czwartek, 23 lipca 2015

J. J. CALE - Troubadour (Shelter 1976)

„Zawsze próbuję ruszyć w jakimś innym, nowym kierunku, ale moje płyty i tak zawsze brzmią tak samo."
Tak oto krótko podsumował swoją aktywność artystyczną John Weldon Cale, znany bardziej jako J.J. Cale (cytat za: „Encyklopedia muzyki popularnej. Lata siedemdziesiąte”).
Może to i lepiej, że trubadurowi pochodzącemu z Oklahomy nie wychodzą stylistyczne zmiany. Jakoś nie wyobrażam sobie odejścia od stylu tak bardzo charakterystycznego. Tak cenionego przez zadeklarowanych melomanów.   Twórczość „Dżejdżeja” poznałem prawie 30 lat temu. Mój stary kompan z młodości, zaszczepił mimowolnie we mnie szczególne uczucie do tej mieszaniny wybornych muzycznych klimatów. To właśnie On snuł opowieści na temat pieśni J.J. Cale’a. Pamiętam. Pytał: „Słyszałeś J. J. Cale’a? Takiego gościa zza oceanu grającego fantastyczne rzeczy”.
Niestety wtedy jeszcze nie znałem tej jak się okazało „rajcownej” muzy, więc taki komunikat kolegi, poniekąd mojego dawnego muzycznego mentora, bardzo mnie zainteresował. Później okazało się, że to „zagajenie” z jego strony nie było przypadkowe. Kontynuował: „Mam taką prośbę. Nagrałbyś mi Jego płyty?”  
Zamurowało mnie! Jak to ja mam nagrać płyty gościa, którego zupełnie nie znam? Niby skąd?! Gdzie tego szukać? – przemknęło mi przez głowę. On na to niestrapiony kontynuował: „No wiesz, Marek Gaszyński puszcza całą dyskografię tego bluesmana w Polskim Radiu. Chyba na „trójce”? Dam ci kasety jeśli możesz to nagraj.” 
Przystałem na propozycję. Pamiętam jak dzisiaj, dał mi nowiutkie polskie kasety magnetofonowe firmy Stilon Gorzów. Lepsze zachodnie sonówki, basfy, tedetki (SONY, BASF,TDK) były wówczas bardzo kosztowne dla ucznia technikum, a kupić je można było w sklepach typu Pewex za „wiadomą walutę”. Heh, współcześni fani muzyki, nie znają problemu ;)

Wróciłem do domu. Wieczorem załączyłem radioodbiornik i niecierpliwie oczekiwałem na audycję, której bohaterem miał być tajemniczy mieszkaniec Oklahomy. To co usłyszałem oczarowało mnie i całkiem zawładnęło. Nieziemskie klimaty, pełne intymnego ciepła. Nadzwyczaj oszczędne w swojej treści, ale o takiej sile rażenia, że dosłownie ściany pękają. Subtelne, a zarazem głęboko wnikające do krwiobiegu każdego wielbiciela bluesowych dźwięków. Wykonane jakby bez większego zaangażowania, nierzadko od niechcenia, prawie wyszeptane niż wyśpiewane, a jednak rozbrajające swoim wyjątkowym wdziękiem.
Od tamtej pory te dźwięki zawładnęły mną i nie odpuściły do dzisiaj! Zapodajcie sobie je po zmroku, a przekonacie się na własnej skórze o co mi „biega”! Albo w samochodzie podczas nocnej jazdy bocznymi drogami w nieznane. Prawdziwy czad. Gwarantuję!

Taka niby prosta, a zarazem genialna. Zbudowana z niewyszukanych elementów, pozbawiona fajerwerków, ale nadzwyczaj przemawiająca do odbiorcy. Obcowanie z nią,  to jak spotkanie ze starym druhem i sprawdzonym miejscem. Ale chyba nie ma nic negatywnego w tym, co jest tak wygodne, a nawet przewidywalne. Sądzę że, wszyscy potrzebujemy takiego miejsca w naszym życiu, przytulnego i bezpiecznego jak przysłowiowy  dom rodzinny. Muzyka ta jak ulał wypełnia taki obszar. Minimum użytych środków przy maksimum przekazu. Zdecydowana przewaga treści nad formą, a nie na odwrót, co niestety preferuje wielu artystów i nad czym ubolewam.

Jak żył tak grał. Mawiał o sobie, że raczej woli być elementem spektaklu niż centralnym punktem widowiska. Wycofany, z dystansem do całej otaczającej go zgiełkliwej  rzeczywistości. Nawet jego ulubiona gitara firmy Harmony kupiona za jedyne 50 „dolców”, zdezelowana i wielokrotnie modyfikowana, świadczy dobitnie o niekłamanej skromności tego człowieka. Faceta, który mimochodem stał się inspirujący dla takich tuzów rocka jak E. Clapton, M. Knopflera czy grupy Lynyrd Skynyrd. Mało tego. Sam fachowy i opiniotwórczy magazyn „Rolling Stone” wyraźnie potwierdza, że oddziaływanie J.J. Cale’a na twórczość rockowych luminarzy  jest bezgraniczna, a lista znakomitości reprezentujących rozmaite gatunki muzyczne, które pozostają pod jego wpływem, jest niemal niezmierzona. „Troubadour” o dziwo nie jest wyjątkowy spośród płyt mistrza sprzed blisko 40 lat. Ten materiał zawiera wszystko to, za co kochamy taką nutę. Jednak w tym przypadku jest zagrana z jeszcze większą precyzją, werwą i wyobraźnią . Jeśli w ogóle można użyć takich terminów wobec J.J. Cale’a. Swobodnego i  dyskretnego amerykańskiego barda, chodzącego własną wytyczoną ścieżką country-bluesowej  konwencji.

Travelin' light is the only way to fly
Travelin' light, just you and I
A one way ticket to ecstasy
Away on down, just follow me
Travelin' light, we can go beyond

Travelin' light, now we can catch the wind
Travelin' light, just let your mind pretend
We can go to paradise
Maybe once, maybe twice
Travelin' light is the only way to fly

We can go to paradise
Maybe once, maybe twice

Travelin' light is the only way to fly





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz