek gorsze fragmenty.
Trzeba tylko wsłuchać się w kompozycje i poddać urokowi nagrań zgromadzonych na albumie. Jak już dzisiaj wiemy, atmosfera wewnątrz The Beatles, towarzysząca sesji Abbey Road, wcale nie była tak minorowa z powodu rychłego rozwiązania zespołu, jak wcześniej sądzono. Przeciwnie, wydawać się mogła nawet bardziej mobilizująca i dość owocna. Jak wspomina producent uważany za piątego Beatlesa George Martin: „Wszyscy pracowali nad tą płytą z całkowitym zaangażowaniem… to był bardzo szczęśliwy czas”.
Rzeczywiście, The Beatles w sposób niezwykle godny pożegnali się z fanami, pozostawiać płytę uznawaną przez wielu za ich najlepszą, a na pewno najbardziej dojrzałą. Co ciekawe, pożegnalna płyta zespołu Let It Be wcale nie była nagrana jako ostatnia. Właśnie Abbey Road okazała się ich „łabędzim śpiewem”. A początkowo płyta miała być nagrana na obrzeżach Londynu w studiu Twickenham zimą 1969 roku i mieć tytuł Get Back (zmieniony na Let It Be), i wcale nie przywoływać na myśl adres słynnego studia nagraniowego EMI.
Ale ówczesne wzajemne niesnaski i indywidualne ambicje spowodowały odroczenie wydania albumu (Let It Be) aż do maja 1970 roku. Zresztą zespół wykorzystał nazwę Get Back do słynnego filmu obrazującego niekonwencjonalny koncert na dachu tj. pospiesznie zaaranżowany 40-minutowy występ, który muzycy wraz ze wsparciem klawiszowca Billy’ego Prestona dali 30 stycznia. Wcześniej rozważano zagranie koncertu m.in. na pustynnej Saharze, pod piramidą w Gizie, czy w rzymskim amfiteatrze w Tunezji (taki pomysł przed Pink Floydami w Pompejach?!). Wybór padł na inne nietypowe do tego celu miejsce – dach siedziby Apple Records, ale to już temat na inne rozważania.
Mimo różnych opinii na temat otoczki zrodzonej wokół tej płyty nieco przysłaniającej wartość albumu (niesłuszne zarzuty o destrukcyjną atmosferę towarzyszącą rejestracji nagrań), osobiście sądzę, że to niezbyt obiektywna teza rzutująca na jego wartość. Uważam, że w porównaniu z pozostałymi płytami The Beatles, blask Abbey Road nadal absolutnie nie gaśnie.

Od strony realizacji mamy do czynienia z jednymi z najbardziej starannych nagrań w karierze zespołu, a od strony wykonawczej słychać profesjonalizm, instrumentalną biegłość i dojrzałość. Raz jeszcze został zaakcentowany nieprzeciętny talent kapeli. Przy tym Abbey Road to prawdopodobnie najlepiej brzmiący album w ich karierze. Ich wierny producent George Martin zrobił naprawdę kapitalną robotę – wszystkie instrumenty wzorowo ze sobą współgrają, a każdy z nich jest wyjątkowo klarowny.
Abbey Road to w pierwszym rzędzie genialne kompozycje: dynamiczne Come Together, zwiewne i melodyjne Something i She Comes the Sun, czy masywne I Want You (She’s So Heavy). Na stronie albumu umieszczono kilkunastominutową kompozycję złożoną z krótkich piosenek – Abbey Road Suite, którą idealnie kończy utwór The End.
Kompozycje ponadczasowe, przebojowe i strukturalnie rozwinięte. Wyraźnie słychać bluesrockowy kierunek obrany przez zespół idealnie zespolony ze stylowym, tak bardzo beatlesowskim, melodyjnym feelingiem.
Jeszcze kilka zdań na temat kultowej okładki płyty. A dokładnie okoliczności towarzyszących powstaniu wizerunku zamieszczonego na obwolucie. Jak podają źródła znajomy Johna Lennona i Yoko Ono – szkocki fotograf Iain Macmillan, stojąc na drabinie, dokładnie 8 sierpnia 1969 r. o godz. 11.35 zrobił sześć zdjęć członków grupy przechodzących przez przejście dla pieszych na ulicy Abbey Road w pobliży studia nagraniowego EMI. W tym czasie policja chwilowo wstrzymała ruch uliczny. Ostatecznego wyboru spośród sześciu zdjęć dokonał Paul McCartney, który był też pomysłodawcą okładki. Piąte ujęcie ozdobiło front okładki jedenastego albumu studyjnego The Beatles, który trafił do sprzedaży 26 września 1969 r. i od tego momentu niezmiennie fascynuje kolejne pokolenia. Nic, a nic się przy tym nie starzejąc, a patyna czasu dodaje mu tylko niepowtarzalnego uroku.